Monthly Archives: Sierpień 2010

Jak fajnie jest napluć na grób


Piotr Lisiewicz, „Gazeta Polska”, 26-08-2010

Katolik modli się pod krzyżem, Żyd odmawia kadisz za zmarłych, a ateista stoi w zadumie, myśląc o bliskich, którzy odeszli. Każdy, kto wyśmiewa albo parodiuje taką modlitwę lub zadumę, jest bydlakiem, budzącym obrzydzenie u wszystkich porządnych ludzi. Do wczoraj ta zasada łączyła Polaków ponad podziałami. „Gazeta Wyborcza” zmieniła to, aprobując „radosny happening” pod krzyżem

Ten tekst nie jest o tym, że Polacy mają różne zdania na temat tego, czy krzyż powinien stać pod Pałacem Prezydenckim. Nie jest też o tym, iż spierają się w sprawie obecności symboli religijnych w miejscach publicznych. Zostawiam te sprawy dzisiaj na boku.

Happening nonkonformistów, rechot bydlaków

Piszę te słowa jako osoba o bardziej „wolnościowych” poglądach od niektórych moich redakcyjnych kolegów. Sam zajmuję się happeningiem, zdarzało mi się robić to wspólnie z ludźmi o lewicowych czy anarchistycznych przekonaniach. Jestem przeciwny zakazowi picia piwa na ulicy. Nie lubię ideologii gejowskiej, ale gdy parę lat temu w moim Poznaniu prezydent bliski PO i wojewoda z SLD (tak!) zakazali marszu równości, nie byłem entuzjastą tej decyzji. Zakazałbym natomiast marszów kolejnych, bo zaczynały się – co było czymś obrzydliwym – pod Poznańskimi Krzyżami.

Happening jest piękną bronią, jeśli broni słabych przed silnymi i niegodziwymi, wykpiwa obłudę wpływowych, posługując się ironią i sarkazmem. Silnych i niegodziwych nie brak w wielu obozach politycznych, choć z pewnością nie rozkłada się to po równo.

Natomiast prymitywny rechot ze słabszych, nierozumianych, niemedialnych ku uciesze tych, którzy są wpływowi, medialni i trendy, jest czymś obrzydliwym.

Krzyż, pod którym modlą się ludzie za osoby im bliskie, które zginęły w straszliwej tragedii, jest miejscem, gdzie żadnemu porządnemu człowiekowi, niezależnie od wyznawanej ideologii, nie wolno robić ŻADNYCH happeningów. Po prostu, demonstrowanie wesołości jest w tym miejscu dowodem zbydlęcenia, draństwa, utraty cech człowieczeństwa.

I wyznanie nie ma tu nic do rzeczy. Każdy, kto przyszedłby do Żydów odmawiających kadisz za zmarłych, by szydzić z nich, grając między nimi w siatkówkę plażową, przebierając się za Elvisa Presleya albo wznosząc okrzyk „Jest Gwiazda Dawida – jest impreza”, byłby dla mnie takim samym bydlakiem, jak ohydny babsztyl odbijający piłkę pod Pałacem Prezydenckim. Byłby nim także katolik, który przyszedłby do smutnych po śmierci bliskiej osoby ateistów, by ich wyśmiewać i zapewniać, że poszła ona do piekła.

I nie miałoby dla mnie najmniejszego znaczenie, czy owe żarty z katolików, Żydów bądź ateistów piętnowałyby przy okazji ich prawdziwe winy lub słabości.

Radosne przeżycia gnojka

Wydawałoby się, że moja opisana wyżej postawa jest bliska zdecydowanej większości Polaków. Do wczoraj. Nikt, poza jakimiś kompletnie nieznaczącymi skrajnościami oraz anonimowymi internautami nie szydził ze śmierci Jacka Kuronia czy Bronisława Geremka, mimo negatywnej oceny ich politycznych działań. Nikt nie grał w piłkę plażową, by wyszydzić tych, którzy ich kochali.

Dziennikarze „Gazety Wyborczej”, jednego z najbardziej wpływowych polskich dzienników, zmienili te standardy. Redakcja napisanie tekstu na temat krzyża powierzyła Robertowi Sankowskiemu, byłemu redaktorowi naczelnemu pisma „Bravo”, który zatytułował go „Pop- kultura gra z krzyżem na wesoło”, zauważając np., że „w najciekawszej formie krzyż spod Pałacu Prezydenckiego objawił się w polskich produkcjach muzycznych”.

Parę cytatów z innego jej autora, Adama Leszczyńskiego: „Nic dziwnego, że protest przybrał formę radosnego happeningu. Wyzwolenie poznawcze to radosne przeżycie”, „Moment wyzwolenia jest bardzo często radosny i pełen euforii – i nic dziwnego, bo wtedy zwykli ludzie zdają sobie sprawę, że to oni mają władzę. Napisałem kiedyś książkę o strajkach lat 1980–81…”, „Tylko gdzie bije serce narodu? Przed krzyżem? A może już w barze Przekąski-Zakąski po drugiej stronie ulicy?”.

Z kolei Grzegorz Lisicki w tekście „Rakieta zamiast krzyża” napisał o takich, co zamiast krzyża postawili rakietę z napisem „Ta rakieta to apel studentek i studentów o zbudowanie tutaj polskiego centrum badań kosmicznych…” i postanowił bawić się wspólnie z nimi: „Badania kosmiczne to dobry trop – w marcu podczas kongresu PiS jego członkowie dyskutowali m.in. o badaniach kosmicznych”.

Marek Beylin napisał o krzyżu: „Już dziś jego znaczenie jest podobne do siły konkurencyjnego krzyża z puszek po piwie Lech, który także przed Pałacem postawiła grupa młodych ludzi. Oba krzyże są zadymiarskie, żaden nie niesie sacrum”.

Dyżurny komentator „GW” Radosław Markowski stwierdził zaś: „Telewizyjne obrazy były wymowne: chroniona przez policję grupka nielicznych dziwnych ludzi pod krzyżem w oceanie protestu, który na dodatek był wesoły i autoironiczny”.

By było jasne: za bydlaków uważam nie tylko tych, którzy okazywali agresję wobec modlących się, ale wszystkich, którzy przychodzili pod krzyż, by radośnie i pokojowo się bawić. I tych, którzy dziennikarsko współuczestniczyli w tej zabawie. Nie ma tu żadnej istotnej różnicy.

Radykalna lewica zbojkotowała „Gazetę Wyborczą”

Obrzydliwa postawa „Gazety Wyborczej” najbardziej jaskrawie widoczna jest, gdy zauważymy, że na czele przeciwników krzyża nie stanęła polska radykalna lewica. Więcej: żadne choć trochę znane nazwisko z owej radykalnej lewicy, niezwiązanej z postkomunistycznym establishmentem, nie autoryzowało swoim aktywnym udziałem szyderstw z modlących się pod krzyżem. Chociaż zapewne jej zdecydowana większość chciała usunięcia krzyża.

