Gdzie jest dyrygent z Okęcia?


01.06.2011 17:39

 

Udostępniony mediom (już po tragedii z 10 Kwietnia) „program uroczystości” katyńskich, który w całości można przejrzeć u Intheclouds (http://clouds.web-album.org/photo/364872,program-10-04-2010-i-program-lotu-7-04-2010), budzi moje coraz większe wątpliwości, co do jego autentyczności. Po pierwsze, zawiera on informacje o dwóch wylotach: jaka-40 o 5.00 oraz tu 154m o 7.00. Po drugie, podaje on szacunkowe czasy przelotu, które wyglądają na nieco „przeszacowane” (zwłaszcza w przypadku tupolewa – jeśli bowiem wyleciał z Okęcia, jak się nam od jakiegoś czasu mówi, ok. godz. 7.30, to zgodnie z „wyliczeniami” z programu, lądować powinien ok. godz. 9-tej, a nie o 8.40). Po trzecie zaś, sprawia wrażenie sporządzonego na kolanie i w pośpiechu, jeśliby rzucić okiem na listę osób wymienionych na pierwszej stronie w „Saloniku III” (tylko przy nazwisku śp. F. Gągora podane jest „gen.”, przy innych najwyższych oficerach nie, a co więcej, o księżach pisze się tam per „Pan”, co zakrawa na chamstwo, a nie „przesadną grzeczność”). Zajmę się jednak głównie tą pierwszą informacją, bo ona wydaje się najbardziej podejrzana.
Co do niej, to kłóci się ona z tym, co wiemy z dziennikarskich relacji, takich choćby jak ta świetnie już znana, P. Świądra z RMF-u (http://www.rmf24.pl/opinie/komentarze/pawel-swiader/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706): „Musiałem wstać o 3 rano, by przed 4 znaleźć się na lotnisku. Nasz samolot miał odlecieć o 5 rano. Rzadko mam okazję towarzyszyć Prezydentowi w czasie oficjalnych wizyt, tym razem, na wyjazd do Katynia zgłosiłem się na ochotnika. Dopiero na Okęciu okazało się, że dziennikarze mają lecieć Jakiem, a dopiero godzinę po nas wystartuje Tupolew”. Wynika stąd, że pierwotnie wylot tu 154m zaplanowany był na godz. 5 rano. Ta relacja Świądra stoi w sprzeczności także z tym, co przy różnych okazjach opowiada J. Sasin, jakoby jeszcze jakiś czas przed dniem uroczystości, ustalone było, że dziennikarze polecą osobnym samolotem. Co więcej, wydaje się zgoła niezrozumiałe, by oddzielać dziennikarzy od delegacji prezydenckiej, w sytuacji, w której mogliby udokumentować podróż i wykorzystać jej czas do przeprowadzenia wielu cennych wywiadów (pomijam już sam fakt towarzyszenia różnym znakomitym osobistościom). O wiele bardziej uzasadnione wydaje się oddzielenie generalicji od delegacji i – zgodnie z nieformalnymi ustaleniami, jakie zapadły po katastrofie w Mirosławcu, by zbyt wielu wysokich rangą osobistości nie umieszczać na pokładzie jednego statku powietrznego – wygospodarowanie dla nich jaka-40 (albo np. CAS-y dla jeszcze większego ich bezpieczeństwa).
Sasin w wywiadzie dla „GP” powiada, że w obawie przed reakcją mediów i zarzutami dot. „bizantyjskiego stylu prezydentury” (o ile pamiętam to gajowy takiej frazy kiedyś użył jeszcze za życia L. Kaczyńskiego), nie przewidywano większego podziału delegacji. Zrazu więc (w obliczu „terroru psychicznego wobec kancelarii”, jak to określa Sasin) planowano zaledwie jeden samolot, a potem „z pewnymi obawami” ewentualnie dwa, przy czym ten drugi to miał być właśnie dla dziennikarzy (http://www.youtube.com/watch?v=hjL4-1KPag8&feature=related). Jednakże 7 kwietnia, wedle choćby ruskiego raportu komisji Burdenki 2 (bo z kolei J. Olechowski w telewizyjnej relacji z 10 Kwietnia zapewnia, że było nieco inaczej z tym wylotem: „Oni nie przylecieli tupolewem” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/milicjanci-przeczaco-kreca-gowami.html)), Tusk zabiera ze sobą aż 4 samoloty: tu 154m, jaka-40 2 CAS-y c 295m.
