Powrót kościelnego narodu


Tomasz P. Terlikowski 27-04-2010, ostatnia aktualizacja 27-04-2010 00:44

Tragedia pod Smoleńskiem uświadomiła nam, że jedynym wspólnym językiem symbolicznym, jaki posiadają Polacy, jest język Kościoła. Język ten sprawdza się w trudnych sytuacjach i daje nadzieję – pisze publicysta

Kościół z narodem, naród z Kościołem – tymi prostymi słowami podsumować można to, co działo się w czasie żałoby narodowej i dzieje się nadal. Tragedia z 10 kwietnia, a także cały ciąg wydarzeń, które po niej nastąpiły, pokazują doskonale, że Polska – mimo procesów sekularyzacyjnych – pozostaje narodem i społeczeństwem do głębi chrześcijańskim (a konkretnie katolickim), a Kościół jest głęboko zakorzeniony i wpisany w życie narodu i państwa. Słowem niewiele się w Polsce od lat 60. zmieniło. Wciąż jesteśmy narodem kościelnym (by posłużyć się trafnym terminem prof. Ryszarda Legutki), który w sytuacjach dramatycznych zwraca się do Kościoła. A Kościół wciąż posiada język i narzędzia, którymi potrafi nam w takich sytuacjach pomóc.

I widać to było od pierwszych chwil po katastrofie. Pierwsi ludzie, którzy przyszli przed Pałac Prezydencki (i to niezależnie od wyznania czy światopoglądu), zaczęli się wspólnie modlić, śpiewać pieśni religijne, odmawiali koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Pod opiekę Kościoła

A później było już tylko mocniej. Wszystkie uroczystości państwowe odbywały się w oprawie religijnej (po jagiellońsku – zawsze ekumenicznie, z udziałem prawosławnych i ewangelików). Metropolici, biskupi i księża odprawiali także setki mszy świętych: prywatnych, publicznych, dla najbliższych, a niekiedy dla całych miast. I niemal na każdej z nich padały ważne słowa do Polski i do Polaków. Arcybiskup Kazimierz Nycz błagał, byśmy nie zaprzepaścili okresu wielkiego narodowego nawiedzenia, sekretarz episkopatu biskup Stanisław Budzik prosił o godne przeżywanie czasu narodowych rekolekcji i wyrażał nadzieję, że wyrośnie z niej czyn, który sprawi, że Polska będzie lepsza, a prymas-senior kard. Józef Glemp modlił się, by „Chrystus zesłał swojego Ducha na Polaków” i apelował o odrodzenie narodowe.

A ludzie, niezależnie od osobistej wiary, wcześniejszego stosunku do Kościoła czy nawet wyznania, nie tylko przejmowali te słowa, ale przede wszystkim odnajdywali się w języku, emocjach i przesłaniu Kościoła. Doskonale widać to było w mediach, gdzie język religijny, a niekiedy wprost katolicki na kilka dni stał się dominującym, duchowni zaś byli najczęściej zapraszanymi gośćmi.

Mocnym symbolem było również to, że niemal wszyscy, którzy zginęli, mieli pogrzeby katolickie. A dotyczy to również polityków lewicy Jerzego Szmajdzińskiego i Izabeli Jarugi-Nowackiej. Okazało się, że większość Polaków w obliczu wydarzeń dramatycznych czy tragicznych (tak w wymiarze osobistym, jak i społecznym) ucieka pod opiekę Kościoła, a majestat i grozę śmierci najprościej jest przeżywać w języku i symbolice katolickiej.

Taka postawa związana jest ściśle z polską tożsamością. Polska, o czym wielokrotnie przypominał Jan Paweł II, wyrasta z chrztu, a jego kultura przeniknięta jest do samych trzewi chrześcijaństwem. Jeśli uzupełnić to spostrzeżeniami socjologów czy historyków, którzy zwracają uwagę na fakt, że Polska nie przeżyła ani pełnej wersji zachodniego Oświecenia

(u nas dokonywali go duchowni, a nie antyreligijni radykałowie, jak we Francji), ani rewolucji obyczajowej roku ,68, ani krytycznej reformy myślenia kolejnych rewolucji mentalnych, to staje się całkowicie jasne, że symbolika religijna – w wielu innych krajach europejskich wyparta z tożsamości narodowej — u nas ma się świetnie. I nic nie wskazuje na to, by jakaś inna symbolika, inny język miał się w najbliższym czasie okazać w Polsce bardziej do przyjęcia niż język i symbolika katolicka.

Nic groźnego dla laickości

I nie ma w tym nic szczególnie groźnego dla laickości państwa. Katolicyzm – w polskiej, państwowotwórczej wersji – niewiele ma bowiem wspólnego z jakimś fundamentalistycznym, pełnym agresji dla niewierzących jego postrzeganiem przez zwolenników laicyzacji. Jest on raczej swoiście polską wersją amerykańskiej religii obywatelskiej, która ma jednoczyć Polaków nie tyle wokół symboli państwowych, ile wokół symboliki religijno-narodowej. Ta symbolika (śmierci i zmartwychwstania, męczeństwa nie tylko religijnego, ale i narodowego) pozwalała narodowi przetrwać najtrudniejsze nawet chwile. I to nie tylko tym, którzy byli bardzo wierzący, ale także średnio czy w ogóle niepodzielającym wiary (jak Dmowski lub Piłsudski).

Obecnie jest podobnie. Polacy rozpoznają się w symbolice religijnej o wiele mocniej niż państwowej czy nawet narodowej. A do tego rozmiar i skala dramatu w Smoleńsku odsyła Polaków do znanych im kategorii religijnych, które jako jedyne pozwalają zrozumieć to, co niezrozumiałe i nieakceptowalne. Szukanie sensu w takich wydarzeniach czy nadawanie im znaczenia jest czymś całkowicie normalnym. A każdy naród dokonuje tego wewnątrz symboliki kształtującej jego własną tożsamość.

A może trzeba to ująć inaczej. Tragedia ta po raz kolejny uświadomiła nam, że jedynym wspólnym językiem symbolicznym, jaki posiadamy, jest język Kościoła. Język ten sprawdza się w trudnych sytuacjach i daje nadzieję. Pokrzykiwania zaś niektórych radykalnie lewicowych komentatorów na szczęście nie są w stanie tego zmienić.

Autor jest doktorem filozofii, publicystą, prezesem wydawnictwa Fronda

Rzeczpospolita

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s