Piotr Ikonowicz napisał kompletnie niezauważony tekst krytyczny w równym stopniu wobec obrońców krzyża, jak i jego przeciwników. „Wykrzywione w grymasie pogardy i szyderstwa twarze zwolenników rozwiązania siłowego” – tak określił tych drugich. Przeciwniczka krzyży w szkołach czy Sejmie prof. Maria Szyszkowska stwierdziła w „Rz”: „Ten krzyż jest szczególny. Ktoś postawił go, aby być bliżej zmarłego prezydenta. Ulica jest wprawdzie wspólna, ale uważam, że nikomu, naprawdę nikomu, nie powinna przeszkadzać grupa modlących się ludzi. A poza tym mamy krzyże upamiętniające zmarłych zarówno przy polnych drogach, szosach, jak i na ulicach miast”. Skrytykowała też Stefana Niesiołowskiego: „W jego wypowiedziach była wielka pogarda dla modlących się pod krzyżem! Byłam tym przykro zaskoczona. Nie bierze się pod uwagę woli mniejszości, która żąda, aby krzyż pozostał przed pałacem. A przecież tyle mówi się o tym, że demokracja to ustrój, który szanuje oczekiwania rozmaitych mniejszości”.

Młodzi socjaliści zamiast medialnych występów pod krzyżem wybrali niemedialne domaganie się świeckiej szkoły i walkę z grodzonymi osiedlami w Warszawie. Jeszcze przed zaostrzeniem sporu o krzyż manifestowali przeciwko niemu anarchiści, ale nie pod szyldem znanej Federacji Anarchistycznej, a nieznanego prawie nikomu stowarzyszenia. Potem także zniknęli z medialnego pola widzenia.

Na czele manifestacji pod krzyżem nie stanęło nawet środowisko lewicy kawiarnianej z „Krytyki Politycznej”, ograniczając się do krytykującej jego obrońców publicystyki.

Kopnij staruszka, wyśmiej niepełnosprawnego

Liderzy antyklerykalnej lewicy wyczuli, że szydzenie z modlących się pod krzyżem wykraczałoby poza antyklerykalizm. „Gazecie Wyborczej”, Radiu TOK FM i naśladującej ich reszcie establishmentowych mediów w dziele wyszydzania obrońców krzyża pozostała anonimowa hołota zebrana przez Internet. Właśnie hołota, bo przecież nie żadna radykalna lewica, tylko osobnicy, którzy bynajmniej nie słyszeli o Noamie Chomskim, a brzmienie nazwiska Hugo Cháveza skojarzy jej się najwyżej z brazylijskimi telenowelami.

„GW” neutralnie informując o spontanicznych akcjach na facebooku, pod krzyż sprowadziła hołotę, dla której niezwykle zabawnie jest napluć w twarz starej babie, kopnąć mohera, rozdeptać znicze i zdjęcia ofiar Smoleńska. Tak, to dokładnie działo się pod krzyżem, gdy nie było tam tłumów. Motłoch zachowywał się tak, bo z natury tchórzliwy wyczuł, że w tym przypadku może liczyć na poparcie mediów i wyrozumiałość policji.

Czy „GW” tego chciała? Zakładam, że nie. Być może liczyła, że pod krzyżem zgromadzi się ów motłoch, ale za niego mówić będą bliscy ideologii Agory liderzy. Tyle że liderzy okazali się mieć reakcyjne zahamowania. Jedynymi, którzy się objawili, okazał się gwałciciel i sprawca napadów oraz bełkoczący kucharz.

Mimo to „GW” i inne wielkie media nie wycofały się. Wpisały się w estetykę sprowadzonej przez siebie hołoty. Filmy wykorzystujące niepełnosprawność jednego z protestujących i podeszły wiek kilku innych skierowane były właśnie do upodobań hołoty. Skoro tak pięknie zaowocowała nam inwestycja w marketingowy target, to trzeba na niego dalej stawiać.

Piotr Lisiewicz

Gazeta Polska

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Tajemnica czarnych skrzynek


„Gazeta Polska”, 26-08-2010

„Na pasażerów oddziaływało przeciążenie wielkości ok. 100 g. Przeżycie było w takich okolicznościach niemożliwe” – głosi rosyjski raport na temat katastrofy Tu-154. Według eksperta, z którym rozmawiała „GP”, podana przez Rosjan wartość przeciążenia została zawyżona. Czy po to, by wytłumaczyć śmierć wszystkich pasażerów i uszkodzenie rejestratorów lotu? Wyjaśnić mogłaby to analiza oryginału czarnej skrzynki, rejestrującej parametry lotu, ale Rosjanie nie chcą jej udostępnić.

Według tych wyliczeń, potwierdzonych m.in. przez Marka Strassenburga Kleciaka, specjalistę odpowiedzialnego za rozwój systemów trójwymiarowej nawigacji w koncernie Harman Becker w Niemczech, nawet gdyby Tu-154 leciał ku ziemi z prędkością 300 km/h, a jego droga hamowania wyniosłaby tylko 10 m (a była, jak wiemy, znacznie większa, bo według stenogramów samolot uderzył w drzewa i zaczął tracić prędkość kilka sekund przed upadkiem), to wartość przeciążenia nie przekroczyłaby 40 g (wartości wyrażanej w jednostce „g” nie należy mylić z gramami – chodzi o wielokrotność przyspieszenia ziemskiego równego 1 g; (w stanie nieważkości przeciążenie wynosi 0).
Aby przeciążenie było tak duże, jak podali Rosjanie, samolot przy prędkości 300 km/h musiałby się zatrzymać na dystansie długości mniej więcej 3,5 do 4 m, a więc uderzyć niemalże prostopadle w betonową ścianę.

Ustalenia MAK są niewiarygodne

– Obliczenia współczynnika obciążenia są bez zarzutu – twierdzi prof. Zdobysław Goraj z Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. – Problem polega na tym, że oparto się na prostym modelu kinematycznym, który ma zastosowanie do punktu materialnego lub bryły sztywnej i nie dotyczy konstrukcji lotniczej. A uwaga dotycząca wyhamowywania po ścinaniu drzew jest bezzasadna – samolot ważył około 100 t i ścinanie drzew nie miało praktycznie znaczenia dla zmniejszania prędkości w chwili zderzenia z ziemią. Uderzenie w ziemię nastąpiło przy prędkości około 280 km/h – dodaje profesor Goraj.

