Mashina wriemieni


16.03.2011 19:29

Największe problemy z czasem spośród wszystkich świadków smoleńskich ma… moonwalker S. Wiśniewski – co jest o tyle ważne, że, jak już wspominałem w poprzednim wpisie, „zegar” wprowadzony przez SW uznano w „komisji Millera” za „układ współrzędnych” dla zdarzeń z 10 Kwietnia(http://www.youtube.com/watch?v=ctNcvVAqLUk&feature=related 0h27’09”). SW nie wie przecież, 1) jak długo zwlekał z wybiegnięciem na pobojowisko (czyli ze swym historycznym lotem na Księżyc), 2) ile trwało jego zatrzymanie i przetrzymywanie przez FSB (mówi że maksymalnie godzinę, ale mówi też, że pół godziny – to spora różnica – a jeśli półtorej godziny albo dłużej?), 3) kiedy przekazał swój materiał polskiej telewizji (twierdzi, że o wiele szybciej niż wyemitowała go ruska ogólnopaństwowa stacja, tymczasem w ruskiej film SW jest upubliczniony minutę później niż w polskiej).
Skąd więc możemy wiedzieć, że akurat 8.49.02 pol. czasu to początek nagrania na Księżycu, a nie np. 8.49 albo… 9.49 czy nawet 11.49 ruskiego (o ile minuty się zgadzają)? Do jakiego bowiem absolutnego zegara ustawiał swój relatywny „zegar kamery” polski montażysta to jemu tylko na razie wiadoma tajemnica. Pewne światło na ten gąszcz zagadek rzuciłaby 1) relacja W. Batera, który miał rozmawiać przez bramę z SW, 2) dokładna godzina wysłania sms-a z Polski oraz 3) ustalona chwila dostarczenia materiału SW do „woza transmisyjnego” przy lotnisku – gdyby te zdarzenia udało się umiejscowić, moglibyśmy szacunkowo zacząć ustalać poprzednie.
Z zeznań SW wynikałoby, że o 8.48 wylądował na Księżycu, ale przecież wiemy, że – wbrew temu, co opowiadał pod bramą do kamer dziennikarzom 10 Kwietnia – nie pognał bezzwłocznie na „miejsce katastrofy”. W momencie „zdarzenia” SW wpada w stan wybitnie refleksyjny i przeżywa iście hamletowski dylemat, któremu w swych sejmowych zwierzeniach nadaje niemalże literacką formę. No, nie tyle jest to słynne „być albo nie być”, ale na pewno „biec albo nie biec” do ruskiej zony. Przypomnijmy sobie ten ważny moment, gdyż można odnieść wrażenie, że trwa on o wiele dłużej niż parę minut (1h33’07”):
„…zdejmując kamerę z okna, bo weszli ci pracownicy tam naprawiając coś właśnie, usłyszałem dźwięk taki nienaturalny, jeśli chodzi o pracę silników samo… lotniczych. I to mnie zastanowiło, bo słyszę i nie widzę. Mówię (do kogo? – przyp. F.Y.M. – do siebie?), no, mgła, to trudno. I w tym momencie stojąc w otwartym oknie, patrząc w kierunku właśnie lotniska Siewiernyj, zauważyłem właśnie zarys pols… jakiegoś samolotu skrzydłem skierowanym w dół. Za chwilę było słychać huk i taki łomot, tak czuć, że ziemia lekko zadrżała. I za chwilę słup ognia tak mniej więcej wysokości dwukrotność, dwa razy tyle co wielkość drzew, czyli około 30 m mniej więcej.”
I teraz ta scena szekspirowska:
No i w tym momencie konsternacja: „Co robić?” Słyszę, że jak tam ludzie hamuj…, bo tam obok jest droga, że samochody się zatrzymują, że hamują, pisk opon… No i co? (głos z sali: „Trzeba lecieć” – przyp. F.Y.M.)… No nie. To nie było takie hop siup: „trzeba lecieć”. No bo to jednak, no, nie oszukujmy się, jest to… jest to… Człowiek dostaje takiego usztywnienia. Nie wie, co ma ze sobą robić. Zaraz – lecieć, nie lecieć. Pójść, nie pójść? Jednak to jest lotnisko rosyjskie. A jak mnie odstrzelą albo coś? Taka kalkulacja i to na pewno trwało dobre kilka minut…”
SW wyłącza okienną kamerę o 8.37.36, następnie zaś jest świadkiem skrzydlatej orki, którą widzi w cudownej mgielnej rozwiewce (mimo że jeszcze jakiś czas temu wielkiego iła-76 tylko słyszał, a nie oglądał), a potem sprawdza, co się w kamerze zapisało i popada w zadumę nad tym, czy powinien, czy nie powinien się udawać na ruskie, wojskowe lotnisko. Myśli nad drogą ewentualnej ucieczki czy ewakuacji, opracowuje plan, przezornie zabiera zapasowe kasety, nie bierze dokumentów (?). Sprawdza sprzęt, ubiera się (miał „niekompletny strój”, jak twierdzi, więc był w szortach i koszulce? w piżamie?), szykuje się do wyjścia, no i wychodzi.
Musi więc zejść do recepcji, robi to zapewne spokojnym krokiem, by nie wywoływać złego wrażenia (jakby gdzieś chciał gnać), na punkcie którego Ruscy są zawsze przeczuleni i zaraz chwytają za telefon. Może na ulicy przyspiesza kroku. Od hotelu jednak do pobojowiska ma całkiem niezłą trasę do pokonania wzdłuż budynków, ma też przejście przez ruchliwą ulicę, a potem przez chaszcze, w których może się spodziewać mundurowych. Nie biegnie przecież z krzykiem: „Ludzie, tam się jakiś samolot rozwalił!!”, tylko, jak rasowy dokumentalista, przedziera się ukradkiem do ruskiej zony, udając, że go nie ma. Dokonuje rekonesansu, stwierdza, że jest dostatecznie bezpiecznie i włącza kamerę przy usterzeniu.
Tak to mniej więcej może wyglądać, choć, jak już sygnalizowałem, dziwne wydaje się, że kamera zostaje włączona tak późno. Czy to wszystko więc może trwać zaledwie 10 minut? Sprawdzanie sprzętu, przygotowania, ubieranie, deliberowanie, wychodzenie, dotarcie na miejsce? Co w międzyczasie robią blacharze? Zauważyli katastrofę? Udają, że nie słyszą? Stali przecież za oknem, więc nawet lepiej mogli obserwować zdarzenie. Czy dzielą się swymi spostrzeżeniami z SW, czy pochłonięci są blacharką? Telefonują do kogoś? Ściągają pomoc do wypadku? Chyba nie są głuchoniemi? A może przeciwnie, robią huk na balkonie zagłuszający „zdarzenie”, by nikt się nim nie interesował? Wątku blacharzy SW wcale nie ciągnie, jakby ich zniknięcie z mgielnej sceny i z sitcomu „Mgła 0” powodowało ich zniknięcie w świadomości montażysty, a przecież goście tam muszą być i powinni jakoś zareagować na „zdarzenie” – nawet jeśli mieliby się z niego śmiać na zasadzie takiej, że ktoś butelki tłucze w okolicy („pewnie tam coś palą”, jak mówił jeden ze świadków z okolic garaży).
Filmuje pobyt na Księżycu przez dosłownie parę minut (mimo że ma zapasu na dobrą godzinę, jeśli nie więcej) i za chwilę wpada w łapy czeskistów. Ale to dopiero początek, a nie koniec przygód, jak wiemy. W momencie zatrzymania kamera rejestruje tylko fragment rozmowy i wcale nie słyszymy przejmującego dialogu z Cyganowskim, rozkazu pracownika ambasady, by polskiego montażystę zatrzymać, a sprzęt mu zniszczyć, momentu wejścia do UAZ-a (czy gazika), odjazdu stamtąd, przejazdu na lotnisko (jaką trasą) itd. Tego UAZ-a w ogóle nie widać na żadnym kadrze, więc może SW zostaje do niego dopiero doprowadzony? Nie wiemy, jak długo trwa cała ta sytuacja z zatrzymaniem przez Obcych i użeraniem się z nimi. Czy to jest parę, paręnaście… czy może parędziesiąt minut? Czy Ruscy musieli się spieszyć z odstawianiem SW na lotnisko, czy też nie?
