Ruskie specsłużby 10 Kwietnia


14.05.2011 18:29

 

1.
We wrześniu 1998 należący do Niemiec satelita ROSAT (wyniesiony na orbitę przez Amerykanów w czerwcu 1990) zajmujący się obserwacją promieniowania rentgenowskiego w kosmosie, ni stąd ni zowąd obrócił się w stronę słońca, co spowodowało uszkodzenie części jego aparatury i sprawiło, że satelita stał się bezużyteczny. Jak odkryły amerykańskie służby specjalne, kontrolę nad urządzeniami satelity przejęła ruska agencja FAPSI zajmująca się cyberszpiegostwem, wojną elektroniczną, hackingiem i tym podobnymi, pożytecznymi i z punktu widzenia strategicznych interesów neo-ZSSR, rzeczami. Jakimi jeszcze? Monitoringiem Internetu oraz sieci telekomunikacyjnych, podsłuchiwaniem rozmów, elektroniczną osłoną FSB, systemem bankowym, systemem głosowania, systemem badania opinii publicznej – słowem: przepływem wszelkich cennych i ważnych informacji. Czasami rozmaici „znawcy” porównują ruskie specsłużby z amerykańskimi czy zachodnimi w ogóle. To nieporozumienie. Zachodnie służby podlegają kontroli społecznej oraz parlamentarnej, poza tym (generalnie) nie inwigilują obywateli kraju, dla którego pracują. Z ruskimi służbami jest dokładnie odwrotnie – to one kontrolują społeczeństwo i „parlament”, a ponadto gros swego wysiłku kierują przeciwko obywatelom kraju, w którym pracują (agenturokracja – obszernie te zagadnienia starałem się omówić w książce „Społeczeństwo zamknięte i jego sojusznicy” (do ściągnięcia tu http://chomikuj.pl/yurigagarin/FYM+Sp.zamk.+2010,398871592.pdf)).
FAPSI (powstałe na mocy prezydenckiego dekretu Jelcyna w 1993 r.) to nie prostacy a la OMON czy inny Specnaz, czyli dzicz specjalizująca się w zabijaniu i terroryzowaniu ludzi – FAPSI to informatycy, matematycy, kryptografowie i in. eksperci od nasłuchu, inwigilacji, technik operacyjnych, jeszcze z najlepszego KGB-owskiego zaciągu. Za czasów bowiem Jelcyna najpierw „rozwiązano” KGB, dokonując rozczłonkowania tej omnipotentnej instytucji na kilka służb (FSB, FSO, SWR oraz FAPSI), z nadejściem jednak cara Putina, w przeciągu kilku lat nastąpiła ponowna centralizacja specsłużb (wiodącą rolę sprawuje oczywiście putinowskie FSB) i ich militaryzacja (nie tylko pod względem przydzielenia sprzętu wojskowego, ale i powołania własnych oddziałów „sił specjalnych”, a więc różnych specnazów).
Tak jak w Polsce (pomijając krótki i po 10 Kwietnia zapomniany już, podejrzewam, epizod za czasów kaczystów, kiedy to na chwilę „zdeaktywowano” wojskówkę, ale trochę tak, jakby miotłą odganiać rój os), GRU, czyli specsłużby wojskowe, stanowiące rdzeń komunizmu i agenturokracji, pozostały zupełnie nietknięte. Trudno zresztą mówić, by KGB dotknęły jakieś „głębsze zmiany”, no bo przecież nie… dekomunizacja, panie dzieju! – o czymś takim nikt w Moskwie za czasów „pieriestrojki” nie chciał słyszeć ani nawet nie śnił. Wystarczy wspomnieć, że monitorujący „reformy” dokonywane na sowieckich specsłużbach, mąż zaufania i dysydent, Siergiej Kowaliow, w swej wspomnieniowej książce napisał:
W 1994 roku przystąpiłem do komisji mającej zająć się oczyszczeniem wiodących stanowisk ówczesnej Federalnej Służby Kontrwywiadowczej Rosji (FSK) z ludzi skompromitowanych. Był to najbardziej haniebny epizod mojej działalności państwowej i poniosłem kompletne fiasko. W końcu nic w tym zadziwiającego, wszak pozostali członkowie komisji dążyli do skrajnie innych celów niż ja – w tym doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego Baturin, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Łobow, dyrektor FSK Stiepaszyn i inne wysoko postawione osobistości.