– Jeśli zderzenie, jak to z feralnym drzewem o średnicy pnia rzędu 40 cm (które według Rosjan miało doprowadzić do zmiany trajektorii lotu) nie ma jednak żadnego wpływu na lot samolotu, nie powinno być brane pod uwagę przez Rosjan w obliczeniach. A było – mówi Marek Strassenburg Kleciak.

Co więcej, zderzenie z drzewem według Rosjan urwało skrzydło Tu-154 i miało spowodować obrót maszyny o 180 stopni, co siłą rzeczy musiało wpłynąć na prędkość samolotu. Z wypowiedzi eksperta wynika więc, że ustalenia MAK są mało wiarygodne, co rzuca nowe światło na tę katastrofę.

– Aby dociec prawdy, należy przeprowadzić obliczenia na podstawie symulacji komputerowej. Oczywiście bez żadnych danych dotyczących parametrów lotu taka symulacja nie jest możliwa – uważa Strassenburg Kleciak.

Zgadza się z tym prof. Zdobysław Goraj. – Pomysł z symulacją zniszczenia struktury [samolotu – red.] jest dobry, są na świecie specjalne programy komputerowe do takich analiz. Ale wymagają one ogromnej pracy przy odwzorowaniu struktury samolotu – mówi.

Także prof. Jerzy Maryniak, emerytowany prof. Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej (według specjalistów najwybitniejszy znawca problemów wypadków lotniczych w Polsce) uważa, podobnie jak Strassenburg Kleciak, że bez znajomości parametrów lotu, zawartych w drugiej czarnej skrzynce oraz w polskim rejestratorze, nie da się posunąć śledztwa do przodu. – Do miarodajnej analizy konieczne jest poznanie z rejestratorów lotu całej dynamiki lotu, prędkości i przyspieszenia. Nie da się, nie znając parametrów lotu, określić trajektorii. W przypadku katastrofy smoleńskiej nieznane są parametry lotu, pracy silnika, sterowania, temperatur, ciśnień. W sumie są to 64 parametry. Powinny być one ujawnione zaraz po katastrofie – mówi „GP” prof. Maryniak.

Moskwa trzyma łapę na rejestratorach

– Czarne skrzynki są oddane do analizy MAK. Są to prace rozciągnięte w czasie – odpowiedział na konferencji 20 sierpnia gen. Krzysztof Parulski na pytanie „GP”, dlaczego dotychczas nie poznaliśmy zapisów czarnej skrzynki, która rejestrowała parametry lotu, bez czego śledztwo nie może posunąć się do przodu.

Generał zapewnił, że oryginały skrzynek są zamknięte w sejfie w Moskwie i że właśnie on ma nad nimi pieczę. – Z tych oryginałów dane zostały zgrane na nośniki i biegli eksperci pracują właśnie na tych nośnikach – powiedział nam Parulski.

Wokół rejestratorów lotu Tu-154, który rozbił się pod Smoleńskiem, panuje atmosfera niejasności. Przypomnijmy, że szefowa MAK Tatiana Anodina oświadczyła na posiedzeniu rosyjskiej komisji rządowej z udziałem polskich ekspertów, że odnaleziona trzecia czarna skrzynka zostanie odczytana w Polsce. Potwierdził to naczelny prokurator wojskowy Krzysztof Parulski, który powiedział w kwietniu, że tzw. trzecia czarna skrzynka „ma być odczytana w ciągu najbliższych dni w Polsce ze względu na fakt, iż urządzenie to zostało skonstruowane przez Polaków, jest to patent polski i może być odczytana tylko w Polsce”. Także z naszych informacji wynikało, iż trzeci rejestrator znajduje się w sejfie w Polsce. Okazało się, że jest to kopia, a oryginał umieszczono w sejfie, tyle że rosyjskim.

20 sierpnia potwierdził to publicznie prokurator Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Odpowiadając na pytanie „GP” zadane na konferencji prasowej, ujawnił, że oryginał trzeciej skrzynki znajduje się w Moskwie. – Polska skrzynka została nam przekazana, tu nastąpił zrzut danych na nośniki i urządzenie to zostało odesłane do Moskwy – twierdzi prokurator Szeląg. Rosja posiada więc wszystkie trzy oryginały skrzynek (jak wiadomo, kopie nie są dowodem w ewentualnym dochodzeniu komisji międzynarodowej) i może dowolnie „synchronizować” zapisy wszystkich trzech rejestratorów, by w razie potrzeby podeprzeć wymyśloną przez siebie wersję zdarzeń.

Skoro biegłym, według słów gen. Parulskiego, wystarczą do badań kopie, z jakich powodów oddaliśmy Rosjanom oryginał naszej polskiej  czarnej skrzynki, która jest, według informacji „GP”, własnością kontrwywiadu? Kto podjął personalnie taką decyzję?

Nie musieli zginąć

Przy bardzo silnym hamowaniu na kierowcę Formuły 1 oddziaływać może przeciążenie 3–5 g. Piloci, zwłaszcza samolotów wykonujących loty akrobatyczne, muszą być przygotowani na wytrzymanie 6–12 g.
Oczywiście przy działaniu tej siły należy brać pod uwagę takie czynniki, jak struktura ciała poddawanego przeciążeniu czy czas trwania przeciążenia. Gdy w 2007 r. znany polski sportowiec Robert Kubica uderzył swoim bolidem o mur okalający tor z prędkością 232 km/h, przeciążenie wyniosło aż 75 g. Polak, ku zdziwieniu lekarzy, nie odniósł poważniejszych obrażeń, choć teoretycznie powinien po tym wypadku walczyć o życie.

Znane są zresztą przypadki, zadające kłam twierdzeniu rosyjskich ekspertów z MAK, że przy przeciążeniu równym 100 g pasażerowie Tu-154 nie mieli szans, by przeżyć katastrofę (jeśli oczywiście wartość podawana przez Rosjan jest prawdziwa, co – jak wspominaliśmy – jest nader wątpliwe). W pracy „Human Tolerance and Crash Survavibility” amerykańskiego specjalisty Dennisa F. Shanahana czytamy, że kilku kierowców Indy Racing League (wyścigi samochodów o otwartym nadwoziu organizowane w USA) przeżyło podczas kolizji przeciążenia sięgające 100 g. Rekordzistą jest kierowca Formuły 1 David Purley, który w 1977 r. został poddany przeciążeniu 179 g (na odcinku 66 cm wyhamował ze 173 do 0 km/h!).

Okazuje się więc, że nawet wartość, która została prawdopodobnie zawyżona przez Rosjan badających katastrofę smoleńską, nie musiała doprowadzić do śmierci wszystkich pasażerów. Z kolei wartość mniejsza, jak np. 30–40 g – dużo bardziej prawdopodobna niż podawane przez MAK 100 g – nie mogłaby skutkować tak przerażającymi zniszczeniami samolotu: rozerwaniem kadłuba na drobne strzępy, ogromnym rozrzutem części maszyny i całkowitym rozkawałkowaniem struktur podłużnych Tu-154. Czyżby stan samolotu był zatem wynikiem działania jakiejś innej „siły”, nieuwzględnionej w raporcie komisji gen. Tatiany Anodiny?

