Strategia „kłód pod nogi”


Sobota-Niedziela, 3-4 lipca 2010

Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, p.o. szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego od 8 sierpnia 2007 r. do 15 stycznia 2009 r., rozmawia Łukasz Sianożęcki

Zgadza się Pan z tezą, że śmierć w katastrofie pod Katyniem dowódcy Wojsk Specjalnych RP gen. Włodzimierza Potasińskiego zahamowała tworzenie nowych sił specjalnych w Polsce?
– Myślę, że jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy. Generał Potasiński był bardzo zaangażowany w tworzenie wojsk specjalnych i nie zrażał się choćby tym, że nie traktowano go tak, jak powinno się traktować osobę na jego stanowisku. Zamiast trzech generalskich gwiazdek, jak inni dowódcy rodzajów wojsk, miał dwie, a jego dowództwo było przenoszone w różne miejsca – od Bydgoszczy przez Warszawę, aż po dalekie przedmieścia Krakowa. Gdy zapadała ta ostatnia decyzja, myślałem, że wykorzystana zostanie infrastruktura krakowskiego dowództwa korpusu – biurokratycznej struktury, pod którą nie podlegają żadne bojowe jednostki. Ale tak się nie stało. Biurokracja wygrała z nową jakością. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że tworzenie nowych sił specjalnych z daleka od centrali, przy dość anachronicznym systemie dowodzenia wymagającym osobistej obecności na licznych odprawach, jest wyjątkowo ciężkie. To sprawiało, że gen. Potasiński mnóstwo godzin spędzał w samochodzie i cały swój osobisty czas poświęcał idei zbudowania profesjonalnych sił specjalnych. Należy także wspomnieć, że w wielu aspektach odbierano mu prerogatywy, które jako dowódca powinien mieć, podobnie jak gen. Waldemarowi Skrzypczakowi.

Proszę podać przykłady.
– Generał miał spore problemy z pozyskiwaniem do służby w tym elitarnym rodzaju wojsk chętnych kandydatów z innych formacji, a jednocześnie pozbawiano go wpływu na obsadę bezpośrednio podległych dowództw. Jednym słowem, przestawiano mu wbrew jego woli figury na szachownicy, którymi on jako dowódca powinien dysponować lub przynajmniej mieć na to wpływ. A przy tym żądano meldowania sukcesów. Mimo to dążył z uporem, konsekwentnie i z zaraźliwie pozytywnym nastawieniem do postawionego sobie celu. Takiego charyzmatycznego dowódcę trudno będzie zastąpić. To wspomniane przez pana „zahamowanie” wynika najprawdopodobniej także z tego, że na jego stanowisko nie ma obecnie w gronie generałów żadnego równie mocnego kandydata. Pozostali to wprawdzie świetnie wyszkoleni ludzie, tacy jak choćby Dariusz Dachowicz, Piotr Patalong czy Jerzy Gut, którzy całe życie poświęcili jednostkom aeromobilnym i specjalnym, ale przy zachowawczej polityce kadrowej Ministerstwa Obrony Narodowej i obecnych trendach obawiam się, że nikt nie podejmie odważnej decyzji o wyznaczeniu tych dynamicznych dowódców z bojowym doświadczeniem na stanowisko wakujące po Włodzimierzu Potasińskim.

Generał Potasiński był także twórcą Jednostki Wsparcia Dowodzenia i Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych. Jak Pan ocenia ten jego pomysł?
– To wynika z perspektywicznego patrzenia generała Potasińskiego. On doskonale widział, że taka jednostka jest potrzebna, aby nie dochodziło choćby do takich sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia podczas ostatnich zakupów dokonywanych przez MON, kiedy światło dzienne ujrzała lista sprzętu zakupionego dla jednej z jednostek specjalnych. A jest to przecież informacja, która powinna być głęboko utajniona. Utworzenie jednostki wsparcia ma na celu m.in. zdjęcie z dowódców bojowych jednostek problemów przetargów, zakupów i szeroko pojętej logistyki, tak aby ci zajęli się dowodzeniem, a nie biznesami. Wówczas przy okazji kolejnej afery korupcyjnej nie doszłoby zapewne do zawieszenia przez prokuraturę, a następnie zdjęcia ze stanowiska szefa logistyki GROM. Kuriozalne jest, że doszło do tego kilka dni po kontroli MON, która nie stwierdziła w jednostce żadnych uchybień.