Nie podejrzewam więc, wbrew temu, co głosi Sasin, by którekolwiek, nawet z najbardziej załganych w Polsce mediów, sprzeciwiały się umieszczeniu w osobnym samolocie części delegacji prezydenckiej, a w innym najwyższych rangą polskich wojskowych (lub jakiemuś przemieszaniu VIP-ów w dwóch maszynach). Może więc Sasin mówi prawdę o tym, że przygotowywano wstępnie dwa statki powietrzne, lecz nieco rozmija się z nią, dodając, iż jak-40 miał być akurat dla dziennikarzy? Ci ostatni chyba nie byliby szczególnie zdziwieni na Okęciu, gdyby „zamiast do tupolewa” kierowano ich do jaka właśnie, skoro na coś takiego byliby już przygotowani? Pamiętamy zresztą, że nie kończy się tylko na wskazaniu dziennikarzom jaka (a nie tupolewa) – po zapakowaniu się bowiem do jednego jaka dziennikarze muszą się przesiąść do innego: „jeden z silników nie chce się uruchomić. Pilot grzecznie przeprosił mówiąc, że musimy przenieść się do drugiego Jaka, który stoi obok. Ktoś zażartował: „Jest jeszcze trzeci?” „Tak” – odparł pilot. „Czeka w hangarze””, jak dalej pisze Świąder.
Z prostego wyliczenia wynika więc, że na Okęciu rano 10 Kwietnia gotowe są do wylotu trzy jaki-40 i tupolew, czyli 4 samoloty, podobnie jak w przypadku delegacji Tuska (informację o „niezapalającym się silniku” myślę, że możemy wsadzić między bajki – sprzedano dziennikarzom kit po prostu). J. Mróz, który w jednym z materiałów rządowej telewizji TVN pokazuje „kartę wstępu na pokład” (boarding pass) jaka-40 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/lot-dziennikarzy.html), z którego musieli się przesiąść, uchyla mimowolnie rąbka tajemnicy, gdyż tenże jak ma już callsign PLF 031, tj. sygnał wywoławczy przypisany do danego statku powietrznego i do lotu (http://lotnictwo.net.pl/5-poszczegolne_lotniska/21-warszawa_okecie_epwa_waw/1373-samolot_rp.html). Wydaje się więc, że drugi jak-40 (ten po przesiadce dziennikarzy) powinien mieć inny callsign (no chyba, że ta karta dla dziennikarza to był jakiś pic).
t
Często zdarza się, że callsign dla jednego statku się zmienia w zależności np. od numeru lotu i typu wykonywanego zadania (tudzież statusu osób na pokładzie) i tak przykładowo jak-40 o bocznym n-rze 045 12 kwietnia 2010 ma callsign „PLF 045”, ale już 26 kwietnia jego załoga posługuje się callsignem „PLF 102” (http://www.libhomeradar.org/databasequery/results.php?qid=7880341&page=1), co sugeruje, że na pokładzie był premier (statek z prezydentem to „PLF 101”, zaś techniczny lot tupolewa oznaczany jest „PLF 131”; na marginesie dodam, że CASA z wysokimi oficerami polskich sił powietrznych, której lot zakończył się tragedią w Mirosławcu w styczniu 2008 r., miała callsign „PLF 050” (http://www.mon.gov.pl/pliki/File/Protokol.pdf)).
W ruskich stenogramach pojawia się właśnie ten wspomniany wcześniej callsign „PLF 031” odnośnie do jaka-40 lecącego 10 Kwietnia z Polski, mimo że miałby być to inny lot i innej maszyny.
08:52:42 Як-40 Moscow-Control, Papa Lima Fox zero three one, good day, descent FL 3300 meters approaching ASKIL point.
08:52:52 А (нрзб)./(niezr.)
08:52:56 РП Papa Lima Fox zero three onе. «Корсаж» вызывали?/ Papa Lima Fox zero three onе. «Коrsaż» wzywaliście?
08:53:28 Як-40 Papa Lima Fox zero three onе, снижаюсь эшелон 3-3-0-0 метровю/ Papa Lima Fox zero three onе, schodzę na wysokość przelotową 3-3-0-0 metrów
Sasin we wspomnianej już przeze mnie rozmowie z dziennikarzami „GP” prowadzi intrygujący wywód dotyczący kwestii „niedzielenia” delegacji prezydenckiej (http://www.youtube.com/watch?v=hjL4-1KPag8&feature=related): „Co do tego, dlaczego wszyscy lecieli jednym samolotem. No, oczywiście, pewnie gdybyśmy byli w stanie przewidzieć, że taka katastrofa nastąpi, no to by wszyscy pojechali pociągiem albo samochodem, prawda (…) Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby Prezydent zażądał (? – przyp. F.Y.M.), że jego delegacja nie będzie leciała jednym samolotem, tylko np. trzema samolotami…” – najciekawsza wydaje się jednak ta uwaga (1’37”): „Zresztą dziwiły mnie też potem takie uwagi, prawda, czy takie zarzuty, że to było niefrasobliwe czy narażało na niebezpieczeństwo te… rzeczywiście utraty życia, te osoby, które tam leciały, ze strony rządu czy przedstawicieli PO, kiedy ta wizyta, która 3 dni wcześniej się odbywała, to gdyby wtedy była ta katastrofa, to jej skutki byłyby równie tragiczne, bo wszystkie najważniejsze osoby wtedy również leciały jednym samolotem. (…) Teraz z perspektywy czasu jesteśmy mądrzejsi i pewnie, gdybym teraz kiedykolwiek ja czy ktokolwiek z mojego otoczenia organizował tego typu podróż, to mielibyśmy gdzieś już w głowie ten przykład i raczej staralibyśmy się to inaczej zorganizować. Natomiast wtedy po pierwsze, nikomu nie przyszło do głowy, że w ogóle taka katastrofa jest możliwa (a Mirosławiec? – przyp. F.Y.M.).Wydawało się to czymś zupełnie fantastycznym – samoloty z prezydentami nie spadają, jak to ktoś powiedział. No to jest coś takiego, co się nie powinno, nie powinno wydarzyć. W związku z czym no tutaj nikt nie widział żadnego niebezpieczeństwa”.
Problem jednak w tym, że nie tylko 7 kwietnia nie leciał jeden tupolew z wszystkimi członkami delegacji Tuska, ale i „samoloty z prezydentami” zwykle „nie spadają z innego” powodu aniżeli ten, iż na pokładzie znajduje się głowa państwa. Ponadto, wbrew temu, co mówi były prezydencki minister, niebezpieczeństwo było i to całkiem realne, skoro dzień wcześniej pojawiło się ostrzeżenie Interpolu o możliwym ataku terrorystycznym na jeden z samolotów unijnych. To był wystarczająco poważny sposób, by nawet w ostatniej chwili, a więc właśnie na Okęciu, ze względów bezpieczeństwa dokonać zapobiegliwych manewrów z rozdzieleniem delegacji, a nawet ze skierowaniem Pary Prezydenckiej do innego samolotu aniżeli ten, którym miała planowo lecieć. Być może te manewry dokonane zostały bez wiedzy Sasina – powstaje jednak pytanie, kto, jeśli nie Sasin, mógł takimi roszadami na Okęciu dyrygować? Dowódca 36 Sp. Pułku?
Kto wydawał rozkazy wylotu takich a nie innych statków, kto kierował dziennikarzy do innego samolotu niż ten, którymi mieli lecieć, kto dbał o obieg informacji i o sprawne umieszczanie członków delegacji w maszynach? Czy była to osoba, która następnie poleciała wraz z delegacją, czy pozostała na Okęciu? Czy był to jakiś minister, czy też wojskowy? Rozkazy dotyczące wylotów wydaje załogom, rzecz jasna odpowiedniej rangi oficer, ale organizacją uroczystości zajmowała się przecież w dużej mierze kancelaria Prezydenta. Kto tego wszystkiego na Okęciu doglądał? Do tej kwestii jeszcze za chwilę wrócę.
Sasin rozwija kwestię „niedzielenia” delegacji w jeszcze bardziej zawiły i zagadkowy sposób: „Powiedzmy sobie też jeszcze jedną rzecz. Było bardzo wiele osób i instytucji zainteresowanych, żeby w tej delegacji uczestniczyć. Trudno mi sobie wyobrazić, by ten tupolew wiózł delegację i żeby w nim były puste miejsca (?? – przyp. F.Y.M.),żebyśmy podzielili tą delegację. Mamy 96 osób czy 90 osób i 45 leci jednym samolotem, a 45 drugim, a pozostałe miejsca są puste. No pewnie, gdyby było tak, że byśmy zdecydowali się na podział tejże delegacji i żeby ona leciała dwoma samolotami, no to te pozostałe miejsca też byłyby zapełnione, prawda. Bo były, mówię, kolejne osoby, które odeszły z kwitkiem, kolejne instytucje, które zgłaszały się…
Ja zresztą sam osobiście odbywałem wiele przykrych rozmów z osobami, które bardzo chciały tym samolo… w tej delegacji uczestniczyć, a którym po prostu tłumaczyłem, że nie ma fizycznie możliwości, bo nie ma miejsc w tym samolocie aż tylu. I pewnie byłoby tak, że i tak ten rozmiar katastrofy byłby taki. Być może zginęłyby inne osoby, prawda, wtedy, prawda. Natomiast tak czy tak, tak by to wyglądało. Ktoś mi zadał pytanie, czy tym jakiem, którym lecieli dziennikarze, nie mogła polecieć część delegacji, a czy dziennikarzy ja nie mogłem dosadzić do tego tupolewa, prawda, więc… dla mnie była to taka alternatywa, prawda, no trochę mi się stawia teraz pytanie: czy lepiej by było, gdyby zginął, prawda, dziennikarz, czy lepiej, żeby zginął poseł, prawda, czy generał. Naprawdę ja nie chciałem, nie chciałbym się stawiać w roli człowieka, który decyduje o życiu i śmierci kogokolwiek ani nikomu nie zazdrościłbym takiej roli. Tak czy tak rozmiar tej tragedii byłby tak duży, pewnie mielibyśmy inną listę ofiar”.
Z tego osobliwego doprawdy wywodu można by wyciągnąć absurdalne wnioski, że… katastrofa była jakoś „nieunikniona”, że rozdzielenie delegacji spowodowałoby śmierć równej (do podawanej), jeśli nie większej ilości osób – albo że poza drogą lotniczą innych dróg dla „wielu osób i instytucji” na uroczystości do Katynia nie było. I, nawiązując do tego, co na koniec wyrzekł Sasin, a nie umniejszając wagi czyjegoś życia, to jednak „lepiej” (choćby dla bezpieczeństwa kraju), by zginęło kilku dziennikarzy aniżeli sztab generalny wojska, sądzę. Przede wszystkim jednak, „usadzając ludzi” do samolotów (że się posłużę użytym przez niego określeniem), Sasin musiał raczej myśleć o życiu pasażerów i ich bezpiecznym dotarciu na miejsce, a nie o ich śmierci.
Skąd więc ten cały karkołomny wywód, jakby „wypadek” niemalże wisiał w powietrzu lub też unosił się jak zapach prochu nad bitewnym polem? Zadaniem organizatora takich uroczystości nie było „przewidywanie katastrof” i wróżenie z fusów, lecz takie zabezpieczenie przebiegu uroczystości, by zminimalizować jakiekolwiek zagrożenia. Jeśli zaś istniała groźba ataku terrorystycznego i Sasin o niej wiedział (no, chyba że nie zostałby o niej poinformowany), to pod żadnym pozorem nie należało „usadzać” pasażerów tak wysokiej rangi w jednym samolocie (i gdyby faktycznie tak postąpiono, to powinna się tym zająć prokuratura – oczywiście jakaś niezależna). W sytuacji takiego zagrożenia, należało też dodatkowo militarnie jakoś zabezpieczyć i przelot, i docelowe miejsca lądowania (jeśli i tego nie uczyniono, to znowu prokuratura będzie miała ręce pełne roboty i to na terenie samego 36 Sp. Pułku).
Jest także inne pytanie: ile miejsc miał dokładnie „prezydencki” tupolew (kwestię tę już długo i wciąż bez ostatecznego rezultatu drąży arturb (http://arturb.salon24.pl/308271,drobne-szczegoly))? Jeśli „maksymalnie 96”, to dlaczego, gdy pojawiła się 10 Kwietnia koło 11 godz. w mediach „zweryfikowana” informacja o „132 ofiarach katastrofy”,
a
nie wszczęto wielkiego rabanu, że przecież „aż tylu pasażerów” się na pokładzie „wyremontowanego” tupolewa NIE mogło mieścić i że coś w takim razie jest nie tak z tymi „powypadkowymi informacjami” od Ruskich? Co więcej, jak przypomniałem niedawno, jeszcze o 11.37 podawana jest w TVP Info „rozszerzona lista” zabitych 10 Kwietnia (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/rozszerzona-lista-polegych.html), uwzględniająca nazwiska takich osób jak T. Stachelski, M. Wierzchowski, A. Kwiatkowski itd.