Tu-204: cudowne ocalenie?

Kilkanaście dni przed katastrofą smoleńską miało miejsce podobne zdarzenie. 22 marca 2010 r. pod Moskwą rozbił się Tu-204 (model tupolewa podobny do Tu-154). Maszyna uderzyła o ziemię i przełamała się w kilku miejscach (co widać na zdjęciu). Na pokładzie znajdowało się osiem osób: załoga i obsługa samolotu. Cztery z nich odniosły ciężkie obrażenia, ale wszyscy przeżyli.

Tak jak w przypadku Smoleńska – wykluczono eksplozję lub pożar na pokładzie; pewne jest też, że silniki maszyny pracowały do końca. Do informacji publicznej podano, że po zejściu poniżej wysokości 4 km w samolocie przestał działać autopilot i załoga musiała wykonywać lądowanie „ręczne”. Za przyczynę katastrofy uznano wstępnie „błąd ludzki”.

Przed katastrofą Tu-204 zachowywał się podobnie do polskiego tupolewa. Tracąc wysokość, ścinał drzewa, a w końcu – po uderzeniu w grubą sosnę – stracił duży fragment skrzydła. Między przebiegiem tego wypadku a katastrofą w Smoleńsku, a raczej jej oficjalną wersją, jest tylko jedna różnica: prezydencki Tu-154 po utracie części lewego skrzydła miał stracić siłę nośną, obrócić się do góry kołami i upaść na grzbiet, potem zaś, szorując słabszą od dolnej górną częścią konstrukcji, rozlecieć się na drobne kawałki. Wersji tej (od początku forsowanej przez Rosjan) przeczy jednak opublikowane w nr 19 „GP” z 12 maja 2010 r. mało znane zdjęcie agencji Reutersa, na którym widać wyraźnie podwozie prezydenckiego tupolewa. Fragment maszyny leży co prawda kołami do góry, ale są one wraz z konstrukcją mocującą je do kadłuba całe w błocie z gliny, jaka znajduje się w miejscu katastrofy. Jasne jest więc, że samolot nie mógł spaść kołami do góry, skoro były one w glinie. Nie wspominając już o tym, że według raportu MAK ważąca ponad 50 t (według pilota 36. specpułku wersja Tu-154, który rozbił się w Smoleńsku waży około 90 ton) i mająca rozpiętość skrzydeł ponad 30 m maszyna musiałaby w ciągu 4–5 sekund (czas między pierwszym uderzeniem w drzewa a zniszczeniem Tu-154) obrócić się o 180 stopni.

Dlaczego zatem przeciążenie w Smoleńsku zabiło wszystkich pasażerów, a pod Moskwą – gdy wartość g musiała być zbliżona – samolot pękł zaledwie na kilka części, a wszyscy znajdujący się na pokładzie przeżyli?

Dziwna słabość czarnych skrzynek

– Eksperci ustalili, że taśma z zapisem parametrów lotów z powodu wstrząsu przemieściła się wewnątrz czarnej skrzynki – donosiły następnego dnia po katastrofie smoleńskiej polskie i rosyjskie media. Jak już wspomnieliśmy, wstrząs ten komisja MAK powiązała z przeciążeniami równymi 100 g. Problem w tym, że rejestratory lotu od dawna projektowane są tak, by przetrzymać trzydziestokrotność tej wartości. Międzynarodowym standardem jest… 3400 g.

Jak stwierdził w rozmowie z portalem examiner.com Duncan Schofield, ekspert produkującej rejestratory lotu firmy Honeywell Aerospace, przeciętna skrzynka jest np. w stanie wytrzymać 10 godzin, leżąc na dnie oceanu na głębokości 6 km. Gdy w styczniu 2010 r. do Morza Śródziemnego u wybrzeży Libanu spadł etiopski Boeing 737, rejestratory – leżące 100 m pod wodą – wydobyto dopiero po dwóch tygodniach. Nie były uszkodzone.

Skąd więc wzięły się „przesunięcia taśm”, zauważone wewnątrz czarnych skrzynek przez rosyjskich i polskich ekspertów po katastrofie polskiego Tu-154? Czy rejestratory zostały uszkodzone pod wpływem tej samej siły, która rozerwała samolot na drobne kawałeczki? Przypomnijmy, że ostatni przypadek, kiedy skrzynki tupolewa zostały nadwerężone, to katastrofa irańskiego Tu-154 w lipcu 2009 r. Wówczas jednak samolot wybuchł po uderzeniu w ziemię, żłobiąc w niej 10-m. krater. W przypadku katastrofy pod Smoleńskiem krateru, który byłby dowodem zderzenia z ziemią z dużą prędkością i pod dużym katem, nie ma.

Wyjaśnić te wszystkie wątpliwości mogłaby dokładna analiza samych czarnych skrzynek polskiego Tu-154 – zarówno FDR (rejestratora parametrów lotu), CVR (rejestratora rozmów), jak i trzeciego urządzenia zainstalowanego przez kontrwywiad RP. Niestety, Rosjanie mają od początku oba rejestratory pokładowe oraz trzecią skrzynkę – cyfrowy rejestrator szybkiego dostępu produkcji warszawskiej firmy ATM PP, typu ATM-QAR/R128ENC. To właśnie dlatego prokurator Krzysztof Parulski z Naczelnej Prokuratury Wojskowej udał się niedawno do Moskwy, by po raz kolejny „uzupełnić” kopie nagrań z rejestratorów lotu. Na pytania, jak długie są nowe fragmenty (kilka miesięcy temu brakowało 16 sekund) i którego etapu lotu dotyczą oraz dlaczego całość nie została skopiowana wcześniej, polscy odesłali nas do komisji wicepremiera Jerzego Millera.

Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski

Gazeta Polska

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Palikot miał rację, Komorowski to tchórz


sobota, 14 sierpnia 2010

Policja usunęła dzisiaj nad ranem ludzi spod krzyża, jako powód – lub, jak kto woli, pretekst – podając konieczność zabezpieczenia pirotechnicznego pałacu przed jutrzejszymi uroczystościami. O tym czy był to prawdziwy powód, czy tylko pretekst, przekonamy się już wkrótce, po tym co się stanie z samym krzyżem. Jeśli w najbliższym czasie, pod osłoną nocy, zniknie i on, będzie można przyjąć, że „zabezpieczenie pirotechniczne” to był pic na wodę, a chodziło o pretekst do usunięcia ludzi, żeby można było usunąć sam krzyż. Sądząc po tym jak to jest zorganizowane, mam wrażenie, że tak właśnie będzie.