Uważałem, że w pierwszym rzędzie należy oczyścić FSK z ludzi, którzy zrobili karierę na węszeniu i śledzeniu, kto ma inne przekonania polityczne, gdyż, moim zdaniem, cywilizowanej służbie wywiadowczej nie trzeba ludzi o takich umiejętnościach. Kiedy koledzy z komisji zrozumieli, jakimi kieruję się kryteriami, zaczęli mnie przekonywać, iż wśród osób, które mamy przebadać, nie ma takich, do których odnosiłby się podobny zarzut. Nie było przecież wśród nich ani śledczych zajmującymi się sprawami podpadającymi pod paragraf 70, ani pracowników V Wydziału KGB, który zajmował się „dywersją ideologiczną”. Byli za to wyłącznie heroiczni szpiedzy i kontrwywiadowcy.
Wiedziałem, oczywiście, że to kłamstwo. (…) (T)ylko w jednym czy dwóch przypadkach udało mi się przeforsować swoją opinię i spowodować, że zatwardziali kagebiści nie zostali pozytywnie zweryfikowani. (…)
Dziś uważam, że powinienem był wtedy wycofać się z prac komisji. Pod aktamiweryfikacyjnymi wszystkich czołowych funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa widnieje mój podpis. Ponoszę więc pewną odpowiedzialność, za to, co ta organizacja dziś wyprawia.
Może należało iść inną drogą i zabronić byłym pracownikom oraz agentom KGB zajmowania jakichkolwiek wyższych stanowisk państwowych, czyli zastosować lustrację, której dokonano w krajach Europy Wschodniej w celu prześwietlenia przeszłości? Gdy w latach 1991/92 demokratyczna prasa Rosji żywo dyskutowała ten wariant, byłem mu przeciwny. Sądziłem, że demokratyczny kraj nie powinien rozpoczynać swej historii od polowań na czarownice, poza tym doświadczenia ze wschodnioeuropejską lustracją oraz praca w archiwach nauczyły mnie, iż dokumenty archiwalne nie zawsze zawierają pełną prawdę, na ile ten czy inny człowiek jest skompromitowany. Dziś jednak zadaję sobie czasem pytanie, czy miałem rację
(„Lot białego kruka. Od Syberii po Czeczenię – moja życiowa podróż”, Warszawa 1997, s. 129-130).
Brzmi znajomo, prawda? Chociaż jak na byłego łagiernika dość zaskakująca konkluzja. No więc, pozostawiając dylematy Kowaliowa na boku, wyglądało to „reformowanie bezpieki” w „demokratyzującym się” neo-ZSSR dość podobnie jak w naszym neopeerelu, kiedy to się okazywało, iż w peerelowskich specsłużbach pracowali sami fachowcy i patrioci, i żadnego zbrodniarza nie można było w korytarzach nadwiślańskiej ubecji za cholerę znaleźć (dziś już wiemy, że zbrodniarzami nie byli nawet Jaruzel czy Kiszczak).
Może to co napisałem wyżej, to rzeczy oczywiste, jeśli chodzi o ruskie specsłużby, ale przypominam te kwestie poniekąd, byśmy mieli świadomość, jak bliskie sowieckim są neosowieckie instytucje siłowe, a więc byśmy jasno sobie uzmysłowili, że realizują one te same cele, co za czasów ZSSR i za pomocą tychże samych, zabójczych i terrorystycznych metod. Nawiązują one zresztą do tradycji służb ZSSR, kultywują bohaterów „sowieckogo sojuza” oraz często posługują się sowieckimi emblematami, takimi jak sierp i młot oraz czerwona gwiazda.
2.
