Śledczym zginął rejestrator


Piątek, 9 lipca 2010

Nikt nie wie, co się stało z rejestratorem podwyższonych parametrów lotu z Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem. Prokuratura deklaruje, że wszelkie informacje dotyczące przebiegu badania rejestratora oraz aktualnego miejsca jego przechowywania posiada Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego kierowana przez szefa MSWiA Jerzego Millera. Jednak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji na ten temat się nie wypowiada.

Prokuratura nie wie, co się stało z polskim rejestratorem podwyższonych parametrów lotu, który był badany w Polsce. – Jest to zakres badania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego i Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego z siedzibą w Moskwie, które działają niezależnie od prokuratury. Podejrzewam, że żaden prokurator polski nie wie, co się dzieje w tej chwili z tą czarną skrzynką. Nie próbujemy tego ustalać. Czekamy na odczyt wszystkich rejestratorów i końcowy protokół badania przyczyn wypadków przekazany nam za pośrednictwem prokuratury Federacji Rosyjskiej – powiedział w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” płk Jerzy Artymiak, p.o. rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Informacji na ten temat nie udziela Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. – Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Komisja działa w trybie niejawnym – mówi Małgorzata Woźniak, rzecznik resortu. Czy rejestrator jest w Polsce? Jak zaznacza płk Ryszard Raczyński, dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, rejestrator ten jest dlatego ważny, że zapisuje podobne parametry jak rejestratory eksploatacyjne, może więc dostarczyć szczegółowych danych na temat tego, co się działo w maszynie.

Prokuratura zdementowała środową informację radia RMF, jakoby były jej znane kolejne fragmenty zapisów czarnych skrzynek. – Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie ma żadnych informacji dotyczących odczytania kolejnych fragmentów zapisu z tzw. czarnych skrzynek, które badają biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Czekamy na całość opinii biegłych, których spodziewamy się ok. 30 września br. – mówi Artymiak. Biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie odczytują całość treści zapisu, również te elementy, które MAK uznał za nieczytelne. Instytut odmawia jednak komentarza w tej kwestii. Artymiak zapewnia, że prokuratorzy porównają treść opinii polskich biegłych z tym, co otrzymaliśmy od strony rosyjskiej. Zaznaczył ponadto, że wszelkie wątpliwości polskich prokuratorów będą wyrażane w kolejnych wnioskach dowodowych o pomoc prawną. Prokuratura do chwili obecnej wystosowała do władz Federacji Rosyjskiej pięć takich wniosków. Artymiak nie skonkretyzował jednak, czego one kolejno dotyczyły. Wskazał tylko, że były to trzy wnioski z kwietnia br. (10, 16 i 20), z 21 maja oraz z 9 czerwca. – Każdy jest stosunkowo szeroki. Dotyczą wielu różnych kwestii – zaznaczył.

W drugiej połowie czerwca pocztą dyplomatyczną dotarło z Rosji do polskiej Prokuratury Generalnej sześć tomów akt, w sumie ok. 1,3 tys. kart rosyjskiego śledztwa. Wśród tych dokumentów znajdują się zeznania świadków, protokoły i dokumentacja fotograficzna z oględzin miejsca katastrofy oraz protokoły z identyfikacji ciał ofiar. Artymiak powiedział, że obecnie prokuratura nie dysponuje żadnym przetłumaczonym materiałem spośród przekazanych akt. Zaznaczył przy tym, że biegli dostarczą do prokuratury te materiały prawdopodobnie po przetłumaczeniu całej dokumentacji. Rosyjska prokuratura skierowała do tej pory do strony polskiej jeden wniosek o pomoc prawną. Chodzi w nim m.in. o udostępnienie Rosjanom niektórych dokumentów ze śledztwa prowadzonego w Polsce, m.in. przesłanie dokumentacji dotyczącej broni funkcjonariuszy BOR oraz posiadanej przez nich amunicji. Rosjanie złożyli także wniosek o przeprowadzenie w Polsce przesłuchań świadków na potrzeby rosyjskiego śledztwa. Artymiak zaznaczył, że ze strony pełnomocników rodzin ofiar nie wpłynął jeszcze do prokuratury żaden wniosek dotyczący ekshumacji. Przyznał, że prokuratura polska obecnie nie dysponuje protokołami z sekcji zwłok, poza tym dotyczącym sekcji ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zaznaczył, że pozostałe w najbliższym czasie mają być do Polski przesłane w następnym pakiecie przygotowanym przez stronę rosyjską. Kiedy? Nie wiadomo. A po środowej deklaracji Rosjan, być może nigdy.