W świetle dzisiejszego porannego „czyszczenia” pałacowego obejścia, inaczej wygląda sprawa samej tablicy, tak pośpiesznie przygotowanej, zamontowanej i odsłoniętej. Wygląda na to, że była ona potrzebna jako podkładka pod dzisiejszą akcję.

Decyzja o usuwaniu ludzi spod krzyża nie zapadła dzisiaj w nocy, nie zapadła też wczoraj, bo takich decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień. Rozwiązanie siłowe musiało być rozważane od jakiegoś czasu, szukano dogodnego pretekstu, który pozwoli ludzi usunąć, ale tak, żeby nie wyglądało, że chodzi tylko o nich. Zabezpieczenie pirotechniczne uroczystości to wygodny, bo w miarę wiarygodny powód.  Ostateczna decyzja zapadła pewnie krótko przed tym jak Kancelaria Prezydenta zwróciła się o zgodę na tablicę, i tę tablicę zamówiła. Bo tablica stała się pilnie potrzebna gdy stało się jasne, że ludzie, a pewnie i sam krzyż, będą wkrótce usuwani. Żeby to łatwiej sprzedać opinii publicznej, tablica – jakakolwiek – musiała zawisnąć przed jeszcze akcją. Nie było więc czasu ani na konsultacje, ani na zapraszanie kogokolwiek.

Mam wrażenie, że już wczoraj było wiadomo co się stanie dzisiaj nad ranem, a przynajmniej – że rozważany jest wariant siłowy, a może nie tylko rozważany ale zaplanowany. Mieliśmy więc dość zaskakujące, zważywszy na to, że sitting pod krzyżem trwa już długo, zgodne wypowiedzi Celińskiego, Lisa i Palikota o konieczności użycia siły. Jak raz, zaraz po tym jak z góry to użycie siły usprawiedliwili, ono nastąpiło. Jeśli przyjąć – a to więcej niż pewne – że dzisiejsza akcja nie jest wymyślonym naprędce spontanem niekonsultowanym z prezydentem, pewne jest także, że informacja o tych planach przeciekała, a ci do których przeciekła, skorzystali z okazji, żeby urobić opinię publiczną. Nikt chyba nie uwierzy, że Palikot wczoraj wieczorem nie wiedział co się stanie nad ranem.

Nie dziwią więc też kolejne kroki, czyli typowa dla Platformy przykrywka „na Palikota”, którą sam Palikot szczerze opisywał w wywiadzie.


Janusz PalikotW 2007 r. czekałem na wynik wyborów, a po wygranej wiedziałem, że moim celem jest osłanianie Tuska, że jako premier musi mieć wolne ręce do rządzenia. Awanturę z PiS wziąłem na siebie. Jako polityk nie miałem żadnych skrupułów.  Już lepiej, żeby dziennikarze ciskali gromy na mnie niż na Rostowskiego. Rostowski niech ma komfort pracy w tym czasie, kiedy ja ściągam na siebie ogień artyleryjski.  Świadomie wybieram takie momenty, aby kłopot swojej partii wziąć na klatę.

Dzisiaj więc, zgodnie ze sprawdzonym wielokrotnie schematem, gdy Platforma chce przykryć coś niewygodnego, Palikot pisze coś ohydnego. Dzisiaj nie mogło być inaczej, Palikot sięgnął po najbardziej obrzydliwy chwyt – zawoalowane życzenie śmierci pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Wpis zatytułowany „Nadzieja” jest bardzo krótki ale chyba więcej nie trzeba.

Janusz Palikot: Przyjdzie taki dzień, że Jarosław będzie już rozmawiał z siłami ostateczności. Być może jeszcze w tym roku. I wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok. Tego się trzymam, w to wierzę.

Palikot nie ma jaj, żeby swoje życzenie wyrazić wprost, ale i tak jest zrozumiałe. W Gazecie Wyborczej pewnie znajdą jakąś inną interpretację tego wpisu, tak jak znaleźli dla okrzyków „jeszcze jeden!”, które podobno były tylko niewinną prośbą o bisy „Barki”, ale czytelnicy Palikota zrozumieli ten wpis zgodnie z intencjami autora. I pewnie to on stanie się dzisiaj tematem dnia, spełni więc swoją funkcję, skutecznie odwracając uwagę od rozpisanej na role i realizowanej od kilku dni akcji „neutralizowania” krzyża pod pałacem.

Sporu o krzyż nie powinno być i nie musiało być. Ale jest. I bez względu na to kto ma jaki wkład w to, że jest i że jest coraz bardziej gorący, to od prezydenta, który wygrał wybory pod hasłem „Zgoda buduje” i deklaruje, że chce być „prezydentem wszystkich Polaków” oczekiwałabym minimum odwagi. Trzeba się nauczyć wychodzić do ludzi, trudne decyzje trzeba umieć wytłumaczyć, nie załatwiać ich Michałowskim i Palikotem. To co mnie najbardziej irytuje w tej akcji, to rżnięcie głupa. Fatalny omen dla tej prezydentury, nie wiem czy Palikotowi starczy inwencji na całe pięć lat.

kataryna.blox.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Państwo przegrało z tłumem


czwartek, 05 sierpnia 2010

Nie rozumiem walki o krzyż, żadnej ze stron tego sporu nie rozumiem. Nie o meritum więc, ale o państwie słów kilka, bo straszny lament się podniósł, że oto państwo okazało się strasznie słabe bo sobie poradzić nie może. Trzeba było przespać ostatnie kilkanaście lat, żeby być zaskoczonym rozwojem sytuacji pod Pałacem Prezydenckim, to państwo sobie przecież nigdy nie radziło. I chyba nie miało prawa sobie poradzić. Politykom partii rządzącej warto przypomnieć zdarzenia z nie tak dawnej przeszłości i spytać, czy nie widzą żadnego związku, niczego niestosownego, dzisiaj, gdy role się odwróciły.
***

Gazeta Wyborcza: Jeżeli prezydent rozwiąże parlament 1 lutego, to co wtedy?

Donald Tusk: Rozmawialiśmy z konstytucjonalistami, z rzecznikiem praw obywatelskich. Wydaje się bezsporne, że niektóre działania PiS-u, na przykład blokowanie wyborów nowego prezydenta Warszawy, ustawa medialna, a przede wszystkim kuglowanie z terminami budżetowymi, to są wykroczenia bardzo poważne. Gdyby na podstawie fałszywej interpretacji konstytucji, interpretacji ze złą wolą przeprowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość, miało dojść do wyborów, to taka decyzja oznacza kryzys polityczny, jakiego ostatnie 15-lecie nie znało. Nie mogę dzisiaj wykluczyć, że w sytuacji, w której prezydent złamałby konstytucję i rozpisał wybory, to my nie zaakceptujemy tej decyzji.

