Oko żaby 5


03.06.2011 11:43

Poseł Artur Górski mówił niedługo po tragedii „Rosjanie zaraz po wypadku, a to jest lotnisko wojskowe, więc sprawa prostsza, nałożyli embargo na wszelkie informacje z wypadku. Starali się przejąć nad nimi całkowitą kontrolę. Nikogo nie dopuszczono do wraku, a dziennikarzom, którzy czekali na przylot samolotu, rekwirowano taśmy z nagraniami, kasowano zdjęcia fotoreporterom, a komórki w niektórych sieciach nagle straciły zasięg. Takie w każdym razie dotarły do nas informacje. Oczywiście ta blokada nie była szczelna, ale wszelkie informacje, które oficjalnie przekazywała strona rosyjska, były pod pełną kontrolą rosyjskich służb specjalnych. No i Rosjanie puścili w ruch swoją machinę propagandową, swoją wersję wydarzeń, podchwyconą przez niektóre polskie media, którym ta wersja jest wygodna” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100412&typ=tk&id=tk17.txt).
Montażysta Sławomir Wiśniewski, którego zeznaniom poświęciłem wiele notek (cykl „Oko żaby”, ale też cykl o „moonwalkerze” i jego wędrówkach po ruskim Księżycu), wyznawał z ulgą w swych sejmowych relacjach, że się cieszy, iż nie został spałowany, że nie trafił do więzienia itd., i że skończyło się tylko na (trwającym nieokreślony wciąż czas – godzinę? dwie?) aresztowaniu na Siewiernym – choć idąc filmować „katastrofę małego wojskowego samolotu”, którą widział z okna o 8.38 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/bilokacja-o-838.html), liczył się z tym, że trzeba będzie przed Ruskami uciekać. Nawiasem mówiąc, to właśnie wsłuchując się w to, co mówił Wiśniewski, odkryłem jedno z pierwszych ruskich propagandowych założeń, które „sprzedano” polskim mediom, a które stanowi klasyczną myślową kołowaciznę, w której zapętlić się może każdy leming w nieskończoność młócący te frazy w swym mózgu: Dlaczego nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa? Dlatego, że lądował on na plecach, a nie na brzuchu. Skąd wiadomo, że polski tupolew lądował na plecach, a nie na brzuchu? Stąd, że nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/pierwszy-polak-na-ksiezycu.html). Podobnie się ma sprawa z zagadnieniem ofiar tragedii. Dlaczego nie było akcji poszukiwawczo-ratunkowej? Dlatego, że nikt nie przeżył. Skąd wiadomo, że nikt nie przeżył? Stąd, że nie było akcji poszukiwawczo-ratunkowej.
Wracając do dziennikarzy. Wiemy, że „siewców” (ujmując ludzi mediów językiem biblijnym) z naszego kraju było całkiem sporo (choćby do obsługi prezydenckiej delegacji), aczkolwiek plon dość skromny ze sobą przywieźli, tak jakby nie mieli aparatów fotograficznych, komórek z funkcją filmowania, kamer etc. Owszem, możemy założyć, że to wszystko jednak mieli, lecz im dokumentację wizualną zarekwirowano lub zniszczono, chociaż jakoś mało na ten temat polscy dziennikarze opowiadali. Wyjaśnienie tego podejrzewam jest więc pewnie takie, iż tę dokumentację mieli sporządzać inni ludzie, tj. generalnie ruscy fotoreporterzy po prostu. Znalazłem wprawdzie jakiegoś dokumentalistę z agencji Xinxua (Li Jinbo; aż z Chin Ludowych go dziennikarski węch przywiódł do Smoleńska?), lecz jego dorobek nie jest tak pokaźny jak takich fotoreporterów jak: Natalia Kolesnikova (AFP), Sergei Chirikov (EPA, EFE), Mikhail Metzel (AP), Sergei Karpukhin (Reuters), Sergey Ponomarev (AP), Ilya Pitalev (Ria Novosti, Itar-Tass) czy Maxim Shemetov (Itar-Tass), których zdjęcia rozsyłano do wszystkich agencji prasowych świata, a przede wszystkim do Polski. Z kolei dorobek tychże ruskich fotoreporterów (będę sukcesywnie zamieszczał ich zdjęcia na blogu, ale łatwo je znaleźć w google, jeśli wrzuci się imiona i nazwiska tychże ludzi) blednie przy wykopaliskowo-dendrologicznych wielowątkowych fotoreportażach i rekonstrukcjach radzieckiego fotoreportera z agencji FSB, doc. S. Amielina, no ale to mimo wszystko to właśnie czołowi ruscy fotoreporterzy krzątali się wokół Siewiernego i spacerowali między (pilnującymi pobojowiska jak oka w głowie) mundurowymi, a nie nasz poczciwy i cichy docent smoleńskiej dendrologii.
