W polskiej zonie


20.05.2011 11:19

 

Wchodzimy w obszar wyjątkowo mroczny, ponieważ tragedia, która wydarzyła się 10 Kwietnia, ma nie tylko swoją ruską, ale i polską zonę. Można bowiem z dużą dozą pewności mówić o wielu celowych zaniechaniach po „stronie polskiej” związanych nie tylko ze sposobem przygotowania wylotu prezydenckiej delegacji, ale też z monitoringiem jej przelotu oraz z właściwą (tj. stosowną do skali tego, co się działo) reakcją na późniejsze wydarzenia. Określenie „celowe zaniechania” nie dotyczy wyłącznie gabinetu ciemniaków, lecz także… polskiego wojska, a przypomnę oczywistą chyba rzecz, iż tragedia objęła zwierzchnika sił zbrojnych oraz członków sztabu generalnego, a nie tylko „zwykłe osoby cywilne” (które także brały udział, obok państwowych dostojników, w delegacji).
Jak się tak przyjrzeć bliżej, to można odkryć cały szereg zaniedbań układających się w logiczny ciąg. Pominę kwestię skandalicznych wprost „przygotowań” do wylotu (szeroko już opisywaną nawet w mainstreamie), brak sprawdzenia lotniska w Smoleńsku itd. Pominę też to, co się działo na Okęciu, a co było przedmiotem wielowątkowej i długiej dyskusji pod moim poprzednim wpisem. Jeśli chodzi o monitoring przelotu delegacji, to powinniśmy powiedzieć sobie szczerze, że tego monitoringu NIE MA. Wprawdzie (i znowu nie wiadomo czemu) stenogramy z rozmów w Centrum Operacji Powietrznych nie zostały jak dotąd nigdzie w całości opublikowane, ale z tego, co wyciekło do reżimowych środków masowego przekazu („Wprost” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/briansk-i-okolice.html), PolsatNews (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/czas-na-nowa-narracje.html)), wiemy, iż COP kompletnie NIC nie wie o tym, co się dzieje z polską delegacją w ruskiej przestrzeni powietrznej.
Co do tupolewa, to prognozuje się w okolicach godz. 9-tej (pol. czasu oczywiście), że powinien wylądować w Briańsku, zaś o locie jaka-40 z generalicją pilotowanego przez śp. gen. Błasika o godz. 9.01 toczy się też dialog świadczący, iż nic nie wiadomo. Nic też nie wie 36 Sp. Pułk, bo przecież dopiero telefon od Wosztyla, który nic nie widział, ale coś słyszał, ma przekazać jakieś wstępne informacje ze Smoleńska. W dotychczas udostępnionych w mediach wypowiedziach Wosztyla (czy innych członków załogi internowanej na lotnisku Siewiernyj po uruchomieniu czekistowskiej maskirowki) nie pojawia się nawet blada wzmianka o tym, że szef sił powietrznych miał pilotować jaka-40 z generalicją, no ale to akurat jest zrozumiałe, skoro samolot został oficjalnie „zniknięty” 10 Kwietnia. Tymczasem tuż przed godz. 9-tą, jak wiemy, wierzchuszka polskich specsłużb zbiera się na poufnym, nadzwyczajnym spotkaniu z rezydentem FSB (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/konsultacje-z-fsb.html) i omawiają sprawę „lotniczego wypadku”, do którego doszło na Siewiernym.