Gazeta Wyborcza: Pójdziecie z tym do Trybunału Stanu?

Donald Tusk: Nie, to już są dużo poważniejsze sprawy.

Gazeta Wyborcza: Czyli co?

Donald Tusk: Czyli może dojść do bardzo poważnego kryzysu nie tylko konstytucyjnego. W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, czyli usunięcia prezydenta z urzędu. Natomiast prezydent, który pozwoliłby sobie na złamanie konstytucji po to, żeby jego partia wygrała wybory, stawiałby Platformę w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom.

Gazeta Wyborcza: Czyli?

Donald Tusk: Trzy kropki postawcie.

Gazeta Wyborcza: Co to znaczy: wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo? Ludzi wyprowadzicie na ulicę?

Donald Tusk: …

***

Wirtualna Polska: „Faszyści!”, „bandyci!”, „gestapo!” – krzyczały pielęgniarki do policjantów, którzy zepchnęli je z jezdni przed kancelarią premiera. Akcja zaczęła się po siódmej rano i trwała kilka minut. Protestujące od wczoraj kobiety zdecydowały potem jednomyślnie, że – choć na chodniku – zostają dalej przed budynkiem. (…) Kiedy trzykrotny apel o zejście z ulicy nie dał efektu, policja ruszyła do akcji. Otoczyła kilkadziesiąt pielęgniarek kordonem. Protestujące nie miały szans. Zaczęły śpiewać hymn, ale razem z policjantami musiały ruszyć w stronę chodnika. „Zostały potraktowane jak banda kiboli” – mówiła w TVN24 Elżbieta Radziszewska z PO.

***

Hanna Gronkiewicz-Waltz: Tak naprawdę nawet kanapki, o których pisano w prasie, nie były potrzebne, bo warszawiacy spontanicznie przynosili jedzenie. Natomiast oczywiście kwestie sanitarne były problemem, zwłaszcza, że był taki moment pierwszego dnia, kiedy policja zrobiła wokół nich taki pierścień i one tylko po dwie mogły wychodzić do toalety. Naszym obowiązkiem jest pomaganie. To mi pokazuje typowo socjalistyczną mentalność pana premiera. Pamiętam taką historię w Londynie, jak późno przyjechały dwie studentki, więc już nie miały możliwości znalezienia hotelu i poszły spać do parku i nagle zbliżył się policjant, one były przerażone, a on powiedział: „W czym paniom pomóc?”. One powiedziały, że niestety muszą tutaj przenocować, a on odpowiedział „Oczywiście, a gdyby ktoś panie zaczepiał, to proszę mnie zawołać”. Czyli w krajach demokratycznych wszystkie służby mundurowe, w tym oczywiście służba miejska, jest po to, żeby ludziom pomóc, a nie żeby z ludźmi się rozprawić. To jest ta drobna różnica w mentalności, w postrzeganiu tych służb między mną, a panem premierem.

***

Gdyby nie to, że gorszące sceny pod Pałacem Prezydenckim dzieją się w moim państwie, mogłabym sobie chichotać złośliwie, że Tusk i Gronkiewicz-Waltz zbierają gorzkie owoce swoich własnych szaleństw z czasów gdy byli w opozycji i wydawało im się, że mogą powiedzieć i zrobić wszystko bo konsekwencji żadnych nie będzie.

Dzisiaj to premier, który niedawno straszył wyprowadzeniem ludzi na ulicę i wypowiedzeniem posłuszeństwa prezydentowi ma na ulicy ludzi, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo prezydentowi. Innych ludzi, w innej sprawie, i innemu prezydentowi, ale to zasadniczo bez różnicy. Obywatele traktują państwo i jego władze tak, jak ich tego nauczyli politycy.

Hanna Gronkiewicz-Waltz też nie powinna być zaskoczona reakcją tłumu, czymże się w końcu różni „miasteczko krzyżowe” od „białego miasteczka”, do którego posyłała kanapki? Oba tak samo nielegalne, oba tak samo przekonane, że walczą w najsłuszniejszej sprawie. Jeśli więc wtedy Platforma oburzała się na delikatne przesunięcie pielęgniarek z ulicy na chodnik, przy wtórze rzucanych przez nie w kierunku policjantów najgorszych wyzwisk, to trudno się dziwić, że dzisiaj sama nie ma odwagi zaryzykować bardziej zdecydowanej akcji na Krakowskim Przedmieściu, nie chce przecież, żeby opinia publiczna i komentatorzy ocenili ją równie surowo jak wtedy sama oceniała akcję przeciwko pielęgniarkom.

To politycy wychowują społeczeństwo, a opozycja zawsze w jakimś stopniu kształtuje państwo jakim jej przyjdzie rządzić i standardy tego rządzenia. Platforma sobie zadania nie ułatwiła. Pewnie dzisiaj żałuje, że za jedyną akcję z której była ostatnio tak dumna – rozgonienie kupców z KDT – odebrała Zubrzyckiemu licencję. On by sobie poradził pod Pałacem. Bo wygląda na to,  że polskie państwo bez złamania prawa sobie z tłumem poradzić nie umie. Tłumem, którego zresztą mogło tam w ogóle nie być, ale to już inna historia.

Pytanie tylko, czy komuś naprawdę zależy, żeby tego tłumu tam nie było? To przecież taki wygodny pretekst, żeby nie mówić o sprawach trudnych. Krzyż pod Pałacem to temat zastępczy. Zwłaszcza, że władza nie ma wyboru, musi się poddać, tak jak się zawsze poddawała. Nikt nie zrozumie brutalnego potraktowania ludzi spod krzyża, nikt też chyba nie chce oglądać scen usuwania ich. Możemy tylko czekać aż przekona ich ktoś, kogo posłuchają. Jeśli PiS przegapi szansę na włączenie się w pozytywne i pokojowe zakończenie sporu, przegra resztki tego, co jeszcze ma do przegrania.

kataryna.blox.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Koniec świata!


Niezależna.pl, 02-08-2010

„GW” krytycznie o rosyjskim śledztwie

Czy Rosjanie w sprawie Smoleńska naprawdę mataczą? Chyba nie ma już co do tego wątpliwości, skoro nawet „Gazeta Wyborcza”, broniąca dotąd rosyjskiego śledztwa, napisała dziś, że „Rosja jest oporna” i że „rząd musi nacisnąć Rosjan”.

Według źródeł „GW” – nie tylko prokuratura, ale także badająca katastrofę polska komisja, którą kieruje minister Jerzy Miller, „doszła do ściany”. Nie ma już materiałów, które mogłaby badać, a Rosjanie nie są skłonni przekazywać dalszych dokumentów.