Biorąc powyższe pod rozwagę, możemy się teraz pochylić nad fenomenem niezwykłej nadreprezentacji neosowieckich specsłużb na małym „nieczynnym” wojskowo-zakładowym (fabryki SmAZ, jakby ktoś pytał) lotnisku po pewnym ubiegłorocznym „wypadku” w Smoleńsku. Ludu tam co niemiara, jest i FSB, i FSO, i specnaz, i OMON, i „zwykła milicja”, i nawet FAPSI (co sygnalizowałem pod koniec w ubiegłym poście (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/ostatnie-ogniwo.html)). Obecność FAPSI (wciągniętego w struktury FSB putinowskim dekretem w 2003 r.) w dość dobrze już nam znanym ze smoleńskiej historii, hotelu „Nowyj”, nie powinna nas jednak dziwić (wprawdzie raport komisji Burdenki 2 zaznacza, że chłopcy z FAPSI przybyli dopiero o 14-tej ruskiego czasu (s. 103), czyli w południe naszego, ale nic nie stoi, sądzę, na przeszkodzie, by założyć, że spece z FAPSI byli w Smoleńsku już dużo wcześniej, a o 14-tej pojawiła się kolejna brygada). Skoro FAPSI specjalizuje się w wojnie elektronicznej, to 10 Kwietnia ma wiele do roboty, by osłaniać dokonany na polskiej delegacji, terrorystyczny zamach. Po pierwsze może się zajmować blokowaniem połączeń telefonicznych, podsłuchiwaniem rozmów, monitoringiem Sieci oraz telefonii komórkowej na terenie neo-ZSSR (znikanie sms-ów lub danych o połączeniach), prelustracją tego, co ma być przekazane do mediów, no i preparowaniem materiałów trafiających do medialnego i elektronicznego obiegu.
Moonwalker S. Wiśniewski, którego zeznaniom poświęciłem wiele miejsca w moich tekstach, pytany w sejmie podczas posiedzenia zespołu A. Macierewicza, o to, czy widział jakieś dodatkowe sprzęty wojskowe instalowane na lotnisku Siewiernyj przed przybyciem Tuska i Putina, nieoczekiwanie zaczyna mówić o… aparaturze do wojny elektronicznej. Przypomnę może fragment tej relacji polskiego montażysty (1h28′ zeznań sejmowych):
Bo wiem, że np. jak przyjeżdżał Ojciec Święty do Polski, to jeździł taki fajny mercedesik, taki czarny, zaklejony wzdłuż i wszerz, który np. włączał specjalne urządzenie i żadna komórka nie działała w promieniu 15 km. Tu akurat takiego czegoś nie było, nie miało takiego miejsca, bo na pewno telefony komórkowe, na pewno Internet działał, miałem bezprzewodowy… Tak więc jakiegoś urządzenia typu np. zakłócającego, jest mało prawdopodobne, bo na pewno telefon działał, a urządzenie zakłócające jako zespół emitujący jakieś fale o jakiejś obojętnie jakiejś częstości, ale o jakiejś mocy, to da się to zauważyć, tym bardziej bo gdyby nie było możliwości dodzwonienia się przez telefon komórkowy.
Wiśniewski jednak nie może wiedzieć, co się działo z aparaturą elektroniczną od momentu rozpoczęcia operacji z makabryczną maskirowką na Siewiernym, bo przecież najpierw zbierał się do wyjścia, a potem trochę czasu spędził i na pobojowisku, i w polowym areszcie FSB. Tymczasem choćby w relacji W. Batera jest mowa o blokowaniu połączeń osób telefonujących z Lasu Katyńskiego: „Było potworne zamieszanie, wszyscy usiłowali się dodzwonić do członków oficjalnej delegacji –były blokowane telefony, a kiedy to już się udawało, członkowie polskiej delegacji sami nie wiedząc jeszcze wiele szczegółów, a praktycznie nie wiedząc nic…” (http://www.youtube.com/watch?v=_96X6s2eRvI; niestety nie ma dalszego ciągu🙂, por. też: http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/swiadek-bater.html).