Jest to sytuacja wprost kuriozalna: łączności z delegacją prezydencką NIE MA (http://Lamelka222.salon24.pl/307196,wojska-i-kadry-putina-2-kubinka#comment_4418699) i nikt w polskim wojsku nie wie, co się stało z dwoma wojskowymi samolotami, które wyleciały z wojskowego lotniska. Nie wiadomo, jak leciały i gdzie wylądowały. Co więcej, o tym, co się stało z prezydencką delegacją wojsko dowiaduje się z zewnątrz, a nie z własnych, wyspecjalizowanych do tego typu rozpoznania, instytucjonalnych i operacyjnych źródeł. Ale nawet wtedy, gdy już wiadome jest, iż doszło do „lotniczego wypadku” (najpierw „prezydenckiego jaka”, który po kilkunastu minutach zamienia się w „prezydenckiego tupolewa” i z dwóch maszyn robi się jedna (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html)), to wojsko nie robi zupełnie NIC. Nikt nie zostaje natychmiast wysłany na „miejsce wypadku”, nie zostaje oficjalnie ogłoszony żaden alarm czy choćby stan pogotowia (jest wprawdzie w Sieci ślad po informacji o jakimś alarmie w polskich siłach powietrznych o 8.20, kwestię tę szeroko omawiała Amelka222 na swym blogu (http://lamelka222.salon24.pl/292481,centrum-operacji-powietrznych), ale jak dotąd informacja o alarmie nie została w żaden sposób pozytywnie zweryfikowana w niezależnym śledztwie i niewykluczone, że nie odnajdziemy żadnych dokumentów na jej temat, skoro tyle zaniedbań w tak ważnych sprawach czyniono po „polskiej stronie” CELOWO, podkreślam).
Nie ma żadnego więc alarmu ani pogotowia, nie ma natychmiastowego wysłania choćby ekip medycznych z Polski, a przecież na wojskowym Okęciu stacjonuje Lotnicze Pogotowie Ratunkowe (dysponujące nie tylko śmigłowcami, lecz i samolotami), zaś sam 36 Sp. Pułk wśród swoich zadań ma nie tylko wożenie VIP-ów po kraju i po świecie, lecz także, co warto stale przypominać, uczestniczenie w akcjach humanitarnych oraz prowadzenie lotniczych akcji ratunkowych (!).
COP więc nic nie wie, wojsko nie reaguje, rządu w Polsce nie ma, bo całymi godzinami „zmierza do Warszawy” (gajowy szykuje się ze swą chciwą świtą do „przejęcia władzy”, zanim ktokolwiek znalazł ciało Prezydenta), polskich ekspertów medyczno-sądowych wyspecjalizowanych w katastrofach także nikt nie wysyła (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/natychmiast-wszczac-sledztwo.html), ale przecież nawet na tym nie koniec. Natychmiast przecież „po wypadku” zostaje wprowadzona do mediów ruska narracja, nikt nawet nie piśnie o zamachu, nikt nie dziwuje się, że pierwsze OFICJALNE informacje pochodzące z MSZ-u były o prezydenckim jaku-40 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/onet-920.html), a następne są już o tupolewie; i jeden cywilny czy wojskowy „ekspert” przez drugiego (powołując się wyłącznie na ruskie ustalenia) zaczyna lżyć załogę tupolewa, Prezydenta, a nawet gen. Błasika, obwiniając ich za doprowadzenie do tragicznej katastrofy. W to lżenie włączą się także… przedstawiciele 36 Sp. Pułku prezentujący się w cieniu w „śledczych” programach rządowej telewizji TVN24 typu „Superwizjer”. Gdyby tego było mało, to wnet owi wspomniani wcześniej eksperci pełnymi garściami będą czerpać ze skarbnicy mądrości, jaką uruchomi w trzy dni po „wypadku” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100729&typ=po&id=po01.txt) związany z ruskim specsłużbami doc. Amielin (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/fotoamator-specjalnego-znaczenia.html), wybitny radziecki rekonstruktor katastrof lotniczych. Wybitniejszy niż specjaliści z NATO czy NTSB, bo tych 10 Kwietnia „polski rząd” nie prosi o pomoc i o zbadanie „miejsca wypadku”. Czy to wszystko nie układa się w pewną usystematyzowaną całość? Moim zdaniem, jak najbardziej.
