Prezentacja ekspertów przed Zespołem Parlamentarnym, 08.09.2011


Przedstawiam materiały źródłowe z prezentacji

prof. Kazimierza Nowaczyka (University of Maryland) oraz

prof. Wiesława Biniendy (University of Akron, członka Grupy Ekspertów ds Wypadków Lotniczych FAA / NASA)

przed Zespołem Parlamentarnym ds zbadania przyczyn katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 w dniu 08.09.2011 roku.

EDIT 20.09.2011

Prezentacje w języku angielskim

Wnioski z wyników badań prof.Biniendy rozszerzone o uderzenie skrzydła w brzozę pod kątem 20 stopni- w tym przypadku wynik jest analogiczny jak dla uderzeń pod kątem do 10 stopni

docs.google.com/viewer
docs.google.com/leaf

Uwaga: w razie problemów z otwarciem pliku online proszę skorzystać z opcji „Pobierz”.

EDIT 11.09.2011
Plik multimedialny (FLV, 166 MB)
picasaweb.google.com/lh/photo/5pMSl_tdorlZVEEpWLrIZg


Prof. K. Nowaczyk:

Wiarygodność raportów MAK i KBWL LP”
Prezentacja w postaci plików jpg (pozostałe pliki znajdują się w galerii):

picasaweb.google.com/115545907835495457471/PREZENTACJAPROFKNOWACZYKA08092011


Prezentacja (format PowerPoint):

docs.google.com/leaf

Prof. W. Binienda:

Wirtualny eksperyment: uderzenie skrzydła Tu-154M w brzozę (program obliczeniowy LS-DYNA 3D, metoda elementów skończonych)”

Wniosek: skrzydło Tu-154M przecina brzozę. Uszkodzenie skrzydła nie zmniejsza jego powierzchni nośnej ani stabilności samolotu.

Obliczenia i wnioski prof. W. Biniendy zostały zweryfikowane przez specjalistów z FAA i NASA.

Prezentacja w postaci plików jpg (pozostałe pliki znajdują się w galerii):

picasaweb.google.com/115545907835495457471/PREZENTACJAPROFWBINIENDY08092011


Prezentacja (format PowerPoint):

https://docs.google.com/leaf?id=0BwPwbhnBMeraNTQxOGYyZTgtMWQ4My00NGI5LWI1ODgtNzkyMGFhMjMzM2Qw&hl=pl


Animacje:

Niniejsze materiały można rozpowszechniać bez ograniczeń.

Prof. Binienda wbinienda@uakron.edu  prosi o komentarze (kulturalne) i dyskusję na poziomie matematyczno-fizycznym.

Materiał filmowy zostanie udostępniony w miarę możliwości technicznych.

=======

Informacja o Panu Prof. Wiesławie Biniendzie:

http://www.ecgf.uakron.edu/~civil/people/binienda/research.html

Tributes to Polish American Pioneers in Engineering and Sciences

i Panu Prof. Kazimierzu Nowaczyku

http://cfs.umbi.umd.edu/cfs/people/kazik.html

 

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Wokół hipotezy z katastrofą na Siewiernym


04.06.2011 13:02

KaNo w swoim najnowszym poście (http://fotoszop.salon24.pl/312527,maskirowka-na-abarot) zaproponował pewien eksperyment myślowy, który, jak mam rozumieć, ma być jakąś formą krytycznej konfrontacji z generalnymi ustaleniami zespołu min. A. Macierewicza oraz tych blogerów, którzy twardo stoją na gruncie lotniska Siewiernyj, a nie dopuszczają do siebie myśli, że mogło tam nie dojść do żadnego lotniczego wypadku (tudzież do zamachu upozorowanego na wypadek):
Zapomnij na chwilę o różnych miejscach katastrofy, wielu samolotach i przyjmij założenie, że samolot z naszą delegacją był jeden, że był to TU-154M i że rozbił się na Siewiernym.
Dlaczego?
Jeżeli założymy, że przyczyną katastrofy był zamach dokonany w powietrzu, to na wraku samolotu mogły, a nawet powinny pozostać tego ślady. W przypadku zamachu również niezbędna była „maskirowka”, tylko że w drugą stronę! Należało jak najszybciej usunąć te części wraku (zapewne największe), na których widoczne były takie ślady. Wiemy, że usunięto kokpit, brakuje większych części kadłuba… więc może usuwano je wraz z fotelami i ciałami przypiętymi do nich. Nie było czasu na ich „odpięcie” na miejscu katastrofy.
Jak w świetle Twojej wiedzy wygląda realność takiego scenariusza?
Przypomnę, zwłaszcza tym osobom, które od niedawna zaczęły czytać teksty na moim blogu, że przez wiele miesięcy sam należałem do grona osób przekonanych, iż to smoleńskie Siewiernyj jest miejscem, gdzie dokonano zamachu i napisałem dziesiątki tekstów na ten temat, odwołując się do coraz to nowych materiałów poszlakowych czy dowodowych, analizując zdjęcia, szukając podobnych zdarzeń lotniczych itd. Hipotezę „dwóch tupolewów”, jak pierwotnie nazywano to podejście, które kwestionowało fakt katastrofy na Siewiernym i autentyczność miejsca tejże katastrofy, uważałem też zrazu za trudną do potwierdzenia z kilku istotnych powodów, jakie wyłuszczyłem w poście napisanym w 12 maja 2010, a więc dobry miesiąc po tragedii (http://freeyourmind.salon24.pl/181169,dwa-tupolewy).
Hipoteza „2T” głosiła (która bardzo szybko się pojawiła po tragedii – nie pamiętam dokładnie, czy nie wraz ze słynnym już, krążącym w Sieci, komentarzem przypisywanym czeskim służbom specjalnym, a dotyczącym uprowadzenia polskiej delegacji do Lipiecka), mówiąc z grubsza, że na Siewiernym wysadzono „wydmuszkę”, zaś tupolewa z delegacją zaatakowano gdzieś w innym miejscu. W maju 2010 jeszcze śledztwo blogerskie (wspierane wtedy przez „GP” i „NDz”) było jednak na zupełnie innym etapie niż obecnie – właściwie to wydawało się kwestią czasu, gdy pojawią się jakieś poważne materiały, typu zdjęcia satelitarne, zeznania naocznych świadków, zdjęcia robione na miejscu etc., które sfalsyfikują hipotezę głoszącą, że na Siewiernym do katastrofy nie doszło. Nikt z nas chyba wtedy nie przypuszczał, że np. monitoring przelotu będzie fikcją, że nie zostaną opublikowane pełne stenogramy rozmów COP, że nie będzie wiadomo, co się działo na Okęciu, że nie będzie dokumentów sekcyjnych itd. – słowem, że zabraknie bardzo wielu istotnych materiałów, które powinny zostać opublikowane w ramach dochodzenia dotyczącego tak poważnej sprawy. Z biegiem czasu więc, gdy coraz więcej ruskich matactw i fałszerstw wychodziło na jaw, gdy pojawiało się coraz więcej niejasności i gdy wiedza dotycząca zdarzenia zaczęła raczej się kurczyć niż przyrastać, coraz więcej osób (w tym i ja) zaczęło sobie zadawać pytania, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego aż tylu ważnych dokumentów czy dowodów po prostu nie ma? Te kwestie poruszałem już wielokrotnie, choćby w postach takich jak: http://freeyourmind.salon24.pl/279085,poza-ruska-zone, http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/kilka-wyjatkowych-zagadek.html, http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/proste-pytania.html, http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/zamach-tak-ale-czy-na-siewiernym.html). Teraz jednak KaNo proponuje to wszystko „zawiesić” i wziąć pod uwagę scenariusz z katastrofą na Siewiernym. OK. Spróbujmy.
  Nie będzie to jednak wcale łatwe. Nie wiemy wszak tylu podstawowych rzeczy, że tak czy tak musimy stawiać kolejne (hipotetyczne) założenia. Jeśli przyjęlibyśmy (jak zdaje się sugerować w swym eksperymencie myślowym KaNo), że to, co widział Wiśniewski, Bahr czy inni, którzy byli na Siewiernym, to innego rodzaju „maskirowka”, tzn. związana z „uprzątnięciem” miejsca po zamachu (np. dokonanym w powietrzu), to powinniśmy umieć wyjaśnić, jak to się stało, że nikt nie widział transportowania sporej wielkości części tupolewa po zamachu, a byłby to na pewno niecodzienny (nie tylko jak na Smoleńsk)widok. Musiałyby brać w tym udział ciężkie helikoptery no i cała brygada ludzi zajmujących się „podczepianiem” poszczególnych części (helikoptery by raczej nie lądowały, bo pozostawiłyby ślady albo zahaczyłyby o drzewa). Nie mamy żadnych świadectw na ten temat. Może wykorzystano by ciężkie dźwigi „SmAZ”-a i przerzucono części na teren fabryki, na który nikt z Polaków (pomijając polskich udziałowców w zamachu, bo tych wciąż dokładnie nie znamy, a chyba są) nie miał 10 Kwietnia wstępu. No ale praca takich dźwigów też mogłaby zostać zauważona lub przynajmniej zasłyszana (chrzęst, stukot) na dość „głuchym” lotnisku, tymczasem polska delegacja nie słyszy niczego takiego. Min. Macierewicz twierdzi, że są zdjęcia z transportowania kokpitu, który miał leżeć 4 godziny na pobojowisku, jednakże nikt z polskich świadków, którzy przybyli (a nawet ruscy świadkowie, pomijając leśnego dziadka, co ponoć „5 osób w kokpicie” miał widzieć) niedługo po „ogłoszeniu katastrofy” nie widział tego kokpitu. Ten ostatni zaś to nie jest coś, co łatwo na pobojowisku byłoby ukryć lub przeoczyć. No ale mniejsza z tym.
Jeśliby faktycznie tak się miały sprawy, że Ruscy „posprzątali po zamachu”, to na takie działania musieli mieć nie tylko dużo ludzi (przygotowanych w okolicy? czekających w ukryciu? wiedzących gdzie i jak spadnie maszyna?), ale też sporo, naprawdę, sporo czasu. Należałoby więc wliczyć tu czas samego zamachu (atak, ostrzał, bomba na pokładzie etc.), czas samego upadku trafionego samolotu, czas toczenia się szczątków po ziemi, czas konania osób, które by mogły przeżyć odniósłszy nawet ciężkie rany, czas „przebierania” czekistów w stosie rzeczy, które należałoby wziąć jako łupy z miejsca zdarzenia itp. Sam zamach więc musiałby się wydarzyć dużo wcześniej aniżeli w okolicach godz. 10.38 ruskiego czasu, kiedy to moonwalker Wiśniewski oglądał „skrzydło pionowo w dół”, zaś gubernator smoleński słyszał „ten nierealny, nienaturalny dźwięk silników samolotu i nagle zrobiło się cicho” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/bilokacja-o-838.html). Nie podejrzewamy chyba, że w ciągu kilkunastu minut dokonano by takiego posprzątania pobojowiska, o jakim wspomniałem wyżej. Mało tego, przecież musieliby teren ocenić fachowcy, którzy spokojnym okiem wyszukiwaliby, które szczątki mają na sobie ślady wybuchu i co należy zabrać, a co można pozostawić. Część takich kawałków mogłaby być przygnieciona innymi, trzeba by znowu coś podnosić, przesuwać itd. Mnóstwo roboty nawet dla sprawnych w zabijaniu czekistów.
Nie wiem, szczerze mówiąc, jakiej broni czy środków musiano by użyć, by po odpaleniu czy zdetonowaniu nie doszło do natychmiastowej eksplozji paliwa znajdującego się w skrzydłach samolotu. Najczęściej do katastrof lotniczych dochodzi przy lądowaniu i startowaniu, i wystarczy poważny wstrząs albo np. uszkodzenie silnika (http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_lotu_Air_France_4590) i niemal natychmiast wybucha pożar. Nie bez powodu zresztą w portach lotniczych stały dyżur pełnią strażacy, prawda? Jeśli więc tupolew zostałby trafiony lub wysadzony, to paliwo także wzięłoby udział w eksplozji i z samolotu zostałyby strzępy, ale szczątki nie leżałyby na obszarze niedużej polany, tylko rozprysnęłyby się na setki metrów kwadratowych, zaś wybuch słyszałoby całe miasto, a z wielu okien posypałoby się wiele szyb. Z dużym prawdopodobieństwem można też sądzić, że zapaliłby się „przylotniskowy” las, a ogień mógłby dotrzeć nie tylko do pobliskich budynków, lecz i do stacji benzynowej znajdującej się za ul. Kutuzowa. Tymczasem powtarzają się w relacjach świadków opowieści o „plaśnięciu”, jakby coś ciężkiego po prostu spadło na ziemię. Czy tak spada ok. stutonowy statek powietrzny? P. Kraśko kręci się po Smoleńsku i dopiero po powrocie do hotelu Nowyj dowiaduje się od koleżanki, do której ktoś zatelefonował, że… doszło do katastrofy (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/oko-zaby-4.html).