Ruskie specsłużby nie poprzestają jednak na wojnie elektronicznej, ale też zajmują się takimi sprawami jak zatrzymanie Wiśniewskiego, aresztowanie załogi jaka-40 na kilka godzin (relacja R. Musia), utworzenie kordonu wokół „miejsca powypadkowego”, zablokowanie dostępu mediom do tego miejsca, internowanie paru polskich dziennikarzy, szerzenie dezinformacji („kto to czwarty raz podchodzi do lądowania? Piloci! Wina pilotów!”, jak to relacjonował J. Opara)) itp. W filmie „10.04.10” pada wypowiedź jednego z polskich świadków, który z kolei przypomina zdanie innego polskiego świadka pilnującego ciała Prezydenta i i obawiającego się, że Ruscy tych pilnujących zabiją. Z kolei we „Mgle” dwóch pracowników kancelarii Prezydenta w swoim hotelowym pokoju zastawia drzwi szafą w obawie przed funkcjonariuszami FSB, którzy podzielili się z nimi wiedzą o tym, co się dzieje w Rosji z ludźmi, którzy przybywają w niewłaściwe miejsca.
Wiśniewski powie:
To, że ja nie zostałem pobity, to że ja nie trafiłem do jakiegoś więzienia, czy jakiegoś aresztu, nie wiem, czy to jest zrządzenie losu, czy może akurat im się spodobałem, czy byli na tyle uprzejmi, może telefon tej znajomej, która wysłała mi sms-a, która dzwoniła do firmy, że jestem aresztowany. Dzięki niej jestem teraz tutaj i nie siedzę w jakimś łagrze czy rosyjskim więzieniu” (2h04′ zeznań sejmowych)
Jak na czas „po wypadku” te zachowania neosowieckich służb są dosyć osobliwe, no ale na Czerskiej powiedziano by nam ze zrozumieniem, że „taka jest Rosja”. Innymi słowy, należy Bogu dziękować (a ściślej carowi), że człowiek żyje, a nie został zarąbany przez sowieckich siepaczy.
3.
Ruski Blitzkrieg z 10 Kwietnia (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/blitzkrieg-z-10042010.html), składa się z kilku strategicznych posunięć: 1) wciągnięcie delegacji prezydenckiej w pułapkę, 2) dokonanie zbrodni, 3) makabryczna maskirowka połączona z blokadą wokół „miejsca wypadku”, 4) wojna informacyjna.
Wyjątkowo ciekawe wydają się działania związane z 3), sprawiają bowiem wrażenie zupełnie niedorzecznych albo chorych. Samo zresztą zamknięcie załogi jaka-40 w samolocie (swoją drogą, czy tej załodze nie towarzyszył opiekun z FSB podczas rozmów z załogą tupolewa?) zaraz po „wypadku” świadczy o tym, że nie chciano, by dotarła na pobojowisko. Na nie pozwolono wejść jedynie wybranym osobom, takim jak członkowie delegacji oczekującej na Prezydenta oraz osoby towarzyszące przybyłemu później J. Sasinowi. Chyba Wiśniewski faktycznie może mówić o dużym szczęściu, bo gdyby nie nadzwyczajne okoliczności, to niewykluczone, że Ruscy by go po prostu zastrzelili, a następnie „okazałoby się”, że polskiego montażystę potrąciła ciężarówka w Smoleńsku, gdy wyszedł z hotelu. Być może na taki manewr nie było już czasu 10 Kwietnia; może też Ruscy uważali, że zbyt wiele osób wie, iż Wiśniewski wyszedł filmować.
Służby neosowieckie otaczają więc pierścieniem „miejsce zdarzenia”, za wszelką cenę nie dopuszczając, by ktokolwiek poza wyznaczonymi ludźmi tam dotarł. Czy czynią to, by zaoszczędzić polskim dziennikarzom (i Polakom przed telewizorami lub komputerami) „widoków nie do zniesienia”? Chyba nie, skoro tyle szewskiej pasji włożyli w zelżenie załogi i pamięci Prezydenta oraz gen. A. Błasika (i w propagandzie, i w „raporcie”), nie mówiąc o sposobie obchodzenia się ze zwłokami polskich ofiar, dbałością o „miejsce powypadkowe”, „identyfikacjami” w Moskwie, przesłuchaniami rodzin osób zabitych itd. Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że niektóre ciała, jak wiemy z relacji świadków, były w takim stanie, jakby żadnych poważnych obrażeń nie zaznały.