Co w tym może być nadzwyczajnego, że przy tej chmarze ludzi mediów z Polski
ch
którzy przecież przybyli do Smoleńska (niektórzy już kilka dni wstecz, by jeszcze na obsługę uroczystości z 7 kwietnia się załapać) i mieli najlepszego sprzętu od groma, „obsługę medialną” najsłynniejszego na całym globie, tajemniczego „wypadku lotniczego”, stanowili ruscy fotoreporterzy? Jasne, że nic. Już przecież gen. Anodina przypomniała, że Polska to mały kraj, więc pewnie i nasi ludzie mediów stali się zwyczajnie ludzikami pośród ruskich wielkoludów na baśniowej ruskiej ziemi.
Nie możemy też przypuszczać, iż czekiści rozczytywali się w J. Słowackim i rozsmakowywali się we frazie o giętkości języka i ujmowaniu za jego pomocą tego, co człowiek pomyśli – zwłaszcza że czekiści się w poetyckie subtelności nie bawią (zwykle mają cały zastęp wierszokletów, co na zawołanie potrafią chwalić, a to Lenina, a to Stalina, a to Putina; kogo tam komitet centralny do chwalenia wskaże). Co innego natomiast u czekistów korelacja między zdarzeniem a jego medialnym zobrazowaniem.
Jak rozumieć tę korelację? Zacznijmy od spraw elementarnych. Gdy dochodzi np. do jakiegoś śmiertelnego wypadku na drodze, no to zwykle jakaś ekipa telewizyjna i fotograficzna udaje się na miejsce, rozstawia sprzęt, sporządza dokumentację tego, co się wydarzyło, tak by pokazać, jak to po wypadku wyglądało. Od strony techniczno-warsztatowej sprawa jest tutaj prosta: przyjeżdża się i fotografuje; i nawet największy matoł jest w stanie takie zdjęcia zrobić. To nie jest zatem kwestia robienia fotografii np. sportowcom w biegu, kiedy trzeba wiedzieć jak chwytać obiekty w ruchu ani np. pięknym aktorkom, gdy trzeba zadbać o właściwe naświetlenie twarzy i nałożonego makijażu. No ale, co w sytuacji, w której… do zdarzenia nie doszło, a trzeba wytworzyć jego obraz?
Hm. Tu oczywiście niezbędni są fachowcy od obrazowania zdarzeń, czyli właśnie odpowiedni, zaufani fotoreporterzy, którzy inscenizowany plan zamienią w realną scenerię. Zawodowo zrobione zdjęcie potrafi bardziej przemówić do „zbiorowej świadomości” aniżeli czyjakolwiek gadka-szmatka. To zdjęcie powielone w setkach miejsc oddziałuje ze zwielokrotnioną siłą na odbiorców. Z tego też powodu, czyli przez wzgląd na „propagandową siłę obrazu”, bolszewicy (a z nimi czekiści) od pierwszych lat swych rządów taką wielką wagę przywiązywali do plakatów, fotografii oraz kina. Parafrazując słynne powiedzenie o diable i kobiecie, można rzec, iż tam gdzie ruski diabeł nie może, tam fotoreportera pośle.
Rzecz jasna, czekiści mogliby sami zrobić wszystkie zdjęcia na Siewiernym i rozesłać je do prasowych agencji, ale od czego mają machinę propagandową pamiętającą najlepsze czasy ZSSR? Czekiści są od zabijania, natomiast od glansowania czekistowskiej rzeczywistości są już najzdolniejsi, przebrani jak kruszec w smoleńskiej fabryce diamentów, fotoreporterzy obsługujący wierzchuszkę neo-ZSSR. No dobrze, ale co może bidny fotoreporter, który jest od pucowania fasady potiomkinowskiej wsi? Który jeno „trzaska zdjęcia” i przecież „żadnych poglądów politycznych ni ma”?