Problemy ma podobno także polski akredytowany przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK) Edmund Klich. Zgodnie z konwencją chicagowską, Klich powinien mieć dostęp do wszystkich prac MAK. Rosjanie nie chcieli mu jednak pokazać np. wyników oblotu lotniska Siewiernyj w Smoleńsku przez samolot-laboratorium. Dostał je dopiero po naleganiach. Oblot wykazał, że lotniskowy radar jest bardzo niedokładny – podaje wysokość z dokładnością do 300 m. Kontrolerzy w ostatniej fazie lotu nie mogli więc znać dokładnej pozycji tupolewa.

„W Rosji nie ma instytucji naprawdę niezależnych od władz centralnych. Dlatego polski rząd musi naciskać, by prezydent Miedwiediew i premier Putin nakazali natychmiastową poprawę współpracy z Warszawą” – komentuje Roman Imielski z „GW”. I dodaje w starym stylu tej gazety, czyli usprawiedliwia apel „GW” troską o dobro Rosji:„Moskwa musi zrozumieć, że zakłócając współpracę w sprawie katastrofy smoleńskiej, działa wbrew własnym interesom i podważa swą międzynarodową wiarygodność. Wywołuje też fatalną atmosferę w Polsce. Dostarcza paliwa teoriom spisku i zamachu. Wzmacnia obóz rusofobów, którzy powtarzają, że Moskwie w niczym nie można wierzyć, i budują swój kapitał polityczny na wrogości do Rosji.”

(wg, „Gazeta Wyborcza”), Gazeta Polska

4 Komentarze

Filed under Uncategorized

Garstang o badaniu katastrof


2010-08-02 13:18

Dlaczego kilkanaście minut po smoleńskiej katastrofie, bez żadnego śledztwa i żadnego dowodu, uznano, że to wina/błąd pilota? Dlatego, by zdarzenie miało od samego początku charakter wypadku lotniczego, którym zajmą się eksperci od wypadków, a nie kryminolodzy badający katastrofy spowodowane użyciem środków wybuchowych. Uznanie, że doszło do wypadku pozwala szczątki samolotu potraktować jako złom, a na miejscu katastrofy nie przejmować się jakimiś rygorami, jakie się stosuje, gdy badane jest miejsce zbrodni. Jak wiemy z relacji pełnomocników prawnych rodzin ofiar, polscy śledczy nie uczestniczyli w oględzinach terenu ani w sekcjach zwłok, a jak doskonale pamiętamy, „zabezpieczenie” milicyjno-wojskowe w Smoleńsku nie przeszkadzało ani w pracy ciężkiego sprzętu, ani w dość swobodnym poruszaniu się po terenie rozmaitych „turystów”, że o kradzieżach ze strony funkcjonariuszy służb nie wspomnę.

Zamachy bombowe na samoloty nie zdarzają się często. John H. Garstang w książce „Forensic Investigations of Explosions” (ed. A. Beveridge, London 1998,„Aircraft Explosive Sabotage Investigation”, s. 133-182) pisze, że w l. 1961-1994 na 1553 katastrofy lotnicze 58 to były zamachy (ilość ofiar 1812), a więc średnio jeden do dwóch takich incydentów przypadał rocznie (pełne dane posiada ICAO – International Civil Aviation Organisation (http://www.icao.int/), a zwłaszcza Committee on Unlawful Interference publikujący specjalistyczne raporty dotyczące zamachów). Tym łatwiej wobec tego znaleźć prace specjalistów od tego rodzaju katastrof oraz fachową, śledczą dokumentację. Płk. E. Klich „wytypowany” 10 kwietnia przez słynnego A. Morozowa, a potem przez niesławny „polski rząd”, do prac w Smoleńsku, ani (jak sam twierdził) nie specjalizował się w katastrofach dużych samolotów z wieloma cywilami na pokładzie, ani tym bardziej – w katastrofach tego typu spowodowanych użyciem materiałów wybuchowych. Z tego też powodu był dla Rosji idealnym partnerem do „śledztwa” – można bowiem było nie tylko z jego udziałem „zalegalizować” to „śledztwo” (udział w badaniach specjalisty ze strony polskiej), ale i gromadzić „dowody” na rzecz „wypadku”.

Garstang pisze, że badania dot. zamachów powinny być prowadzone równocześnie przez kryminologów oraz ekspertów od wypadków lotniczych. Jeśliby taka kooperacja nie była możliwa (np. z przyczyn technicznych), to – tu uwaga – kryminolodzy jako PIERWSI powinni zbadać miejsce katastrofy PRZED jakimikolwiek innymi specjalistami. Rosjanie, odwracając porządek, tj. kierując tam przede wszystkim fachowców od wypadków lotniczych, zmienili jednocześnie (metodą faktów dokonanych) charakter badanej sprawy. To kryminolodzy (oczywiście polscy, a nie rosyjscy – ewentualnie i polscy, i rosyjscy) powinni byli dokonać wstępnych oględzin, zbadać wrak itd., oni bowiem wiedzieliby dokładnie, czego szukać, jak udokumentować, sfotografować i zabezpieczyć dowody. Oni też po zakończeniu swoich prac mogli potem zezwolić ekspertom od lotnictwa na dalsze badania. Garstang podkreśla, że praca kryminologów pozwala zidentyfikować dowody, ochronić je, a także, jeśli jest to konieczne, odizolować oraz przejąć, bez znaczącego zaburzenia prac innych specjalistów. Kryminologiczna grupa śledcza powinna składać się z kilku osób posiadających fachową wiedzę z chemii, wiedzę dot. działania środków wybuchowych oraz wiedzę dot. usterek techniczno-konstrukcyjnych. Prace tychże osób koordynuje i kontroluje oficer policji. Każdy kawałek wraku wobec tego powinien zostać oznaczony, udokumentowany, a następnie zmagazynowany, tak by mógł posłużyć do dalszych prac śledczych. W przypadku Smoleńska szczątki tupolewa niszczeją od paru miesięcy na lotnisku.

Garstang rozpisuje się szczegółowo na temat niezbędnych narzędzi takiej grupy śledczej oraz niezbędnych procedur, jakie należy zastosować, nie będę tu wchodził w szczegóły, gdyż cały jego tekst warty jest gruntownego przestudiowania (lekturę polecam członkom parlamentarnego zespołu zajmującego się katastrofą). Autor mówi o tym, że badający muszą dysponować własnym biurem ze sprzętem komputerowym, odpowiednim oprogramowaniem, wykorzystać systemy, typu GIS, GPS, SAR (Synthetic Aperture Radar), GLONASS (ros. GPS), dokładnie ofotografować z lotu ptaka miejsce zdarzenia, powinni mieć zapisy z czarnych skrzynek i rejestratorów lotu, rzecz jasna, analizę trajektorii lotu na podstawie położenia szczątków maszyny (w jej trakcie przeprowadza się np. symulacje, które pozwalają ustalić, kiedy doszło do eksplozji lub też, jaki byłby rozkład szczątków, gdyby eksplozja zaszła w takim a takim momencie) itd.