Wobec tak perspektywicznego spojrzenia na sprawy wojska mogliśmy się spodziewać kolejnych projektów ze strony generała?
– W czasie jednej z rozmów z generałem Potasińskim, przy okazji święta pułku specjalnego komandosów, zapytałem: „Włodek, czemu ty się nie pochwalisz swoimi sukcesami?”. Kierowano bowiem wobec niego różne zarzuty, jak choćby, że osłabły nasze kontakty z NATO czy że gorzej współdziałamy z Amerykanami. Doskonale jednak wiedzieliśmy, że było odwrotnie. Świadczyły choćby o tym przeróżne wyróżnienia, jakie generał otrzymywał od władz Stanów Zjednoczonych. On mi zaś odpowiedział, że jego zadaniem nie jest chwalenie się i że chce jedynie robić to, co potrafi najlepiej. Wówczas generał Franciszek Gągor poprosił go, aby jednak pewne sukcesy, które osiągnął, były zaakcentowane, on sam o to w ogóle nie zabiegał. To właśnie jemu zawdzięczamy tak silne usytuowanie naszych wojsk specjalnych w strukturach NATO. Kolejnym projektem, który chciał zrealizować, było zapewnienie siłom specjalnym odpowiedniego wsparcia powietrznego. Mamy z tym ogromne kłopoty, a bez takiego wsparcia, np. w Afganistanie nasze jednostki specjalne praktycznie są bezużyteczne. Przy tym należy wspomnieć, że generał nigdy nie zapominał o morale, duchu grupy i nawiązaniu do tych najlepszych tradycji wojskowych, jakie towarzyszyły jednostkom specjalnym, co jest również wyjątkowo ważne w ich sprawnym funkcjonowaniu. Planów miał wyjątkowo dużo. Gdy uda się je zrealizować, ciągle w to wierzę, będziemy stanowić świetny wzór, a być może nawet centrum szkoleniowe dla naszych natowskich partnerów w tym regionie Europy.

Kierowanie wojskami specjalnymi zakłada stałe ich udoskonalanie…
– To istota funkcjonowania tych wojsk – ciągłe poszukiwanie nowych taktyk, procedur, sposobów działania po to, aby zaskakiwać przeciwnika i zawsze być krok przed nim. Niestety, generał Włodzimierz Potasiński miał w tej kwestii cały czas pod górkę. Poczynając od tego, że przez ciągłe dyslokacje dowództwa zamiast zająć się integrowaniem działań bojowych swoich żołnierzy, musiał rozwiązywać problemy wręcz egzystencjalne – gdzie ulokować sztab, jak załatwić telefon przy zupełnym braku zrozumienia i wsparcia z MON. Dowództwo wojsk specjalnych na etapie budowy zamiast być oczkiem w głowie przełożonych, było pomijane, a wojska specjalne traktowane jak gorszy rodzaj wojsk, z którym tak naprawdę nie wiadomo, co zrobić. Nie wiem, czy uda znaleźć się drugiego człowieka, który pomimo tylu kłód rzucanych mu pod nogi nie zrazi się i nie straci optymizmu. Generał stawiał na równomierny rozwój podległych mu jednostek, wszystkie były ważne. Od Pułku Specjalnego Komandosów, poprzez Morską Jednostkę Działań Specjalnych Formoza, po GROM. Chciał, aby te jednostki współdziałały i dzieliły się doświadczeniami, znajdując właściwe sobie specjalności w tym jednym rodzaju wojsk: GROM – działania przeciwterrorystyczne, Pułk Specjalny Komandosów – taktyka tzw. zielona, dzięki której komandosi tej jednostki zasłynęli w Iraku, Formoza – morskie operacje specjalne. Miał więc bardzo szerokie spojrzenie na potrzeby, które z naszego narodowego punktu widzenia są bardzo ważne, i świetnie je realizował.

Dlaczego więc tak świetnemu dowódcy rzucano kłody pod nogi, zamiast maksymalnie wykorzystać jego zaangażowanie i talent?
– Wynika to z całej machiny propagandowej obecnie rządzących, która stosowana jest na szeroką skalę. Zadeklarowany budżet dla armii na poziomie 1,95 proc. budżetu krajowego od dwóch lat nie jest w praktyce realizowany. W tak przełomowym momencie, jakim jest profesjonalizacja armii, dochodzi do ogromnych cięć finansowych, a oczywiście najłatwiej ciąć kosztem najsłabszych. Tych, którzy w tej wojskowej biurokracji stawiają pierwsze kroki. Jeżeli tworzymy cokolwiek nowego, a w tym przypadku tworzymy nowy rodzaj wojsk, to muszą na ten cel być zgromadzone odpowiednie fundusze i raczej należy się liczyć z potrzebą ich zwiększenia niż możliwością cięcia. Cięcia to kiepskie fundamenty i zamiast elitarności i nowoczesności – prowizorka, a w konsekwencji – nadrabianie braków żołnierskim poświęceniem i płacenie krwią. A dziś dalej topi się pieniądze w masie licznych, niepotrzebnych dowództw i ociężałych wojsk. Mamy więc w efekcie siermiężną armię, kryjącą się za fasadą tych nielicznych sił, które pod presją opinii publicznej zostały całkiem przyzwoicie doposażone, bo realizują niebezpieczne zadania w Afganistanie. Mamy zawodowstwo, ale do profesjonalizmu droga wciąż jest daleka, bo polskie siły zbrojne to nie tylko korpus ekspedycyjny i kompania honorowa na defiladzie, ale jeszcze ok. 100 tysięcy żołnierzy służących na co dzień w różnych garnizonach w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s