Długa droga do Smoleńska


Kamila Baranowska , Piotr Gursztyn 25-04-2010, ostatnia aktualizacja 25-04-2010 20:35

Współpracownicy Jarosława Kaczyńskiego skarżą się na trudności podczas podróży na miejsce wypadku

10 kwietnia, już kilkadziesiąt minut po potwierdzeniu informacji o katastrofie prezydenckiego samolotu, zapadła decyzja o locie Jarosława Kaczyńskiego do Smoleńska. Jego współpracownicy wyczarterowali samolot i uzyskali zgodę na lądowanie w Witebsku na Białorusi (lotnisko w Smoleńsku było wówczas zamknięte).

Wylecieli z Warszawy o godz. 15. Półtorej godziny później wystartował – także wyczarterowany – samolot z premierem. Kilka godzin wcześniej Donald Tusk proponował Kaczyńskiemu wspólny lot. – Wstrzymywaliśmy nasz wylot, czekając na decyzję prezesa PiS – mówi „Rz” rzecznik rządu Paweł Graś.

Jarosław Kaczyński odmówił, bo miał już własny samolot. – Rozumiemy jego ból, ale ta odmowa była urażająca – dodaje inna osoba z otoczenia Tuska.

117 kilometrów

W Witebsku grupa Kaczyńskiego dostała białoruską eskortę milicyjną. Drogowskaz przy lotnisku wskazywał, że do Smoleńska jest 117 km. Rozmówcy „Rz” wskazują, że ze strony Białorusinów nie było najmniejszych utrudnień. Bez przeszkód na teren Białorusi dostała się nawet towarzysząca Kaczyńskiemu pracownica Kancelarii Prezydenta Małgorzata Gosiewska (była żona Przemysława Gosiewskiego), która – jak się potem okazało – miała zakaz wjazdu do tego kraju. Jak opowiadają towarzyszący prezesowi PiS, problemy zaczęły się po przejechaniu granicy rosyjskiej. Prędkość jazdy spadła nagle do 30 – 50 km/h.

– To szokujące, że przez Białoruś przejechaliśmy błyskawicznie, a w Rosji celowo nas spowalniano – relacjonuje poseł PiS Maks Kraczkowski.

Bezskutecznie próbowała interweniować towarzysząca Kaczyńskiemu polska konsul. Nic nie przyniosły też interwencje u członków również zdążającej z Witebska do Smoleńska delegacji Donalda Tuska.

Według nich opóźnienie autobusu, którym jechał Kaczyński, było wyłączną decyzją Rosjan.

– Rosyjscy milicjanci powiedzieli nam, że nie możemy zbyt szybko dojechać do Smoleńska, bo najpierw musi dotrzeć tam inny konwój – dodaje Kraczkowski.

– Jechaliśmy około 50 km/h, kiedy nagle obok nas przemknęła jak błyskawica kolumna z premierem Tuskiem – opowiada „Rz” eurodeputowany PiS Adam Bielan.

– Nie ma w tym nic dziwnego, że ich wyprzedziliśmy. Oni jechali autobusem, a my samochodami osobowymi – tłumaczy Graś.

– Oczywiste, że nie mieliśmy takich możliwości jak premier. Ale najważniejsze, że prezes PiS zdążył dojechać, zanim zaczęto wywozić ciała ofiar do Moskwy. Musieliśmy interweniować – zaznacza osoba z otoczenia prezesa PiS.

Przed szlabanem

Towarzyszący Kaczyńskiemu opowiadają, że wolno jechali także w Smoleńsku, a pod bramą lotniska stali około kwadransa. Milicjanci z konwoju mieli im tłumaczyć, że muszą czekać na polskiego konsula. Nikt jednak nie przybył. W końcu funkcjonariusze, nie doczekawszy się nowych rozkazów, sami zdecydowali o wjeździe na lotnisko. – Kiedy przybyliśmy na miejsce katastrofy, premiera Tuska i premiera Putina już tam nie było – wspomina Bielan. – Wychodzi na to, że kiedy oni składali wieńce na miejscu katastrofy i miał miejsce pokazywany w telewizjach uścisk, my błądziliśmy po ulicach Smoleńska albo czekaliśmy przed szlabanem.

Gdy Jarosław Kaczyński był już na miejscu tragedii, przyszedł do niego urzędnik od polskiego premiera. Zapytał, czy Kaczyński nie przyszedłby do miejsca, gdzie przebywali Tusk i Putin, bo szef polskiego rządu chciałby mu złożyć kondolencje.

Kaczyński miał stwierdzić, że ze względu na tragedię nie jest to miejsce na oficjalne spotkania. Później podeszli ministrowie premiera: Tomasz Arabski i Paweł Graś. – Proponowaliśmy, aby Kaczyński spotkał się z obu premierami i by razem poszli na miejsce katastrofy, ale on chciał udać się do swojego brata sam – mówi rzecznik rządu.

Kiedy z propozycją spotkania przyszedł wysłannik Putina, też usłyszał podobną odpowiedź. W imieniu Kaczyńskiego przekazał ją też bezpośrednio premierowi Rosji europoseł PiS Paweł Kowal. – Nie chcę relacjonować rozmów z premierem Putinem – ucina.

– Premier Putin był zaskoczony, dowiedziawszy się od Pawła Kowala o naszych problemach z podróżą, ale zapewnił nas, że podróż powrotna przebiegnie bez żadnych zakłóceń. Było inaczej – relacjonuje Bielan.

Kartka po kartce

Rosjanie zgodzili się, aby wyczarterowany dla Kaczyńskiego samolot przyleciał z Witebska do Smoleńska. Ale – jak opowiadają uczestnicy podróży – nie był to koniec utrudnień. – Czekaliśmy godzinę w samolocie na straż graniczną. Później kartka po kartce z największą dokładnością sprawdzano nam paszporty. Wylecieliśmy ze Smoleńska o trzeciej w nocy – zaznacza Bielan.

– Samolot był sprawdzany jak autobus w Medyce, z zaglądaniem we wszystkie zakamarki – dodaje inny z uczestników.

Według rozmówców „Rz” Rosjanie proponowali też przeprowadzenie uroczystości żałobnych w Moskwie. Jarosław Kaczyński się nie zgodził.

– Z rosyjskiej strony padały różne propozycje. Czekaliśmy na decyzje Jarosława Kaczyńskiego, a on życzył sobie, by ciało prezydenta przewieźć prosto do Warszawy – mówi Graś.

Do prezesa PiS dotarła też wiadomość od rosyjskiego ministra ds. sytuacji nadzwyczajnych Siergieja Szojgu, że jest możliwość zabrania zwłok Lecha Kaczyńskiego od razu do kraju. Współpracownicy Kaczyńskiego zaczęli sprawdzać, czy jest to zgodne z przepisami.

Niebawem jednak od Rosjan miała przyjść wiadomość, że „wyższa” od Szojgu władza podjęła decyzję, że nie ma takiej możliwości. Jak ustaliła „Rz”, wynikało to z konieczności 100-proc. potwierdzenia identyfikacji zwłok.

Rzeczpospolita

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s