Twierdzi on, że im bliżej materiału wybuchowego jest dany fragment maszyny, gdy dochodzi już do eksplozji, tym większa energia jest mu przekazywana w trakcie wybuchu, a więc tym większe jest prawdopodobieństwo, że zostanie ta część odrzucona z określoną prędkością od „epicentrum”. Im większy jest użyty ładunek, tym silniejszy efekt. Zatem te szczątki, które położone są najdalej, mogłyby być kawałkami urządzenia wybuchowego oraz obiektami ulokowanymi najbliżej eksplozji (to mogą być ofiary, bagaże, ubrania, fragmenty szkieletu samolotu itp.). Taki materiał może potencjalnie zawierać ślady powybuchowe (biologiczne, chemiczne, metalurgiczne lub konstrukcyjne). Analiza trajektorii pomóc może zatem w znalezieniu kluczowych dowodów zamachu. Przyszło mi więc do głowy, że może skrzydło (zakładając, że należy do tupolewa, bo jak pamiętamy, są co do tego wątpliwości), które leżało najdalej od miejsca katastrofy, nie zostało po prostu urwane w wyniku pierwszej eksplozji.

Niezbędne jest dokonanie w Polsce rekonstrukcji wraku (po przewiezieniu szczątków do kraju). Można jej dokonywać fizycznie i komputerowo. Części samolotu można rozłożyć płasko lub kompletować w formie przestrzennej. W trakcie fizycznej rekonstrukcji bada się osady, sadzę, ślady smaru, pęknięcia i deformacje materiałów. Wydaje się, że zaproszenie specjalistów z krajów, gdzie już badano katastrofy spowodowane użyciem materiałów wybuchowych, znacznie ułatwi i przyspieszy takie śledcze prace.

freeyourmind.salon24.pl

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Czego potrzebujemy od Rosjan? Śledztwo doszło do ściany


2010-08-02, ostatnia aktualizacja 2010-08-02 08:30

Rosja opóźnia udzielanie polskiej prokuraturze i komisji badania wypadków lotniczych informacji dotyczących przyczyn katastrofy smoleńskiej

Smoleńską katastrofą zajmują się osobno cztery instytucje: prokuratura rosyjska i polska, komitet śledczy w Rosji (za najważniejszą techniczną część odpowiada tam MAK, czyli Międzypaństwowy Komitet Lotniczy w Moskwie) oraz komisja badania wypadków lotniczych, którą w Polsce kieruje minister Jerzy Miller.

W pierwszych tygodniach po katastrofie współpraca między tymi instytucjami przebiegała poprawnie, choć nie doskonale.

Dziś polska prokuratura i polska komisja doszły do ściany. Bez dokumentów i przesłuchań świadków z Rosji nie są w stanie pójść dalej.

Prokuratura wystosowała dotąd do Rosji pięć wniosków o pomoc prawną. Żaden nie został do końca zrealizowany, a prokuratura przygotowuje szósty.

W maju minister Miller otrzymał od MAK kopie zapisów trzech rejestratorów pokładowych prezydenckiegoTu-154 M – dwa z danymi technicznymi, jeden z zapisem rozmów w kokpicie pilotów. Dane te kryją odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące przyczyn katastrofy – czy nie doszło do awarii samolotu oraz dlaczego pilot postanowił lądować.

Żeby precyzyjnie wyjaśnić decyzję pilota, i prokuratura, i komisja Millera potrzebują informacji z Rosji.

Informacji dotyczących trzech zasadniczych kwestii:

•  Co działo się w wieży lotniska w Smoleńsku, gdy samolot podchodził do lądowania;

•  Jak lotnisko było wyposażone i jaki był stan urządzeń naprowadzających na lotnisku;

•  Czy Rosjanie dali zgodę na lądowanie i czy mogli takiej zgody samolotowi prezydenckiemu odmówić.

Co wiemy o sytuacji na lotnisku w Smoleńsku 10 kwietnia.

Prokuratura dostała w maju – w pierwszej i jedynej partii dokumentów z Rosji – protokoły przesłuchań dwóch kontrolerów ze smoleńskiej wieży. Są wątpliwości co do wiarygodności ich relacji, dlatego prokuratura w szóstym wniosku o pomoc prawną – co zapowiedział prokurator generalny Andrzej Seremet – wystąpi o ich bezpośrednie przesłuchanie w Polsce przez polskich prokuratorów.

Z zeznań kontrolerów wynika, że w wieży był obecny jeszcze ktoś trzeci, pada jego nazwisko, ale nieznana jest jego rola. Są podejrzenia, że to oddelegowany na lotnisko oficer Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Prokuratura wystąpiła do Rosjan o znalezienie i przesłuchanie tej osoby. Odzewu nie ma.

Wiadomo, że lotnisko w Smoleńsku było prymitywnie wyposażone w radiolokacyjny system naprowadzania. Są relacje, że już po katastrofie ktoś zmieniał żarówki w oświetleniu lotniska.

Z zeznań kontrolerów wynika, że mimo fatalnych warunków nie zabronili tupolewowi lądować. Ale nie ma stuprocentowej pewności, czy dali zgodę ani czy mogli lądowania zakazać, zamykając lotnisko.

Wiadomo natomiast, że kontaktowali się z Moskwą, prawdopodobnie z centrum dowodzenia ruchem powietrznym.

Wiemy, że Rosjanie przed wizytą proponowali lądowanie na innym lotnisku wyposażonym w system precyzyjnego naprowadzania ILS – w Briańsku. Nie wiemy jednak, dlaczego Polacy to odrzucili.

Czego nie wiemy o lotnisku i lądowaniu 10 kwietnia.

•  Jakie są rosyjskie procedury dotyczące lądowania samolotu państwowego (taki status miał prezydencki tupolew)?

•  Kto mógł – jeśli mógł – zamknąć lotnisko smoleńskie z powodu mgły?

•  Jaka była treść konsultacji kontrolerów z Moskwą? I z kim się konsultowali?

•  Czy niezamknięcie lotniska było decyzją polityczną (premier Tusk mógł lądować 7 kwietnia, więc jakże zabronić prezydentowi Kaczyńskiemu)? A jeśli tak, to tę decyzję podjął?

Przeczytaj też komentarz Romana Imielskiego: Rząd musi nacisnąć Rosjan

Gazeta Wyborcza

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized