Dobijanie do lewej ściany


Wtorek, 1 czerwca 2010

Jan Filip Staniłko, ekspert w dziedzinie polityki z Instytutu Sobieskiego

O ile można było się zastanawiać, dlaczego kandydat Bronisław Komorowski chciał tak szybko obsadzić stanowisko szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego (czy nie dlatego, że szukał tam aneksu do raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych?), o tyle dopiero nominowanie byłego premiera Marka Belki jest pierwszą poważną decyzją p.o. prezydenta.

Znamionuje ona poczucie zagrożenia w Platformie Obywatelskiej. Ten manewr Komorowskiego, od którego dość umiejętnie Donald Tusk się oficjalnie dystansuje, jest efektem strachu przed Jarosławem Kaczyńskim. Marszałek liczy na to, że w ten sposób zapewni sobie zasób głosów potrzebnych do wygrania już w pierwszej turze. Jego sztab wie, że Kaczyński rośnie w siłę i boi się powtórki z 2005 roku. Komorowski jako kandydat ma problemy w różnych dziedzinach, stąd pomysł tak szybkiego porozumienia z Sojuszem Lewicy Demokratycznej z nadzieją, że jakoś doturlają się do zwycięstwa w najbliższych wyborach, a do następnych – parlamentarnych – PO będzie prowadził już Donald Tusk. Poza tym dla PO jest bardzo ważne, by kontrolować instytucję zarządzającą tak olbrzymimi pieniędzmi i mającą tak wiele bezpiecznych posad jak Narodowy Bank Polski.

Jest oczywiste, że nominacja na szefa NBP została uzgodniona z Aleksandrem Kwaśniewskim, którego Marek Belka jest politycznym protegowanym i długoletnim współpracownikiem. Jest to zarazem kolejny etap „połykania” SLD przez Platformę. Przy czym nie tyle chodzi o poparcie jej przez stary elektorat lewicowy, ile o przejęcie tego segmentu lewicy, który w latach 80. stał się prozachodni dzięki np. stypendiom Fulbrighta, który ma dobre kontakty z europejską lewicą, czy też nabył doświadczenia w działalności w instytucjach międzynarodowych. Tusk wybiera sobie z SLD co bardziej wartościowe rodzynki, podobnie jak kiedyś dokonał tego z Unią Wolności. To jest po prostu konsumowanie formuły pookrągłostołowej, choć nie w taki sposób, jak wyobrażali to sobie Adam Michnik i Kwaśniewski, i na warunkach Tuska. Oczywiście ten sojusz z Włodzimierzem Cimoszewiczem, Danutą Hübner czy już niedługo z Wojciechem Olejniczakiem jest osadzony na podobnym liberalnym światopoglądzie, podobnej retoryce proeuropejsko-modernizacyjnej. Ale przede wszystkim są to ludzie, którzy dobrze się nadają do „kupowania” ich, bo całe życie uprawiali politykę transakcyjną.

Tusk dobija w ten sposób do lewej ściany, jak niegdyś Jarosław Kaczyński do prawej, wypychając ze sceny politycznej Ligę Polskich Rodzin. Po nominacji Belki SLD stanie się niemal filią PO. Notabene poniekąd zabawne jest to, że obecnie z PO flirtują i Roman Giertych, i Kwaśniewski. Natomiast wracając do SLD, to jego „połykanie” przez PO jest nieuniknione. Za Grzegorzem Napieralskim stoją już tylko byli członkowie ORMO, pracownicy aparatu, którzy na transformacji jakoś specjalnie nie wygrali, ale czują wyraźnie swoją odrębność z powodu przeszłości. Z kolei młodą lewicę trudno jest przeciągnąć do SLD, ponieważ reprezentująca ten nurt „Krytyka Polityczna” fundusze od tej partii wzięła, ale nie jest zainteresowana uprawianiem partyjnej polityki, bo chce zdobywać instytucje niedemokratyczne – uniwersytet, sztukę, media, biurokrację. Nowa lewica w wydaniu Sławomira Sierakowskiego nie będzie startować w wyborach. Ona po prostu liczy na nominacje eksperckie.

Marzenie o dominacji PO utrudnia m.in. zmiana retoryki Jarosława Kaczyńskiego. Platforma starała się wcześniej budować swoje notowania na lęku przed nim, co lider Prawa i Sprawiedliwości skutecznie osłabia, rezygnując z ostrej retoryki i odwołując się do solidarności ze słabymi oraz idei modernizacji. W ten sposób wraca on trochę do swoich tez sprzed prawie 20 lat. Dlatego porzucił w tej kampanii dyskurs „nasycony religijnie” i mówi o ludziach biedniejszych i słabszych, odwołując się do idei PiS Lecha Kaczyńskiego, oraz o państwie jako narzędziu modernizacji. PO odwołuje się zaś do tych, którzy na niej wygrali. Jednak te zabiegi PiS mogą nie wystarczyć. Widać, że tematy kampanii ustala szefowa sztabu wyborczego Joanna Kluzik-Rostkowska, która specjalizuje się w sprawach społecznych (kwestia domów dziecka, pomocy społecznej itd.). Kampania wyborcza prezesa Kaczyńskiego jest wciąż trochę mało dynamiczna. Kampania „kobieca” to dobry pomysł, ale bez poszerzenia wachlarza tematów Jarosław Kaczyński nie będzie miał szans na zwycięstwo w wyborach.

Poza tym PiS musi się zmienić, jeśli chce myśleć o dalszej przyszłości. Najważniejsze wybory bowiem wcale nie odbędą się w najbliższych tygodniach czy miesiącach, ale w 2015 roku. Wtedy właśnie zakończy się w Polsce pewien cykl polityczny, który rozpoczął się w 2004 roku. W takim 12-letnim cyklu zmieniają się generacje w naszej polityce. Będzie to moment, w którym skończy się bardzo korzystny dla nas budżet UE, a kolejny będzie dużo bardziej wymagający. Do tego pojawią się kwestie związane z dużymi kosztami finansowymi. Na przykład będzie już obowiązywał pakiet klimatyczny, z powodu zapóźnień w modernizacji zacznie brakować mocy wytwórczych elektroenergetyce. Do tego może dojść kryzys budżetowy podobny do tego, który był niedawno na Węgrzech. Będzie to więc gigantyczne nawarstwienie się problemów, których możemy nie zdążyć rozwiązać przy obecnym sposobie uprawiania polityki. Z drugiej strony wówczas będzie już jasne, czy i ile mamy gazu łupkowego. Będą to więc całkiem inne warunki polityczne i gospodarcze. To wszystko może przemodelować wyobraźnię polskiego wyborcy. Tymczasem obecnie PiS wciąż nie dorównuje organizacyjnie PO, a do tego ma poważne problemy kadrowe, zwłaszcza po tragedii w Smoleńsku, w której zginęli najważniejsi politycy tej partii. W obecnej sytuacji prezes Kaczyński przeżywa żałobę, a jednocześnie musi prowadzić kampanię prezydencką i rekonstruować partię. To ogromne wyzwanie.

Z kolei od nadchodzących prezydenckich ważniejsze będą przyszłoroczne wybory parlamentarne. W tym kontekście nie przeceniałbym znaczenia objęcia przez Polskę półrocznego przewodnictwa w Unii Europejskiej. Przez taki okres jej nie zmienimy. Jeśli uda się w jej trakcie załatwić jedną z trzech proponowanych zwykle spraw, to już jest dużo. W dodatku będziemy musieli zapewne zmagać się z kolejnymi konsekwencjami kryzysu gospodarczego i budżetowego w strefie euro, do której nie należymy. Stąd listę priorytetów możemy odziedziczyć, a zdolność do wpływu będziemy mieli ograniczoną.

Powrotu Kaczyńskiego do władzy ewidentnie nie chcą ani Niemcy (i inne duże kraje UE), ani tym bardziej Rosjanie. Widać to było w tym roku, kiedy kraje te pokazywały, kogo preferują. Premier Tusk dostał dzięki kanclerz Angeli Merkel nagrodę im. Karola Wielkiego, a oficjalne uroczystości w Katyniu organizował premier Rosji, przez co wskazywał, że chce mieć za partnera premiera Polski i to jemu pragnie przyznać zasługę za złagodzenie napięcia w relacjach z Rosją w oczach polskiej opinii publicznej. Trudno się właściwie dziwić przywódcom tych krajów, że stawiają na PO, skoro mają niezbyt przyjemne wspomnienia z czasów rządów PiS, kiedy to Polska – ku ich zaskoczeniu – domagała się głosu w sprawach, o których nie decydowała od wielu dziesięcioleci. Tusk i Komorowski gwarantują – w przekonaniu dużych krajów europejskich – to, że polska polityka zagraniczna będzie nadal polityką wewnątrzkrajową uprawianą środkami zagranicznymi, bez większych ambicji definiowania swoich interesów narodowych.

not. BM

Nasz Dziennik

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s