Musiał wybuchnąć


2011-03-29 20:22

Od zestrzelenia południowokoreańskiego boeinga w Rosji wydarzyło się wiele katastrof lotniczych i krwawych aktów terroru, które szokowały świat. W tajemniczych wypadkach ginęli generałowie i gubernatorzy. Często po nich pojawiały się spekulacje o zamachu.

Tuż przed świtem w tajnej bazie Sokół rozległ się alarm. Mjr Giennadij Nikołajewicz Osipowicz popędził do swojego myśliwca Su-15, aby jak najszybciej dopaść wroga. Jego celem było przechwycenie obcego samolotu, który wtargnął nad terytorium jego ojczyzny. Przez ok. 100 km podążał śladem intruza. Leciał tuż za nim na pułapie ponad 10,5 km nad ziemią. Z odległości niespełna 200 m widział, że nie jest to szpiegowski RC-135 (czyli przerobiony Boeing 707), który wcześniej kręcił się w tym rejonie. Po światłach pozycyjnych i dwóch rzędach okien rozpoznał charakterystyczny kształt jumbo jeta. Był przekonany, że pasażerski boeing został wysłany z misją wywiadowczą. Miał ochotę zestrzelić go, gdy tylko przekroczył granicę, ale rozkazano mu zmusić intruza do lądowania.

Najpierw pomigał wrogiej maszynie światłami, ale ponieważ leciał z tyłu, więc załoga boeinga go nie dostrzegła. Potem oddał trzy salwy ostrzegawcze z działka pokładowego. W sumie wystrzelił 520 pocisków. Maszyna nie zareagowała, prawdopodobnie załoga też nic nie zauważyła, bo miał tylko zwykłą amunicję, a nie pociski smugowe, które byłyby lepiej widoczne na tle nocnego nieba. Major nie próbował nawiązać kontaktu przez radio, bo był przekonany, że oni nie znają rosyjskiego, tak jak on nie znał angielskiego, więc możliwości porozumienia nie było.

Największym problemem stawał się czas. Ścigany samolot przeleciał już nad Sachalinem i zmierzał w kierunku wód międzynarodowych. Majorowi kończyło się paliwo. W ostatniej chwili dostał zgodę na zestrzelenie. Odpalił w kierunku intruza dwie rakiety; jedną naprowadzaną radarowo, drugą termicznie. Trafiła tylko pierwsza, ale to wystarczyło, aby potężny odrzutowiec uległ dekompresji. Piloci stracili kontrolę nad maszyną, która weszła w korkociąg i runęła do morza.

Samolot był w momencie trafienia niewiele ponad 20 s od neutralnego terytorium. Gdyby tam dotarł, 269 osób znajdujących się na jego pokładzie by ocalało. Dowódca koreańskiego boeinga był doświadczonym pilotem. W powietrzu spędził ponad 10 i pół tysiąca godzin. Latał od dziewiętnastu lat. Popełnił prawdopodobnie błąd przy programowaniu pilota automatycznego.

Południowokoreański Boeing 747 leciał z Nowego Jorku przez Anchorage na Alasce do Seulu. Nad ranem 1 września 1983 r. zboczył z kursu i wleciał w przestrzeń powietrzną Związku Radzieckiego. Prezydent Ronald Reagan nazwał jego zestrzelenie „aktem barbarzyństwa” i „zbrodnią przeciw ludzkości”. Czarna skrzynka południowokoreańskiego samolotu została wyłowiona przez Sowietów, ale ujawniono ten fakt dopiero po dziewięciu latach. Borys Jelcyn, który uznał zestrzelenie koreańskiego odrzutowca za największą tragedię zimnej wojny, przekazał te dowody Amerykanom. Do dziś nie ma jednak pewności, dlaczego boeing zboczył z kursu ani dlaczego go zestrzelono.

Trzynaście lat po tragedii, udzielając wywiadu amerykańskiemu dziennikowi „The New York Times” (9 grudnia 1996 r.), mjr Osipowicz był dumny ze swojego czynu. Twierdził, że samolot wykonywał misję wywiadowczą, a na jego pokładzie byli sami szpiedzy. Zapewniał, że czuje się szczęśliwy dzięki sławie, jaką zdobył zestrzeleniem wrogiego samolotu. Skarżył się jedynie na zbyt niską nagrodę. Kontroler, który wykrył na radarze obcy samolot, dostał 400 rubli. Jemu przyznano tylko 200. Odczuwał to jako niesprawiedliwość.