To nie ptaki były przyczyną katastrofy
Pytań o przyczyny katastrofy jest coraz więcej. Na niecałe dwie doby przed lotem Tu-154 do Smoleńska, wieczorem 8 kwietnia, maszyna miała kolizję w powietrzu, być może z ptakiem. W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ppłk Robert Kupracz, rzecznik prasowy Dowództwa Sił Powietrznych, potwierdził, że do zdarzenia doszło tuż po starcie maszyny z lotniska w Pradze. Na pokładzie samolotu znajdował się wtedy premier Donald Tusk, który wracał ze spotkania z prezydentem USA Barackiem Obamą oraz z prezydentami państw Europy Środkowo-Wschodniej. Wszystko zostało sprawdzone. Nie wykryto żadnych usterek technicznych – deklaruje Kupracz. Przyznał, że technicy sprawdzili maszynę w Warszawie. Jak przekonuje dowództwo, przepisy to dopuszczają, nie zostały złamane procedury bezpieczeństwa. Potwierdza ponadto, że w wyniku zderzenia był ślad na osłonie radaru, ale nie zakłóciło to działania maszyny, nie doszło do żadnych usterek technicznych. Dowództwo zapewnia że, gdyby dowódca załogi uznał, iż zaistniało zagrożenie bezpieczeństwa, na pewno lądowałby w Pradze. Przepisy lotnicze zezwalają na kontynuowanie lotu po takim zdarzeniu, jeśli lot trwa nie dłużej niż godzinę. Lot Praga – Warszawa trwał około 50 minut. Doświadczeni piloci przekonują jednak, że takie kolizje w powietrzu mogą być groźne w skutkach. Zwłaszcza wtedy, kiedy dochodzi do zderzenia, podczas którego ptaki wpadają w silniki samolotu. Wówczas przegląd samolotu może potrwać od kilku godzin do doby. Czy uderzenie w osłonę radaru może mieć poważne konsekwencje? – Zdarzało się nawet, że taka osłona spadała. Ale samolot leciał dalej bezpiecznie – przekonuje kpt. Janusz Więckowski, który wylatał na tupolewach 2,5 tys. godzin. Podkreśla, że osłona ma za zadanie ochraniać antenę radaru, który wykrywa jądra burz, a które przecież nie występowały podczas obu lotów Tu-154M. Poza tym założenie nowej osłony nie zajmuje dużo czasu.

Jak zapewniono nas w LOT, kilka razy w tygodniu na terenie lotniska pojawia się sokolnik, który ma odstraszać ptaki krążące nad płytą. Zderzenie jest szczególnie niebezpieczne w trakcie startu samolotu. – Jeżeli pilot zauważy lecące ptaki, zgłasza to służbom Państwowych Portów Lotniczych i specjalne ekipy PPL za pomocą rakiet hukowych je odstraszają. Warto zaznaczyć, że przed rokiem Tu-154M przechodził remont w zakładach remontowych w Samarze akredytowanych przez MAK. Jak wyjaśnia Dowództwo 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, był to remont główny, przez który musi przejść każdy statek powietrzny. Kupracz przekonuje, że nie była to żadna naprawa, a jedynie remont. Podczas niego sprawdzono i wymieniono na nowo wszystkie elementy, którym kończył się okres używania. Dowództwo nie chce udzielać informacji, jakie urządzenia wymieniono.

Anna Ambroziak

Nasz Dziennik

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s