Na wywiadówce u pilotów


Czwartek, 25 listopada, Nr 275 (3901)

Z Kazimierą Kalinowską, emerytowaną nauczycielką matematyki w Ogólnokształcącym Liceum Lotniczym w Dęblinie, rozmawia Marta Ziarnik

Od ilu lat jest Pani związana z Liceum Lotniczym w Dęblinie?
– Ze Szkołą Orląt związana jestem od roku 1978 i choć w 2003 roku odeszłam na emeryturę, to nadal żyję jej życiem. Podczas uroczystego ślubowania gen. bryg. pil. Jan Rajchel, komendant-rektor WSOSP, decyzją ministra edukacji narodowej, wręczył mi Medal Komisji Edukacji Narodowej za wieloletnią, oddaną pracę na rzecz tej placówki, co jest dla mnie olbrzymim zaszczytem. Jednak nie mniejszym zaszczytem była dla mnie także praca w dęblińskim liceum. Miałam bowiem to niesamowite szczęście znaleźć się w gronie nauczycieli uczących najodważniejszą polską młodzież. Młodzież, która ma prawdziwe marzenia i która nie boi się ich realizować – nawet za cenę olbrzymich poświęceń. I choć nie wszystkim młodym ludziom udawało się te marzenia do końca zrealizować, to jednak nie bali się próbować. I pragnę podkreślić, że ci wszyscy, którzy opuścili dęblińskie mury, to są piloci z powołania.

Ile pokoleń pilotów Pani uczyła?
– Byłam wychowawczynią sześciu klas zespołów chłopców, których witałam na początku nauki i których przez kolejne cztery lata obserwowałam, z którymi dzieliłam ich młodzieńcze troski i problemy. Widziałam ich najpierw jako nieco wystraszonych nowym środowiskiem chłopców, którzy następnie stawali się przystojnymi młodzieńcami w mundurkach lotniczych na balach studniówkowych, a później opuszczających nasze mury ze świadectwem dojrzałości w ręku. Wszystkie klasy wspominam z wielkim sentymentem. Wszystkie były wyjątkowe, choć na swój sposób inne. Z wychowankami dęblińskiego liceum oglądałam Morskie Oko i Czarny Staw, wchodziłam z nimi na Śnieżkę, Kasprowy Wierch i Giewont. Pamiętam też, jak oni z kolei pomagali mi wchodzić pierwszy raz do czołgu i okrętu podwodnego. Z nimi zwiedzałam Wenecję, Loreto, Asyż, Rzym, Watykan, San Marino i wyspę Capri. Nigdy też nie zapomnę wzruszenia, jakim napełniło mnie spotkanie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, i nie zapomnę do końca życia tego jego cudownego uśmiechu, z jakim patrzył na moich wspaniałych uczniów. Niezapomniane pozostaną dla mnie również chwile wzruszenia w czasie śpiewania przez moich uczniów pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino” w miejscu bitwy, która stała się polską legendą narodową.

Uczyła też Pani mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę rządowego tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem?
– Tak. Arek rzeczywiście był przez cztery lata liceum moim uczniem i zawsze wspominałam go bardzo miło. Wyrył się w mojej pamięci także z tego względu, że należał do ścisłego grona moich najlepszych uczniów. Od samego początku przejawiał bardzo duże zdolności matematyczne.

To samo mówiła o nim jego nauczycielka matematyki z olkuskiej podstawówki…
– Nie dziwię się. Arek dał się poznać jako chłopiec naprawdę rozumiejący matematykę. I muszę podkreślić, że z matematyki naprawdę niewielu uczniów zdobywało u mnie najwyższe oceny. Arkowi to się jednak udawało.
Zapamiętałam Arka jako chłopca niesamowicie kulturalnego i odpowiedzialnego. Nieraz widziałam, z jakim zapałem pomagał swoim kolegom. Zawsze też brał pełną odpowiedzialność za swoje słowa i czyny… Głos mi się załamuje, bo nadal tak trudno jest mi uwierzyć, że tylu najlepszych młodzieńców w ten sposób pożegnało ten świat. Jest mi tym trudniej, że stosunkowo niedawno pożegnałam także kpt. pil. inż. Leszka Ziemskiego, który zginął w katastrofie CASY, a który prywatnie był moim bratem stryjecznym, którego trzymałam do chrztu, a także przez cztery lata dęblińskiego liceum uczyłam matematyki.

Jaki kontakt mjr Arkadiusz Protasiuk miał z kolegami i pozostałymi nauczycielami?
– Jak już wspominałam, był on bardzo uczynny i chętny do pomocy w nauce, dlatego koledzy bardzo Arka lubili. Był bardzo koleżeńskim chłopcem, zawsze taktownym w relacjach z innymi. Poza tym, że chętnie pomagał kolegom, potrafił także – jeśli zaszła taka potrzeba – wspierać nauczycieli i nie bał się w związku z tym reakcji klasy. Nigdy też nie miałam z Arkiem żadnych problemów wychowawczych. Jestem pewna, że to samo mogą powiedzieć pozostali jego nauczyciele.