Ale i to nie koniec. W Polsce wychodzi mnóstwo pism branżowych związanych z wojskowością, lotnictwem, uzbrojeniem etc. (każdy kto chodzi do salonów prasowych wie, o czym mówię). I co się dzieje po 10 Kwietnia? Także absolutnie NIC. Nie ma zdarzenia (!). Owszem, zamieszczane są jakieś nekrologi czy okolicznościowe lamentacje, ale żeby specjaliści, co potrafią na czynniki pierwsze rozbierać rozmaite operacje wojskowe, katastrofy, wypadki lotnicze, akcje ratunkowe z udziałem wojska etc. zajęli się systematycznie tragedią smoleńską – nie ma takich tekstów w ogóle. Jak już pisałem nie tak dawno, dopiero PO ROKU jedno z czasopism zajmie się (i to oczywiście pozostając w klasycznej już ruskiej dogmatyce) „prawdopodobnymi okolicznościami wypadku” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/eksperci-prezentuja-swoje-badania.html): „Nawet gdyby nie uderzenie w drzewo, samolot wprowadzony na duże kąty prędkości i wysokości był praktycznie skazany na rozbicie się” – o, to są przykładowe rewelacje z nr-u specjalnego „Lotnictwa”.
Czy to zjawisko wyjątkowo zgodnego milczenia „pism branżowych” także nie świadczy o celowym zaniechaniu, skoro tragedia dotyczyła też przecież polskich sił zbrojnych? A może… dotknęła ona tylko tę część sił zbrojnych, którą… miała dotknąć? O, to by już nieco więcej wyjaśniało. Śledząc bowiem teraz dużo uważniej niż przedtem (wcześniej sądziłem, że typowo neopeerelowska indolencja i tępota – powszechna w neopeerelowskich instytucjach, a redakcje pism branżowych są wylęgarnią tego typu osobliwości – nie pozwala różnym ludziom zająć się tragedią smoleńską; problem ich przerasta), zaczynam odkrywać coraz mocniejsze przesłanki do mówienia o zjawisku, które w (zmienionym jakiś czas temu) tytule mojego bloga na s24 ująłem w hasło „Układ Warszawski – rekonstrukcja”. Zjawisko to polega na stopniowej resowietyzacji polskiej armii.
Nie wchodząc w szczegóły (pisałem o nich w „Społeczeństwie zamkniętym…” (http://chomikuj.pl/yurigagarin/FYM+Sp.zamk.+2010,398871592.pdf)), przypomnę tylko, że wejście Polski do NATO w 1999 r., a więc dopiero 7 lat po wyjściu ruskich wojsk z Polski, wywołało proces „westernizacji” polskiej armii i (powolnej, ale chyba dość skutecznej przez pewien czas przynajmniej, bo dziś już można powiedzieć, że powstrzymanej) jej „desowietyzacji”, co wiązało się nie tylko ze wzmacnianiem więzów militarnych między Polską a Paktem, lecz też ze szkoleniami polskich oficerów w zachodnich, głównie amerykańskich uczelniach wojskowych, a nie ruskich, no i z udziałem polskich jednostek w operacjach prowadzonych przez Pakt. Ten proces westernizacji był jednak nieustannie krytykowany i sabotowany (już abstrahuję od kwestii tarczy antyrakietowej czy tworzenia baz NATO w Polsce). Co więcej, dopiero przeprowadzona za czasów kaczystów likwidacja WSI, tego bastionu sowieckiej wojskówki, stanowiła istotny przełom desowietyzacyjny, choć było to, jak wiemy, zwycięstwo bitwy, lecz nie wojny. No i dziś, w pismach branżowych zajmujących się wojskowością, otwartym tekstem przemawiają ludzie, których głosy też się układają w jakąś logiczną całość. Oto np. legendarny T. Hypki na łamach majowej „Skrzydlatej Polski” pisze w tekście pod śmiałym tytułem „Oferta Patriotów dla polskich idiotów” (s. 10): a propos zakupu F-16 „Dokonany po pozorowanym przetargu zakup okazał się co prawda katastrofą ekonomiczną i spowodował sukcesywną likwidację polskiego przemysłu lotniczego (…) ale mogło być znacznie gorzej”. No i w podobnym tonie się wypowiada na temat zakupu systemów przeciwlotniczych Patriot. Nie wiem, czy nie martwi się na zapas, bo jeszcze wiele się może w strategii gabinetu ciemniaków zmienić, zwłaszcza w kwestii bezpieczeństwa kraju.