Niebezpieczna misja

Mimo tych powszechnie znanych faktów polskie samoloty lecące w kwietniu ub.r. do Smoleńska nie zostały w ogóle zabezpieczone przed atakiem terrorystycznym. Ponieważ czas przylotu i skład delegacji były szeroko znane, zaplanowanie ataku nie nastręczyłoby terrorystom trudności. Wystarczyłoby, aby jakiś fanatyk z ręczną wyrzutnią przeciwlotniczą, kupioną na kaukaskim bazarze, stanął pod trasą podejścia do jedynego pasa na lotnisku Siewiernyj i odpalił rakietę, kiedy tupolew podchodził do lądowania. Naprowadzany termicznie pocisk trafiłby niechybnie w jeden z silników, a samolot runąłby na ziemię jak kamień.

Internet pełen jest rozbudowanych scenariuszy zamachu, którego polskie służby w ogóle nie brały chyba pod uwagę. Po roku wyjaśniania katastrofy smoleńskiej wciąż nie wiemy, co tam się stało. Nie ujawniono dotychczas dowodów wskazujących, że samolot został zaatakowany, ale z powodu mataczenia uzasadnione są wątpliwości, czy dowody takie nie zostały ukryte lub zniszczone. Można jedynie spekulować, że gdyby katastrofa była efektem ataku terrorystycznego, to w interesie rosyjskich śledczych byłoby raczej nagłośnienie tej wersji niż jej zatuszowanie.

Trzeba jednak pamiętać, że w operacji przyjmowania polskiego samolotu uczestniczyli wyłącznie oficerowie rosyjscy, że katastrofa miała miejsce w strefie odpowiedzialności Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej, że zabezpieczenie terenu i akcja ratunkowa prowadzona była przez resorty siłowe Rosji. W tej sytuacji wydaje się mało prawdopodobne, aby obcy, czyli terroryści, mogli przeniknąć na ten obszar, przeprowadzić taką akcję i zniknąć bez śladu, nie ujawniając nawet swoich celów.

Cała operacja na Siewiernym była realizowana i nadzorowana przez wojsko. Ostateczny rozkaz w sprawie przyjęcia polskiego samolotu przyszedł ze sztabu w Moskwie. Politykę informacyjną po katastrofie też realizowano przy znacznym udziale Sił Powietrznych. Szef ich sztabu był członkiem specjalnej komisji państwowej Rosji badającej wypadek. Sprawa smoleńska ma więc charakter wojskowy, a nie cywilny.

Liczba scenariuszy, według których wojskowi mogliby doprowadzić do katastrofy samolotu, jest imponująca. Nie warto tracić czasu na prymitywne teorie dotyczące ataku konwencjonalnego, takiego jak zwykłe zestrzelenie czy zakłócenie podejścia przez drugi samolot lub inną przeszkodę w powietrzu. Blokada sterów wysokości jest intrygującą hipotezą, ale nie wyjaśnia, dlaczego samolot w ostatnich sekundach lotu udało się wyprowadzić z upadku i zaczął się on już wznosić w górę. Hipoteza wirtualnego lotniska, czyli skierowanie samolotu w jar przed lotniskiem za pomocą fałszywych radiolatarni i reflektorów zainstalowanych na samochodach, też niewiele wyjaśnia, gdyż nie tłumaczy, ani dlaczego samolot zaczął spadać, ani dlaczego załoga nie zdążyła go podnieść z tego upadku.

Bomba paliwowo-powietrzna

Najbardziej intrygujące są teorie związane z nowoczesnymi typami broni. Szczególną popularnością cieszy się teoria detonacji bomby paliwowej nad polskim samolotem. „Gazeta Polska” już w maju ub.r. dotarła do specjalistów od budowy płatowców, według których rozerwanie kadłuba tupolewa na tak drobne kawałki, jak to się stało w Smoleńsku, mogła spowodować tylko potężna eksplozja. Zdaniem ekspertów, gdyby nie doszło do wybuchu, samolot mógłby popękać, rozpaść się na kilka fragmentów, ale duraluminiowy kadłub nie rozerwałby się na tak drobne części. Specjaliści zwracali uwagę, że na elementach samolotu nie ma znaków pożaru, choć czuć było od nich woń paliwa lotniczego. Kadłub został rozerwany na postrzępione kawałeczki, na których nie było śladów nadtopienia. Eksperci wskazywali, że takie efekty mogła spowodować bomba paliwowo-powietrzna, która niszczy cele, nie wywołując pożaru, bo wysysa tlen z otoczenia.

Działanie takiej bomby polega na rozpyleniu w powietrzu substancji wybuchowej i momentalnym zdetonowaniu tej chmury w taki sposób, aby uzyskać ekstremalnie małe ciśnienie i wysoką temperaturę. Broń tego typu określana jest także mianem termobarycznej lub próżniowej ze względu na efekt „wysysania” tlenu podczas eksplozji. Paliwem mogą być np. ciekłe i gazowe węglowodory, pyły metali, materiały wybuchowe oraz różne mieszaniny. Podczas wybuchu powstaje fala uderzeniowa, która rozprzestrzenia się z ogromną prędkością, powodując straszliwe zniszczenia.

Na początku tego roku „Nasz Dziennik” zamieścił rozmowę z Wasilijem Wasilenką, byłym pilotem wojskowym i instruktorem-kosmonautą, który ujawnił, że sam pracował nad pociskami termobarycznymi, zwanymi bronią wolumetryczną. Według Wasilenki, broń ta umożliwia zestrzeliwanie samolotów, zwłaszcza lecących na małej wysokości. Rakieta może być nakierowywana na radar, na ciepło lub na wiele innych czynników. W przypadku pocisków naprowadzanych na radar, jeśli wybuch nastąpi kilkanaście metrów nad celem, największe uszkodzenia powstają zwykle w przedniej i środkowej części samolotu. Zdaniem Wasilenki, obrażenia ludzi powstałe w wyniku działania broni wolumetrycznej są bardzo podobne do tych, jakie powstają w wyniku ogromnych przeciążeń – 100 g lub wyższych. Według MAK, przeciążenie w chwili zderzenia polskiego tupolewa z ziemią wynosiło 100 g. Jak twierdzi Wasilenko, w przypadku wybuchu głowicy termobarycznej w zniszczonej części samolotu powinien być wyczuwalny zapach nafty, ale resztki nie powinny się palić. Ciała ofiar byłyby w stosunkowo niewielkim stopniu zniszczone, ale mogą być nagie, bo podciśnienie zrywa ubrania. Uszkodzenia narządów wewnętrznych byłyby podobne do tych powstających przy ogromnych przeciążeniach.

Lotnicze bomby paliwowo-powietrzne były wykorzystywane wielokrotnie podczas wojen w Wietnamie, Zatoce Perskiej i Iraku. Skuteczność ich rażenia przewyższa kilkakrotnie moc niszczącą bomb z ładunkiem trotylowym o tej samej masie. Broń ta jest bardzo efektywna przeciwko polom minowym, schronom, słabo opancerzonym pojazdom i samolotom na lotniskach. Bomby takie mogą inicjować wybuch w ogromnej przestrzeni, setek, a nawet tysięcy metrów sześciennych. Największą bombą tego typu jest rosyjska konstrukcja znana jako „ojciec wszystkich bomb”, która ma ponoć czterokrotnie większą moc niszczącą od największej bomby amerykańskiej tego typu GBU-43 MOAB, zwanej z kolei „matką wszystkich bomb”. Pierwszy oficjalny test rosyjskiej superbomby odbył się w 2007 r. Tajemnica jej siły polega ponoć na użyciu nowego materiału wybuchowego, wytworzonego przy użyciu nanotechnologii.

Atak bronią termobaryczną na niskiej wysokości pozostawiłby zapewne ślady na wraku, na ciałach ofiar oraz w terenie. Jeśli badanie katastrofy byłoby prowadzone rzetelnie, to z pewnością już dawno można by wykluczyć lub potwierdzić tę hipotezę. Z powodu mataczenia, ukrywania i niszczenia dowodów sytuacja jednak się komplikuje. Wybuch niewielkiej nawet bomby termobarycznej w czasie podchodzenia samolotu do lotniska, kiedy maszyna znajduje się na niewielkiej wysokości, stanowiłby śmiertelne dla niej zagrożenie. Wybuch taki mógłby tłumaczyć „wyparowanie” kokpitu i rozerwanie kadłuba samolotu na drobne fragmenty. Nasza wiedza jest tu taka sama jak rok temu. Podobnie jest z pozostałymi hipotezami próbującymi wyjaśnić przebieg katastrofy.

Gazeta Polska

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s