O tym za chwilę, bo tak wtrącę na marginesie, w neokomunizmie (właśnie w środowisku żurnalistów) pojawia się swoisty fenomen, o którym warto wspomnieć. Zdarzyło mi się nieraz na przestrzeni lat „transformacji” jakoś zetknąć przy różnych okazjach z ludźmi neopeerelowskich mediów i zakładam, że mainstreamowe środowisko dziennikarskie w naszym kraju stanowi swoisty refleks tego z neo-ZSSR. Widzimy to odbicie (i postaw, i poglądów, i pewnej rutyny dziennikarskiego działania) bowiem po 1) sposobie relacjonowania tragedii z 10 Kwietnia (zamach wykluczony od razu, bez jakiegokolwiek dociekania – „winna pogoda i piloci”, tak jakby rozwalanie się rządowych samolotów we mgle to była codzienność), 2) dość szybko ujawniające się „zmęczenie tematem Smoleńska” i desinteressment   tragedią, która „została wyjaśniona”, a więc 3) powrót do codziennej krzątaniny wokół tematów zastępczych. Mogę więc ekstrapolować obserwacje poczynione na neopeerelowskim środowisku na to zbiorowisko ruskich dziennikarzy wiernych reżimowi czekistów. Otóż fenomen polega na tym właśnie, że bardzo często ci ludzie mediów przyznają, że „nie mają poglądów politycznych”, że oni „tak naprawdę są z dala od polityki”, a nawet „po prostu brzydzą się polityką”. Jakimsik jednak sposobem, mimo tych „wstrętów i dąsów”, zwykle ich praca przekłada się na realne wspieranie neokomunistycznej władzy, a niemal nigdy (jakieś pojedyncze osobniki gdzie niegdzie się w redakcjach uchowają) nie przekłada się na jakieś antysystemowe działania i antykomunistyczne patrzenie na świat. Okazuje się więc, że dziennikarski „brak poglądów politycznych”, to coś takiego jak nieświadomość mówienia prozą przez molierowskiego pana Jourdaina.
Wróćmy do ruskich fotoreporterów, którzy dostają od Kremla niezwykle odpowiedzialne zadanie zobrazowania zdarzenia, do którego nie doszło. W potiomkinowskiej rzeczywistości jest to dla nich wprawdzie robota dość pospolita, na tym wszak zasadza się neokomunizm, że iluzja (wsparta w ostateczności czekistowskim terrorem) przedstawiana jest jako coś realnego – tym niemniej do pokazania nieistniejącej katastrofy lotniczej potrzeba zgodnej kooperacji dwóch stron: ludzi zajmujących się przygotowaniem planu zdjęciowego oraz tych wybrańców, którym przypadnie w udziale ów plan zamienić za pomocą „magii obrazu” w „coś realnego”.
Każdy filmowiec doskonale wie, iż prawidłowa praca operatora sprowadza się do właściwego kadrowania – widz bowiem ogląda tylko to, co jest na zdjęciu pokazane. To, czego nie ma w kadrze, rozgrywa się już w wyobraźni widza. Najważniejsze jest więc takie pokierowanie tą wyobraźnią, by „dopowiadała sobie” jakby „dalszy ciąg historii”. By ten proces (stymulowania imaginacji widza) sobie unaocznić, wystarczy odwołać się do dendrologicznych fotografii radzieckiego eksperta od czytania znaków na drzewach, doc. Amielina. Ma on (zrobione przez siebie) fotografie zniszczonych na wysokości paru metrów konarów i zdjęcia te opatruje komentarzami w stylu „tędy przeleciał samolot”. Wprawdzie nie ma w okolicy, jak przyznaje nieco półgębkiem, żadnych lotniczych szczątków, ale nie bądźmy drobiazgowi i wpatrujmy się w drzewa, a nie pod nogi, przecież samoloty zwykle „po drzewach” latają, a nie suną po ziemi.