Może więc lada chwila zacznie się lobbowanie w branżowych pismach za zakupami sprzętu zbrojeniowego w Rosji? Taniej i bezpieczniej przecież. No i bliżej, jeśli chodzi o transport. Czy też nastąpi po prostu – tak jak to już zaczęło się dziać od roku 2003 w przypadku polskiej energetyki i rynku paliw – stopniowe przejmowanie polskiej zbrojeniówki, czyli np. Bumar, który skutecznie monopolizuje rynek, stanie się własnością neo-ZSSR? To też jeszcze nie koniec.
Oto bowiem znajduję w majowym n-rze „Armii” tekst jednego z jej czołowych ekspertów i redaktorów, Mariana Moraczewskiego, o którym Państwo pewnie jeszcze nie słyszeli, a szkoda. W artykule pod niepozostawiającym wątpliwości tytułem: „Brak wskazań dla broni jądrowej na terytorium III RP”, pisze on na s. 26: „Prawdopodobne scenariusze rozwoju sytuacji międzynarodowej nie uzasadniają celowości posiadania własnej lub stacjonowania sojuszniczej broni jądrowej na terytorium Polski. Chyba nawet nie uzasadniają celowości stacjonowania dużych ilości broni jądrowej na obszarze Europy”. Jest to o tyle intrygujące, że w Polsce żadna dyskusja na ten temat się przecież nie toczy. Jeśli już to znawcy gadają o elektrowniach jądrowych, a nie o jakichkolwiek pociskach. Gdzieżby ktoś w mainstreamie, w czasie odnowionej przyjaźni polsko-radzieckiej, śmiał bąknąć o jakiejś potrzebie posiadania przez Polskę broni nuklearnej? A tu jeszcze zanim jakakolwiek dyskusja się zaczęła, już z góry Moraczewski wie, czego Polsce nie potrzeba dla bezpieczeństwa kraju (a nawet czego nie potrzeba Europie!) – to się nazywa patrzeć perspektywicznie. Można by postawić pytanie, czy w ogóle nad Wisłą potrzebna jest jeszcze narodowa armia (albo czy nie wystarczyłaby do obrony polskich granic po prostu ruska armia), ale to byłoby jednak nie fair w stosunku do tych, co robią złote interesy przy zakupie broni. Poza tym ktoś musi pomagać przy powodziach.