2
(z których przecież niektórzy byli wtedy albo w Katyniu, albo na samym Siewiernym), a poza tym licząca 97 osób… bez nazwisk załogi i stewardess. Ktoś powie pewnie, że „przy tak wielkiej katastrofie” to „pomyłki” są możliwe. No ale chyba nie blisko 2 godziny „po wypadku” – w sytuacji, w której z WOJSKOWEGO lotniska wyleciały wojskowe samoloty prowadzone przez wojskowe załogi, a na ich pokład wsiadły m.in. najwyższe osobistości w kraju (wedle list, które (po starcie) natychmiast faksem powinny były być wysłane do ambasady, a w formie elektronicznej (choćby za pomocą telefonii komórkowej) przekazane do oczekujących na Siewiernym i w Katyniu).
Wróćmy na koniec na Okęcie. Dziennikarze „GP” pytają Sasina nieco wcześniej w tym obszernym wywiadzie: „Jak to było z organizacją tej delegacji? (…) Jak to się stało jednak, że wszyscy najważniejsi ludzie w państwie i to z obozu patriotyczno-niepodległościowego w większości (…) znaleźli się w jednej maszynie? I pan też poleciał – dlaczego pan jakiem poleciał?http://www.youtube.com/watch?v=AqzEd98xTJk&feature=related (od 2’36” materiału) – na co Sasin odpowiada, że nie poleciał jakiem, lecz pojechał samochodem. Skąd więc się pojawiła informacja o jego locie jakiem? „Pojechałem samochodem, byłem tam wcześniej.” Myślę, że skoro tak, to można to dość łatwo sprawdzić, tak by rozwiać wątpliwości – w dokumentacji jednego z punktów granicznych 9 kwietnia 2010 powinno być odnotowane, kto wjechał z dyplomatycznym paszportem na teren Białorusi, kierując się do Smoleńska. I ile to było samochodów z naszego kraju.
Jak zauważyła Joanna Mieszko-Wiórkiewicz w jednym ze swoich komentarzy (http://freeyourmind.salon24.pl/311197,wokol-zeznan-sasina-2#comment_4464195) Sasin tuż po godz. 9-tej (a więc po otrzymaniu wstępnych wieści o „wypadku” i gdy już przed cmentarzem w Katyniu zbierają się z borowcami i ruską milicją na Siewiernyj) dzwoni do swojej żony, uprzedzając ją, by się nie martwiła, gdyby coś niepokojącego w związku z nim usłyszała w mediach: „Trzeci telefon, który wykonałem, był telefonem do żony mojej informujący o tym, że coś się dzieje i żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach dotyczącego mojej osoby” (19’48” zeznań sejmowych). I to jest kolejna zagadka. Skoro bowiem pojechał dzień wcześniej samochodem z innymi pracownikami kancelarii, by dopilnować przygotowań, to chyba nie było żadnego powodu do niepokoju. Nawet, jeśli był błędnie wpisany na listę pasażerów tupolewa i umieszczony w saloniku II, to przecież NIE leciał? Ani tupolewem, ani jakiem, ani nawet CAS-ą. No bo z jakiego innego powodu miałaby się żona denerwować?
http://www.youtube.com/user/stanislaw10042010#p/u/85/t2SCcuFW8Pc Tu Olechowski raz jeszcze mówi o tym (12’46” materiału), że 7 kwietnia nie było lotu tupolewa do Smoleńska: „Ta delegacja nie przyleciała tupolewem, tym samolotem, który zazwyczaj jest wykorzystywany przez polski rząd do odbywania takich zagranicznych podróży, ale przyleciała innymi maszynami, użyczonymi przez wojsko transportowcami CAS-ami i jakiem. Wtedy powodem tej zamiany, rezygnacji z lotu tupolewem była awaria samolotu (…) To była ta sama maszyna (co 10 Kwietnia – przyp. F.Y.M.), być może ta usterka wystąpiła ponownie” (pytanie, czy on to wiedział, czy tylko domniemywał?).
http://www.youtube.com/user/stanislaw10042010#p/u/36/qHRftOjprYI (a tu już porządna, ruska relacja Olechowskiego z uznaniem dla ruskich mediów i władz etc., ale ok 6’26” materiału znowu powtarza on, że 7 kwietnia 2010 r. nie było w Smoleńsku tupolewa, tylko 2 CAS-y i jak-40).

1 komentarz

Filed under Uncategorized

One response to “Gdzie jest dyrygent z Okęcia?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s