y
Dodajmy, że w paru miejscach ruskiego „raportu” jest zresztą wyraźnie powiedziane, że nie znaleziono kawałków samolotu pod drzewami (s. 82-83), o które miał on zahaczyć, lecąc na Siewiernyj. Na tym jednak, jak wiemy, nie koniec, bo gdyby tak wyglądała cała „trasa przelotu”, to nawet najwierniejsi Moskwie nadwiślańscy dziennikarze czy komentatorzy mieliby problem z wytłumaczeniem obywatelom, jaki „katastrofa miała przebieg” . Poharatane konary swoją drogą, ale jakieś lotnicze kawałki powinny być, skoro maszyna się „po drodze rozpada” (no może jakiś Osiecki, łażąc po różnych smoleńskich drzewach, błysnąłby „analizą bezszczątkowego rozpadu”). Ostatecznie więc w okolicach pancernej brzozy już radzieckim badaczom jakieś szczątki samolotu udało się „znaleźć” (są dokładnie wymienione na s. 84), choć dalibóg w „raporcie” stosownego zdjęcia tychże kawałków nie ma (pomijam fotografię kawałka skrzydła postawionego gdzieś w krzokach ze s. 85, mam na myśli to, co leżało pod brzozą). Choć właściwie po co, skoro jest zdjęcie brzozy? Czy ona nie jest najważniejsza w smoleńskiej baśni? Czy jej strzaskany konar nie mówi widzom „wszystkiego”, a nawet więcej? „Walnęło” i „urwało”, jak to lakonicznie ujął radziecki ekspert E. Klich, przekazując nam swą specjalistyczną wiedzę w pigułce. Faktycznie, krócej się już nie da powiedzieć o „katastrofie”. A że jej sprawa była „arcyboleśnie prosta”, to i „żadnej tyraliery” (a la pobojowisko w Lockerbie) ów badacz radziecki nie zarządził, bo oni tam byli od badania, jak wyjaśnił, no i w ciągu tygodnia pobojowisko posprzątano, jakby w ogóle nic się nie stało.
Zostawmy jednak wojskowych ekspertów, wróćmy do ruskich fotoreporterów. Dlaczego polscy fotoreporterzy nie mogli odwalić za nich tej raboty? Z banalnego powodu. Mogliby bowiem szukać obiektywami (aparatów czy kamer) tego, czego nie ma. Czego bowiem na tych wszystkich ruskich, wielobarwnych agencyjnych zdjęciach nie widać? Ano dwóch podstawowych dla każdej katastrofy lotniczej rzeczy: masy foteli (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/130-miejsc.html) i bagaży oraz ciał ofiar. Nie widać też nawet wynoszenia ludzkich zwłok przez służby ratownicze, jak to choćby było pokazane po zamachach na moskiewskie metro (z 29 marca 2010, a więc dosłownie półtora tygodnia przed „operacją Smoleńsk”). Pokazana jest na różne sposoby „krzątanina” przeróżnych „badaczy” i „ratowników”, tudzież, ma się rozumieć, stójka mundurowych z groźnymi minami – ale… nie ma przecież ani jednego, powtarzam, ANI JEDNEGO, ujęcia tych, których ta katastrofa miała dotyczyć: pasażerów i załogi tupolewa. (Jeśli kogoś w tej najpoważniejszej kwestii zadowala widok czerwonych trumien, to już jego sprawa.) Czy w Rosji „oszczędza się” widzom widoków osób poszkodowanych w jakichś tragicznych wypadkach, katastrofach, zamachach? Czy oszczędza się widzom widoków martwych ofiar? Nie bądźmy śmieszni. Proszę sobie przejrzeć fotografie po różnych zamachach w Moskwie albo po „akcji antyterrorystycznej” w Biesłanie.
Zauważmy też, że wszystkie te zdjęcia robione są „z ziemi”, z perspektywy „oka żaby”, czyli z punktu widzenia pojedynczego człowieka, nie zaś – jak to zwykle bywa w przypadku katastrof – z lotu ptaka. Ruskim fotoreporterom pozwolono (wprawdzie bez „zbędnych detali”) dokumentować makabryczną maskirowkę, lecz już nie wysłano ich z helikopterem, by z góry natrzaskali zdjęć pobojowiska. Z góry bowiem widać byłoby jeszcze wyraźniej to, że nie ma wielkiej sterty foteli (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/z-punktu-widzenia-strazaka-smolenskiego.html) i nie ma blisko setki ciał ludzkich, a najwyżej, jak to stwierdził J. Sasin oglądając „miejsce katastrofy” – od kilku do kilkunastu. Czy nie dało się tego całego miejsca pokazać z wysokości np. 30 metrów? Nie było sprawnego helikoptera w pobliżu? Czy raczej nie wolno już było pokazywać tego, co jest „poza kadrem”?