Obecność tego środka na terytorium Polski mogłaby stymulować dodatkowe zagrożenie. Natomiast ochronny parasol amerykańskiej broni jądrowej, niezależnie od konkretnego miejsca jej stacjonowania, poprawia bezpieczeństwo Polski. Jednak znaczenie tego parasola w redukcji zagrożenia Polski ze strony Rosji jest chyba coraz mniejsze(oczywiście, ma się rozumieć – przyp. F.Y.M.). Nie wydaje się, aby było obecnie możliwe zdefiniowanie celu politycznego Rosji w stosunku do Polski lub nawet Zjednoczonej Europy, który Rosja chciałaby realizować przy pomocy broni jądrowej (w jakim celu Kreml miałby bombardować swoje prowincje, które można doić ekonomicznie, tego Moraczewski nie wyjaśnia – przyp. F.Y.M.). Z tego i z kilku innych techniczno-taktycznych powodów nie ma większego znaczenia wojskowego, czy rosyjska broń jądrowa znajduje się na obszarze Kaliningradu, czy o kilkaset metrów dalej (skoro nie ma znaczenia, to aż dziw, że Ruscy ją tam umieścili, pewnie w celach dekoracyjnych, zamiast pomników Putina – przyp. F.Y.M.) ”
Jak jednak przeskoczymy parę akapitów to poczytamy: „Starania o posiadanie broni jądrowej wynikały z dążenia do uzyskania możliwości szantażowania lub pokonania przeciwnika. Jednak wraz z utratą monopolu broń jądrowa stała się środkiem bojowym, którego w obawie przed odwetem, praktycznie nie można użyć w stosunku do przeciwnika dysponującego taką bronią. Czyli posiadanie broni jądrowej zapewniło nietykalność państwom dysponującym taką bronią” (podkr. F.Y.M.). No więc jakimś państwom posiadanie broni nuklearnej zapewniło nietykalność, ale akurat Polsce by takiej nietykalności nie zapewniło. Wot, logika, jak po porządnej peerelowskiej akademii wojskowej. Moraczewski niby pisze o niepotrzebnej broni jądrowej i o bezpiecznej przyszłości, ale i przy okazji daje nam lekcję porządnej historii, wspominając o „nieroztropnie wznieconym powstaniu warszawskim” i o „wyzwoleniu Warszawy przez Wojsko Polskie i Armię Czerwoną” (s. 27).
I za chwilę dojdziemy po nitce, do kłębka, cierpliwości🙂. Tegoż mądrego Moraczewskiego można zobaczyć na zdjęciu tu, jak rozmawia ze znanym już nam co najmniej od roku gen. M. Cieniuchem (http://www.sgwp.wp.mil.pl/plik/file/publikacje/Cieniuch_Armia_luty2011.pdf). Tu zaś (listopad 2010) Moraczewski rozmawia z inną legendarną postacią, gen. S. Koziejem (http://www.bbn.gov.pl/portal/pl/2/2558/quotBezpieczenstwo_Narodowe_priorytetem_BBNquot__wywiad_z_Szefem_BBN_w_miesieczn.html). Tak więc obraca się leciwy redaktor „Armii” w najwyższych sferach. Moraczewski powraca także jako ekspert w tekstach dotyczących zakupów sprzętu dla polskiej armii: „– Trzeba zmienić prawo antykorupcyjne w wojsku, wtedy wiele będzie można przyspieszyć. To nie jest tak, że ci ludzie w MON nie chcą kupować, ale się po prostu boją. I jeszcze jeden element, nie ulegać naciskom związków zawodowych zbrojeniówki. Interes zakładów zbrojeniowych jest często inny niż wojska. Dla wojska jest drugorzędne, czy coś jest polskie czy niepolskie, tylko, czy spełnia zadania – dodaje płk Moraczewski.”
(http://wyborcza.biz/biznes/1,101716,6982068,Jak_wojsko_bedzie_kupowac_sprzet_do_Afganistanu.html?as=2&startsz=x). Sam Moraczewski reprezentował w 2007 r. szwedzką firmę zbrojeniową BAE Systems http://www.bumar.gliwice.pl/zbiory/PT91M%20GW071023.pdf, nie wiem jednak, czy nadal jest z nią związany.
P. Bączek w „Głosie” przypomniał w 2004 r., że Moraczewski był jednym z oficerów wojskowego peerelowskiego wywiadu (http://www.glos.com.pl/ARCHIWUM/2004/007/Awyd/ostrow.html), wydał on zresztą nawet (z pomocą Andrzeja Ostrowskiego – tego związanego z Ostrowski-Arms) w połowie lat 90. swoją wspomnieniową książkę o „służbie”, rzecz jasna „ludowej ojczyźnie” (krótka wymiana zdań na jej temat toczy się choćby w wywiadzie-rzece z „gen.” F. Siwickim (se2.isn.ch/serviceengine/Files/PHP/20670/…6C67-451C…/2Siwicki.pdf – trzeba wrzucić w google „wywiad z Florianem Siwickim” i wtedy ten plik jest do ściągnięcia, a nawet wywiady z innymi „generałami” „ludowego wojska”)). Niestety, jeszcze tej bezcennej publikacji nie udało mi się zdobyć.