Czym było dla niego latanie?
– Wystarczyło spojrzeć na Arka, by zobaczyć, że latanie to było jego największe marzenie, największa pasja, której oddawał całe swoje serce. I zawsze podziwiałam tych chłopców za to, że wybrali tak trudną profesję, jaką jest lotnictwo. Mam do nich wielki szacunek za ich zapał do nauki i miłość do latania i za to, że z uporem dążyli do tego, by móc uczyć się w naszym dęblińskim liceum. Proszę sobie wyobrazić, że wielu tych chłopców przyjeżdżało do Dęblina z najdalszych zakątków Polski, by spełnić tu swoje marzenia. Niejednokrotnie przyjeżdżali do nas w tajemnicy przed rodzicami i wbrew nim, którzy obawiali się o życie swoich dzieci. I widziałam wiele przypadków, gdy rodzice przyjeżdżali do szkoły ze łzami w oczach, prosząc swoje dzieci, by porzuciły te marzenia i poszły do innych szkół. Ale ci 15-letni chłopcy, którzy widać, że kochają swoich rodziców, jednak bronili swoich decyzji i marzeń. A ja, stojąc z boku, podziwiałam nie tylko tych chłopców za odwagę, ale i ich rodziców, którzy potrafili wychować swoje dzieci na tak szlachetnych i odważnych ludzi. Wielu moich uczniów było tak biednych, że ich rodziców czasami nie było stać nawet na bilet dla nich, nie mówiąc już o tym, że nie było stać rodziców, aby przyjechać na wywiadówkę. Ale ci chłopcy ciężko pracowali i robili wszystko, aby tylko tu się znaleźć. To naprawdę jest nieprawdopodobne i szalenie budujące.

Już w pierwszych chwilach po katastrofie winą za nią obarczono polskich pilotów, twierdząc, że ryzykowali tylko po to, by udowodnić, że potrafią wylądować w trudnych warunkach. Czy kiedykolwiek zauważyła Pani u mjr. Protasiuka przejawy jakiejkolwiek brawury?
– Absolutnie nie! Nigdy! Arek był chłopcem rozważnym i nigdy nie narzucał innym swojej woli. Uczyłam Arka przez cztery lata i jako jego nauczyciel muszę z czystym sumieniem zaprzeczyć tego typu pogłoskom.

Jak Pani odbiera te wszystkie insynuacje pojawiające się na temat załogi Tu-154M?
– Są one dla mnie bardzo bolesne i współczuję z całego serca rodzinom tych chłopców. Razem z mężem – również pilotem – obserwujemy te wszystkie wypadki lotnicze i zarówno on, jak i ja nie zgadzamy się z ferowanymi po nich wyrokami. Mój mąż zawsze podkreśla, że najłatwiej jest zrzucić winę na tych, którzy się już obronić nie mogą. I to jest bardzo przykre i bardzo krzywdzące. Jako żona pilota wiem, że są to ludzie bardzo odpowiedzialni. I biorą tę odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za pozostałych członków załogi i za pasażerów. Mając to na uwadze, na pewno nigdy nie lekceważyliby żadnych zagrożeń, nie wystawialiby ich życia na niebezpieczeństwo. Ponadto to byli młodzi chłopcy, którzy mieli kochające żony i malutkie dzieci. Jak zatem można mówić, że byli samobójcami, skoro kochali i byli kochani?!

Znała Pani gen. Andrzeja Błasika?
– Tak. Pana generała znałam, uczyłam go w drugiej klasie, w pierwszym, pamiętnym roku mojej pracy w OLL. Andrzej Błasik był jednym z bardziej znanych uczniów naszej szkoły. Zapamiętałam go, jeszcze zanim został dowódcą Sił Powietrznych, gdyż był bardzo znanym uczniem, wyróżniającym się w wielu dziedzinach. Był to delikatny i kulturalny młody człowiek, nie sposób było go nie zauważyć.

Pan generał bardzo często odwiedzał później Ogólnokształcące Liceum Lotnicze. Jak się zachowywał w trakcie tych wizyt?
– Zawsze uśmiechnięty i kulturalny. I choć był dowódcą Sił Powietrznych, to zawsze z pełnym szacunkiem odnosił się do swoich byłych nauczycieli, wychowawców i kolegów. Niektórzy uczniowie po latach nie przyznają się do swoich nauczycieli, ale z pewnością nie gen. Błasik. On zawsze o wszystkich pamiętał i miał dla nich dobre słowo.

„Wprost” zarzuciło gen. Błasikowi, że traktował podwładnych z wyższością, nie tolerował sprzeciwu, do niedawna całkiem poważnie dywagowano, że siedział za sterami.
– Doprawdy nie wiem, skąd ludzie biorą takie pomysły i czemu one mają służyć. Od początku nie dawałam wiary tego typu spekulacjom. Generał Błasik nie był tego typu człowiekiem. Nieraz miałam możliwość obserwować go i widziałam, jaki ma wielki takt i szacunek dla drugiego człowieka.
Osobiście związana jestem z lotnictwem od wielu już lat, zwłaszcza zaś od momentu, gdy poznałam mojego męża, który także jest pilotem, choć obecnie w rezerwie. I od tego czasu przeżyłam już niejedną katastrofę swoich uczniów i kolegów męża. Muszę też powiedzieć, że tzw. rodzina lotnicza – jak sami siebie określają – jest bardzo ze sobą zżyta, za co szalenie tych ludzi podziwiam. Widzę to zwłaszcza w czasie zjazdów, w których udział bierze mój mąż i jego koledzy. Wszyscy wspominają wówczas tych, których już z nimi nie ma, którzy zginęli na posterunku. Między nimi jest naprawdę silna więź, z jaką wcześniej się nie spotkałam. Piloci zawsze sobie pomagają w potrzebie. I właśnie tę wzajemną pomoc i niesamowitą odwagę tak bardzo w tych ludziach cenię.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s