Jak jednak widzieliśmy po reakcjach polskiego dziennikarskiego środowiska, to, co pokazano „w kadrze”, okazało się i tak wystarczające, by przyjęto nad Wisłą ruską narrację. Zbędnych pytań (dotyczących tego, czego na zdjęciach nie ma) w Polsce nie zadawano – mimo że fotki wyglądają, jakby pochodziły z… różnych miejsc (!) i dokumentowały pracę przynajmniej dwóch ruskich ekip „badawczo-ratunkowych”. Jedno miejsce to „płaski teren” przy Siewiernym, drugie zaś to jakaś pagórkowata i mocno zalesiona okolica (różnice widoczne są także w stopniu zabrudzenia części lotniczych i w uszkodzeniach wraku).
jar
jar
a
Swoją drogą jest to niezła zagadka, dlaczego aż tyle zdjęć robionych jest przez ruskich fotoreporterów „zza drzew”, skoro wokół wraku było niemal łyso, co widzieliśmy bardzo wyraźnie na filmie moonwalkera Wiśniewskiego?
polana
To fotografowanie „poprzez drzewa” może mieć na celu tylko jedno: utrudnienie widzom dokładnego oglądu maskirowki oraz uniemożliwienie im odkrycia tego, że część „plenerowych zdjęć” zrobiono „ekipie badawczo-ratunkowej” jeszcze przed 10 Kwietnia, w jakimś miejscu, gdzie wstępnie ćwiczono maskirowkę (i jej zabezpieczanie). Z drugiej zaś strony pojawiają się takie kuriozalne doprawdy, ewidentnie ustawiane zdjęcia, jak choćby to przedstawiające wieńce, które „przypadkiem” znalazły się „po katastrofie” na przewróconych częściach podwozia (http://freeyourmind.salon24.pl/312081,trasa#comment_4478301) czy bardzo znane zdjęcie ze zwisającą na gałązce plakietką na tle kawałka wraku i równo pociętych pod nim drzewek.
Pamiętamy na pewno fotografie zabłoconych i sponiewieranych niemożebnie rejestratorów prezentowanych w ruskim „laboratorium”, ale czy ruscy fotoreporterzy zrobili zdjęcia czarnych skrzynek na pobojowisku, gdy je tam „odnajdywano”? Pamiętamy zdjęcia komórek borowców – ale gdzie są zdjęcia kamizelek kuloodpornych albo broni zabitych polskich funkcjonariuszy? Pamiętamy, jak A. Kwiatkowski mówił na jednym z publicznych spotkań, że jakieś sto trumien się pojawiło na Siewiernym 10 Kwietnia i jak Szojgu opowiadał wieczorem, że wszystkie ciała ofiar już znaleziono i transportuje się do Moskwy. Potem jednak się okazało, że jeszcze są przez następne dni wydobywane ciała „spod wraku”. Gdzie są zatem jakieś zdjęcia z tego „wydobywania”?
I na koniec inna jeszcze zagwozdka. Prawie w ogóle nie ma zdjęć z przedstawicielami strony polskiej, a przecież byli tam na miejscu przez parę dni – dokonywali więc chyba pomiarów, analiz w terenie etc. Dobrze byłoby wiedzieć, ile dokładnie czasu spędzili oni na „miejscu katastrofy” i jaki był zakres ich prac, zwłaszcza gdyby się okazało, że nie zrobili prawie nic zwłaszcza w kwestii udokumentowania tego wszystkiego, co leżało na Siewiernym.
smile
smile

freeyourmind.salon24.pl

1 komentarz

Filed under Uncategorized

One response to “Oko żaby 5

  1. jaja

    No właśnie, taki zdolny fot. Wiśniewski od razu zobaczył czarne skrzynki jakby takie same codziennie ogladał, a nie widział żadnych zwłok. On też fot. sobie ścieżkę pod nogami, gałezie, jakaś część wraku. Dobrze przeszkolony cwaniaczek dostał też olśnienia, że to przecie polski samolot.
    Towarzysz Bahr puścił też farbę po latach o mgle, a przecież kobiety idące do pracy już dawno o tym mówiły, że taka jakaś dziwna błekitno – biała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s