A czym się zajmowała peerelowska wojskówka? Panie dzieju, o tym opowiada ze szczegółami raport dotyczący likwidacji WSI (cały czas do ściągnięcia na stronie „NDz” http://www.naszdziennik.pl/dodatek/wsi/raport.pdf) (por. też http://www.skw.gov.pl/historia.htm), którego refleks stanowi na pewno tragedia smoleńska. W skrócie przypomnę: przemytem do bloku sowieckiego technologii z Zachodu, na które było nałożone embargo, nielegalnymi operacjami finansowymi (zagranicznymi transakcjami bankowymi, wykupem polskiego długu, przejmowaniem spadków byłych polskich obywateli zmarłych za granicą, handlem bronią z terrorystami, zakładaniem spółek do działań pod przykrywką), handlem „chrzczonym paliwem”, zakładaniem mediów, tworzeniem agentury wpływu itd.. Jeśli więc ludzie wojskówki teraz prowadzą dodatkowo nawet branżowe pisma związane z polską armią i ze zbrojeniówką, to jesteśmy w domu.
W tym samym sowieckim domu, co przed 21 laty. I może to zarazem jest jedna z odpowiedzi na pytanie, dlaczego 10 Kwietnia doszło do potwornej zbrodni? W obywatelskim śledztwie chyba czas na prześledzenie agenturalnych wątków, jeśli chodzi o placówki dyplomatyczne (np. poprzedni ambasador w Mińsku Tadeusz Pawlak pojawia się w raporcie dot. WSI (s. 341), jako długoletni współpracownik Zarządu II, a ze współczesnych to mamy przecież wątek nielegała T. Turowskiego http://www.rp.pl/artykul/580731.html)), czy o lotniska, kontrolę lotów itd. (nawiasem mówiąc, dwóch ludzi z LOT-u związanych z WSI wymienia raport na s. 341-342).
Przypomnę na koniec to, co ustaliła Amelka222 w oparciu o tekst M. Austyna z „NDz”:
1. Podpułkownik Jarosław Z. zleca przekazanie tych informacji kontrolerowi na Okęciu, PIOTROWI L. i powiadomienie załogi [Tu-154]. Nic takiego się jednak nie dzieje. Komunikat ostrzegawczy nie dociera na pokład tupolewa. PORUCZNIK PIOTR L. z samolotem kontaktu nie nawiązał. „Porucznik L. z „Naszym Dziennikiem” nie chciał rozmawiać, słabo pamięta przebieg swojej służby w dniu katastrofy, nie przekazywał żadnych danych […] na pokład Tu-154M ani nie otrzymał z Centrum Operacji Powietrznych polecenia nawiązania kontaktu z załogą.
2. Około godz. 8.30 ppłk Jarosław Z. skontaktował się z mjr. JAROSŁAWEM U., zastępcą oficera operacyjnego BOR w Centrum Kierowania BOR […] ustalił, że tamtejsza kontrola lotów nie ma kontaktu z samolotem, bo przejął go nadzór rosyjski.
3. „Co istotne, oficer operacyjny BOR – w tym dniu był to mjr WALDEMAR T. – miał możliwość nawiązania łączności z funkcjonariuszami w samolocie przez telefon satelitarny. Nie uczynił tego, gdyż wcześniej takiej potrzeby kontaktu nie było, a po pojawieniu się informacji […] najwyraźniej zabrakło mu zdecydowania.
4. „Także służby dyżurne COP nie zdążyły zareagować. Wprawdzie one same nie mogą ingerować w przebieg lotu o statucie „HEAD” i nie mają łączności z samolotem, ale w razie zagrożenia powinny złożyć stosowny meldunek dowódcy COP czy nawet dowódcy Sił Powietrznych.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s