Jakie tu ma SW poczucie czasu? Znowu niezbyt precyzyjne (o wiele łatwiej przychodzi mówić mu o czasie powstawania naturalnej mgły w Smoleńsku (0h44′) i o lądowaniu iła-76). Przypomnijmy sobie jego wyjaśnienia w odpowiedzi na pytanie min. A. Macierewicza, bo tu mam wrażenie, że czas się we wspomnieniach moonwalkera zaskakująco doprawdy kurczy (0h29′):
Jak pan wspomniał o 12-tej było (emitowanie filmu SW – przyp. F.Y.M.) czasu rosyjskiego, ale przecież mój materiał był mniej więcej wyemitowany w świat, mniej więcej pół godziny, nie więcej niż 1 godz. po moim zatrzymaniu, bo akurat dzięki życzliwości osób trzecich, jak już udało mi się stamtąd wydostać, to przecież emitując to przez nasz wóz satelitarny, to poszło to w świat o wiele wcześniej, czyli nie tylko rosyjskie służby już miałyby jakąś… przecież skądś wzięli ci ludzie ten materiał. Przecież (…) nie oszukujmy się, po prostu go ukradli, uznając, że to jest ich. Bo podpisuje Russia Today czy Russia 24 twierdzi, że jest ich materiał, przez nich zrealizowany (…)
W kwestii jednak dokładnej godziny przekazania filmu „do wozu” i „do firmy” SW odpowiada:
To troszeczkę jest za trudne pytanie, bo w tej chwili nie pamiętam, bo będąc jednak, nie oszukujmy się, jednak i w pewnym stresie, i trochę jednak i szoku… i która to była godzina nie powiem, bo nie mam takiej wiedzy. Musiałbym poprosić kogoś, żeby sprawdził z tzw. szpiega, czyli podglądu tego, o której materiał przyszedł do firmy, czyli na Plac Powstańców. Tak więc trudno mi powiedzieć, czy to było… godz. 8.50 czy 9.20 (??? – przyp. F.Y.M. – to jakieś żarty, czy co?) – nie chcę takich godzin podawać, bo po prostu nie wiem…”
W tym momencie Macierewicz przypomina o dwugodzinnej różnicy czasu między Warszawą a Smoleńskiem, czyli, że 12.27 w Rosji to 10.27 w Polsce, a SW mówi (o przekazaniu jego filmu):
Podejrzewam, że sporo wcześniej (…). Podejrzewam, że spokojnie godzinę wcześniej powinien być w Polsce…”
Godzinę wcześniej? O 9.27 TVN24 jest na etapie relacjonowania zweryfikowanej w dwóch źródłach wieści o rozbiciu się „prezydenckiego jaka-40” (dopiero po paru minutach przejdą na wersję z „prezydenckim tupolewem”, a w TVP Info ani widu, ani słychu po legendarnym filmie SW, zaś prowadzący z wybitnie mądrą miną powie o 9.41 do siedzących gości w studiu, że aż niewiarygodna wydaje się informacja o katastrofie. Co innego godzinę później – o 10.27 pol. czasu; już wtedy bowiem film SW zaczyna swoje medialne życie i faktycznie „zawojuje świat”. Czyżby więc przez 1 godzinę po TAKIEJ tragedii trzymano gdzieś w Polsce w sejfie TAKI bezcenny materiał, nie dysponując wcześniej niczym poza migawkami z Lasku Katyńskiego i z Wwy? Podejrzewam, że wprost przeciwnie – to naszemu moonwalkerowi trafiła się DODATKOWA godzina życia w ruskiej zonie, godzina, którą przeżywał tylko on, a nie my, w swoistej dziurze czasoprzestrzennej. Problem tylko w tym, że nie wiemy znowu KIEDY on tę dodatkową godzinę życia dostał – przed „zdarzeniem” czy po.