Gdyby tego było mało, to 1) Ruscy nie sporządzają dokumentacji fotograficznej „miejsca powypadkowego” (i rzecz jasna w związku z tym nie przekazują jej „polskiej stronie”), 2) przez kilkanaście miesięcy od „wypadku” nie pojawiają się w Sieci żadne zdjęcia ofiar (te makabryczne fotografie, które przewinęły się przez Internet, zwykle pomontowane jak można sądzić przez ruskie specsłużby właśnie, pokazują ciała innych osób, a nie członków delegacji prezydenckiej), 3) w „raporcie” nie ma informacji nie tylko o dokładnym przebiegu „akcji ratunkowej” (co kiedy robiono, kto dokonywał oględzin etc.), ale i o tym, gdzie znaleziono ciała poszczególnych osób i ile tych ciał w takim a takim sektorze znaleziono; gdzie leżało ciało Prezydenta etc.
Ruscy orzekają autorytatywnie, że „wsie pogibli”, mimo iż w momencie wypuszczenia tej dezy do obiegu (w ramach propagandy szeptanej, gdyż oficjalnie tę „informację” poda dopiero Antufjew kilkanaście minut przed godz. 10-tą pol. czasu), nie widać WSZYSTKICH ciał ofiar. Relacje polskich świadków w tej kwestii nie pozostawiają żadnych wątpliwości; wystarczy choćby przywołać to, co mówił Sasin („Mgła”):
Ja widziałem mniej więcej te ciała, które leżały, które jakby można było zobaczyć. Natomiast POZOSTAŁE ciała  (podkr. F.Y.M.) były gdzieś wśród tych szczątków, gdzieś wymieszane z tymi fragmentami samolotu, czy gdzieś wręcz pod tymi fragmentami samolotu, więc po prostu stwierdziłem, że jest to to niemożliwe, żeby dotrzeć do tych innych ciał
W sejmie zaś doda, że widział kilka do kilkunastu zwłok („większość ciał znajduje się w samolocie   (? – przyp. F.Y.M.) czy pod tymi częściami samolotu  (…)  nie będziemy w stanie się tam dostać” ca. 0h34′), a było to grubo ponad godzinę po „wypadku”, a jeszcze przed „trumienną akcją ewakuacyjną”.
Wróćmy więc do „pierwszych chwil po wypadku” i hasła „wsie pogibli”. Jeśli jakieś ciała byłyby uwięzione we wraku lub pod nim, to przecież mógł ktoś być nieprzytomny, ale wciąż żywy. Jeżeli zatem nie było widać WSZYSTKICH ciał jako martwych, to nie istniały żadne podstawy do twierdzenia, iż nikt nie przeżył (zwłaszcza że nie dokonały się żadne lekarskie oględziny „miejsca wypadku”).
I teraz najważniejsze. Jeśli jednak NIE widząc wszystkich martwych ciał (bo nie było ich widać), NIE dokonując żadnych zabiegów ratunkowych, tylko „szacując” czy „wnioskując” z „wyglądu wraku tupolewa”, ogłoszono, że „wsie pogibli”, to mogło to być związane tylko z tym, że 1) owi „wszyscy” mieli zginąć i musieli zginąć (taki był plan), 2) ruskie służby dostały rozkaz informowania natychmiast po rozpoczęciu operacji z maskirowką, że „nie było kogo ratować”.
Bezwzględna blokada ruskich mundurowych i tajniaków zaś dotyczyła tego, by nie pokazać światu, iż na Siewiernym jest makabryczna inscenizacja i NIE MA zwłok blisko stu osób, gdyż te ciała dopiero zostaną dopiero dostarczone na „miejsce zdarzenia”.
4.
W tym jednak momencie Ruscy „uprzedzają wypadki” – dokładnie tak jak ten tępy do bólu dziennikarzyna ruski (a zapewne funkcjonariusz pracujący pod przykrywką dziennikarzyny) zaproszony 10 Kwietnia do studia rządowej telewizji TVN24, który opowiada o tym, co się stało, zanim w polskich mediach o tym czymś oficjalnie się powie (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html), że wspomnę tylko jeden z fragmentów (analizowanej już kiedyś przeze mnie jego wielowątkowej wypowiedzi sformułowanej w pokracznej polszczyźnie): „To bardzo blisko Moskwy, 700 km. Jest dobre lotnisko. Nie wiem, w ogóle nie wiem, co się mogło stać? Może… Przecież trzeba było już od dawna zmienić te samoloty rządowe.Ile było tych różnych problemów z tupolewem”, mówi, gdy w studiu wszyscy są jeszcze na etapie dyskutowania o awarii prezydenckiego jaka-40.
Ruscy uprzedzają na Siewiernym wypadki ogłaszając: „wsie pogibli”, gdyż niemożliwe jest stwierdzenie zgonu 96 osób bez dokonania dokładnych oględzin medycznych. Albo inaczej – takie kategoryczne stwierdzenie możliwe jest do wygłoszenia tylko wtedy, gdy… dokonano egzekucji na tychże 96 osobach (takiej choćby jak na Dubrovce). Nawet bowiem w przypadku katastrof lotniczych w górach czy na morzu urządza się parogodzinne (czasami dłuższe nawet) akcje POSZUKIWAWCZE i dopiero gdy one nie przyniosą pozytywnych rezultatów (w postaci odnalezienia pasażerów czy członków załogi; ewentualnie ciał) – ogłasza się, iż doszło do śmierci tylu a tylu osób, bądź też tyle a tyle z nich uważa się za zaginione.
Na Siewiernym mamy zupełnie odmienną sytuację (nie tylko z tego powodu, że nie ma tam ani górzystych terenów ani oceanicznych bezkresów). Ruskie służby otaczają „miejsce wypadku”, nie ma żadnej akcji ratunkowej, natomiast od razu za pomocą propagandy szeptanej i głuchego telefonu (uruchamianego dzięki niezawodnym polskim dziennikarzom, czerpiącym „najświeższe” nieoficjalne „informacje” właśnie od ruskich funkcjonariuszy i innych mundurowych „naocznych świadków”), rozpowszechniają one odpowiednią z punktu widzenia organizatorów zamachu, wersję wydarzeń. Można więc odnieść wrażenie, iż Rusków ponosi – chcą mieć już „za sobą” ten, by tak rzec, „fakt wypadku” czy „fakt katastrofy” i chcą, by zostało „uruchomione śledztwo”, by „zaczęto stawiać na nogi instytucje” i, ma się rozumieć, „uruchamiać procedury”.
5.
Zagadką jednak wciąż pozostaje ten pierwszy spośród wszystkich news w polskich mediach o „prezydenckim jaku-40”. Czy gabinet ciemniaków zaczął akcję informacyjną dotyczącą „wypadku w Smoleńsku”, ZANIM ustalono z Kremlem „przebieg zdarzeń” (który potem w formie słynnego sms-a rozsyłano do innych cepów w Polsce)? Konsultacje polskich specsłużb z FSB odbywają się tuż przed 9-tą pol. czasu, a więc błyskawicznie, jeśli chodzi o czas rozpoczęcia maskirowki, najwyraźniej jednak informacja o „prezydenckim jaku” wyszła z MSZ-u jakoś wcześniej (pamiętamy to lakoniczne, ale całkiem trafne pytanie z jednego z materiałów z Lasu Katyńskiego: „Ale oba?”).
W nieszczęśliwy wypadek dwóch samolotów (jednego z generalicją, a drugiego z resztą delegacji i Parą Prezydencką) uwierzyć mógłby jedynie Michnik, Żakowski, Paradowska, Michalski i inni ludzie tego intelektualnego pokroju – ale miliony normalnie myślących obywateli niekoniecznie. Błasika ciężko byłoby wtedy umieścić w ruskiej narracji w kokpicie tupolewa, gdyby pilotował jaka-40 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/czas-na-nowa-narracje.html). Trudno też byłoby wyjaśnić telewidzom oglądającym migawki z Siewiernego, że nie tylko sporą część wraku tupolewa diabli wzięli, ale i wyparował przy okazji cały jak-40. Dwa lądowania na plecach, przy czym jedno podziemne? Dwie brzozy „na kursie i na ścieżce”? Pewnie i świadkowie tego by się w Smoleńsku znaleźli i pewnie Osiecki by napisał wtedy ze swymi kolegami-ekspertami nieco grubszą książkę „Ostatnie dwa loty” (wzorem swego radzieckiego mistrza doc. Amielina, który też miałby więcej „rekonstrukcyjno-dokumentacyjnej raboty” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/ekspert-prezentuje-swoje-badania.html, http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/fotoamator-specjalnego-znaczenia.html)), zaś cyngle z Czerskiej miałyby więcej żółci do wylania na „dwie załogi szarżujące we mgle”. No ale czy jednak wtedy by nie było za dużo tego dobrego?
Niewykluczone zatem, że MSZ przekazał do mediów pierwsze oświadczenie, zanim ustalono „na szczytach władzy” (w bilateralnych, pełnych wzajemnego zrozumienia, relacjach warszawsko-moskiewskich) – „zniknięcie prezydenckiego jaka-40”. To zniknięcie nie było trudne, bo mógł on, jak już pisałem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/blitzkrieg-z-10042010.html), wylądować na „zapasowym lotnisku” bez problemu i mógł potem wrócić do Polski np. z jakimś transportem rzeczy z Briańska, jak pisały kiedyś Amelka222 i intheclouds.
Kluczowy do zrozumienia wielu zagadek, jak słusznie podkreśla MMariola, wydaje się dzień 7 kwietnia 2010. Pech jednak chce, że nie tylko nie ma jak dotąd żadnego materiału filmowego z lądowania Tuska i Putina na Siewiernym, ale w ruskim „raporcie” podane jest w tabeli, że wieża szympansów wtedy pracowała tylko wieczorem od 21.30 do 23.30. Co ruskie szympansy tak późno 7-go porabiały, diabli wiedzą, ale wygląda na to, że albo nie było wtedy żadnego lądowania na Siewiernym, albo obsługą tego lądowania zajmowali się zupełnie inni ludzie. Oczywiście możemy założyć, że „raport” i w tym miejscu łże (jak w wielu innych); czemu jednak nie ma szczegółowego opisu pracy na lotnisku, skoro tyle tak ważnych statków powietrznych miało wtedy lądować? Ruch był jak w ulu, a śladu po tym w ruskiej bumadze ni ma.
Ni ma też śladu po rekonesansowym locie tupolewa z 9 kwietnia, zaś 10-go „wieża” rozpoczyna rabotę o godz. 7.15 (rus. czasu), ale taśmy z rozmowami szympansów, mimo że też nagrywały szympansie dialogi od tejże godz. 7.15 przekazane zostały w wersji od godz. 8.38. Możemy się domyślać, że te 83 minuty, które „zniknięto” nie zawierały jakichś szczególnie wartościowych wywodów, ale bardziej prawdopodobne wydaje się to, iż stwierdzono, że ich montowanie należy sobie darować. No, chyba że przyjmiemy, iż te „stenogramy” z wieży zawierają całość (od godz. 7.15 do 10.15) tylko już po monterskim retuszu – co też jest możliwe. Dziwne wprawdzie, że w momencie „rozpoczęcia akcji ratunkowej” taśmy diabli wzięli, no ale zapewne z tego powodu, że właśnie szympansy z wieży na ratunek poszkodowanym się rzuciły.
w
Tak czy tak dokumentacja dotycząca 7 kwietnia by się przydała, zwłaszcza gdyby się miało okazać, że lądowania polskich maszyn odbyły się po prostu w Witebsku. Ciekawe, czy ruscy spoterzy nie wyczaili 7 kwietnia tylu maszyn w okolicach Smoleńska. Nie podejrzewam, by taka CASA często tam lądowała. A może białoruscy coś widzieli?
A propos Białorusi i 10 Kwietnia z kolei. Przydałaby się też dokumentacja dotycząca białoruskiej przestrzeni powietrznej. Co to się wtedy działo w godzinach porannych 10 Kwietnia – ile maszyn leciało z Polski i w jakich godzinach, oraz co to za maszyna leciała jako Transaero 331. Czy przeleciała przez Białoruś, czy sobie zawróciła na Smoleńsk i okolice? Ba, ale kto nam taką dokumentację udostępni? Raczej nie „komisja Millera”, która już lada chwila zakończy „badania”.
se1.isn.ch/serviceengine/Files/ISN/96481/…EDEC…/02_Aug_4.pdf

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s