W swych zeznaniach SW mówi, że się odnosi do polskiego czy warszawskiego czasu – powtarza to z takim naciskiem (0h44′, 0h48′ itd.), jak to, że w mgielnej rozwiewce widział skrzydło skierowane pionowo w dół. Ale do cholery nam wcale nie chodzi o żaden polski czas właśnie. My nie mamy problemu z pol. czasem, lecz z ruskim, co już wielu blogerów zgłaszało, ja również (http://freeyourmind.salon24.pl/286238,w-ruskiej-zonie, http://freeyourmind.salon24.pl/286838,bilokacja-o-8-38). Istota rzeczy sprowadza się przecież do tego, że nie wiemy, co i kiedy w ruskim, tamtejszym, smoleńskim, księżycowym czasie zachodziło i czy ten czas był jednakowy dla wszystkich uczestników wydarzeń.
To, że SW traci we wspomnieniach poczucie czasu widać, gdy jedna z posłanek stwierdza, że zrazu nie było dziennikarzy na Siewiernym (oh41′): „Byli dziennikarze przecież, którzy stali przy tym szlabanie, który tam na lotnisku był (…) Może wcześniej ich nie było, ale w tym momencie (kiedy? – przyp. F.Y.M.), gdy tam mnie zawieziono, zostałem zatrzymany, to widziałem przecież redaktora np. Batera, kolegę z TVN-u, który chciał ten mój materiał kupić, kilka osób chyba z portali internetowych (??? – przyp. F.Y.M.). Tak więc dziennikarzy jako takich było co najmniej 10 osób. Na pewno ludzie mieli i mikrofony i kamery, bo próbowali wbiec na to lotnisko, dowiedzieć się, o co chodzi (…) Funkcjonariusz FSB, który w pewnym sensie opiekował się moją torbą i mną po prostu nie pozwalał mi się komunikować z nimi i wymieniać jakiekolwiek informacje.” No ale to musi być już pora, gdy wieść o katastrofie tupolewa się „rozniosła” i gdy z Katynia przygnali pierwsi żurnaliści.
Czy SW dostał tego „sms-a o katastrofie prezydenckiego tupolewa” z Polski? Czy raczej Ruscy na pobojowisku dali mu wykład historii? Także tej najnowszej, z 10 Kwietnia, której on sam stał się mimowolnym bohaterem? Jego film składa się z dwóch części – pierwsza to dosłownie 26 sekund od włączenia kamery o 8.49.02 do jej „przełączenia” po symbolicznym strzale drzewa o 8.49.28. Mimo że druga część zaczyna się (wedle zegara kamery po 21 sekundach) w dość podobnym miejscu scenerii, co poprzednia, to w tej drugiej wnet pojawiają się odgłosy syren (2’15” (http://www.youtube.com/watch?v=iQ_5PrVDl9g)) – podczas gdy w pierwszej – nie. Poza tym w pierwszej jest mniej ognia, a w drugiej więcej. A przecież powinno być odwrotnie. No chyba, że na miejscu maskirowki goście się dopiero rozgrzewają.
  A propos „gości” – jeśli patrzeć pod ich kątem, to takie uzyskujemy zestawienie: na filmiku Koli są gostkowie w kolorowych kurtkach, ale nie ma ludzi w kitlach ani w strażackich strojach (ale za to jest ruska syrena), na filmie SW są goście w strażackich strojach, smutni panowie z FSB i mundurowi z OMON-u, lecz nie ma gości w kitlach (ale ruskiej syreny nie ma). W zeznaniach M. Wierzchowskiego zaś są tylko goście w kitlach i dopiero potem się pojawiają mundurowi, omonowcy, strażacy itd. – no i jest ruska syrena, choć brak strzałów, jakie były u Koli (http://freeyourmind.salon24.pl/278778,syrena-ruska). Czyżby było więc parę z rzędu „podejść do lądowania” na Księżycu i za każdym razem w innej obsadzie? Do tej kwestii jeszcze powrócę.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s