Można założyć (i takie były też koncepcje niektórych blogerów), że hałas, jaki robił nadlatujący ił-76 „zagłuszyłby zamach”. Czy jednak dopuszczono by do sytuacji, w której polska delegacja znajduje się na podobnej wysokości, co wielki ruski transportowiec? Czy nie byłoby zagrożenia kolizją? Czy w takiej sytuacji polska załoga nie czekałaby w powietrzu na wylądowanie ruskiej? Jeśli zaś ta ostatnia by nie wylądowała, to przecież chyba polska załoga by nie ryzykowała podejścia w takich warunkach?
Przede wszystkim jednak należałoby założyć, że „stenogramy” CVR nadają się do wyrzucenia, nie było rozmów między załogą jaka a tupolewa w okolicach godz. 10.30 rus. czasu (skoro zamach był wcześniej), no i że tupolew wyleciał z Okęcia o zupełnie innej porze niż do tej pory twierdzono, czyli np. niedługo po jaku-40 – a więc np. o 6.40/6.50 (pol. czasu), jak zrazu twierdzono – byłby wtedy nad Siewiernym koło godz. 8-mej (pol. czasu) – to i tak jest jednak już czas „ciszy we mgle”, a więc po drugim odlocie iła. Wprawdzie są jakieś relacje świadków dotyczące „długiego krążenia samolotu nad lotniskiem”, lecz nie sposób na ich podstawie ustalić, CO krążyło, skoro niewiele ludzie widzieli. Spośród tych wszystkich zeznań świadków przebija raczej coś takiego, że żadnej wielkiej eksplozji, żadnego wielkiego rumoru, żadnego trzęsienia ziemi, żadnego niesamowitego hałasu nie było. Jak więc to mogłoby się wydarzyć tak, że by tego nie zauważono?
No ale załóżmy znowu, że „szum miasta” i „gwar rozmów” to wydarzenie zagłuszył. Pozostaje wciąż sprawa pobojowiska. Nie wygląda ono na „pozamachowe”, gdyż – co choćby potwierdził J. Sasin – większość (z niewielu pozostałych) części wraku zgrupowanych jest na niewielkim obszarze. Sasin, jak wiemy, opowiada, że jadąc na Siewiernyj (i wiedząc już „o katastrofie”) , spodziewał się, że szczątki będą rozsypane na dużej przestrzeni i był zaskoczony: „To mnie uderzyło, no, że ten wrak był tak w jednym miejscu (…) tak mi się wydawało, nie miałem okazji nigdy wypadków lotniczych z bliska oglądać, ale tak mi się wydawało, że to może być na bardzo dużym terenie rozrzucone części… Tutaj jakby ten samolot, on był bardzo zniszczony, bardzo rozbity, ale jednak zasadnicze części tego samolotu, wydawało mi się, że są jakby w jednym miejscu” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/woko-zeznan-sasina.html) i wyciąga z tego wniosek, iż sądził, że samolot spadł „pionowo w dół”.
Oczywiście, jeśli samolot zostałby trafiony/wysadzony w locie, to właśnie „nie spadłby pionowo w dół”, lecz „rozprysnąłby się” na boki i najwyżej jakieś najcięższe jego kawałki „spadłyby pionowo”. Z tymże one wbiłyby się głęboko w ziemię, zwłaszcza jeśli byłaby tak błotnista czy nawet bagienna, jak mówią relacje świadków. Wystarczy zrzucić starą pralkę z 10 piętra i można zobaczyć, jaki powstanie ślad w ziemi, a co dopiero po uderzeniu części o takiej wadze, jak szczątki pasażerskiego samolotu z setką ludzi na pokładzie. Wiele części by koziołkowało i taplało się w błocie oraz roślinności, pełno rzeczy wisiałoby na gałęziach (Ruscy mieliby je pościągać przed przybyciem delegacji?), mnóstwo zaś drzew byłoby bezładnie i na wiele stron połamanych jak po wichurze.
Tego natomiast na Siewiernym wcale nie ma. Wiśniewski spaceruje, a słychać ćwierkające ptaki – to nie jest „martwa cisza po zamachu”. Części wraku są na wielu zdjęciach zdumiewająco (jak na „skalę katastrofy”) „czyste” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/odwrocone-koa.html) – nie ma na nich śladów po koziołkowaniu, a chyba nie możemy sądzić, że Ruscy by… wymyli je przed przybyciem polskich świadków, przecież takie ślady by dodatkowo „uwiarygodniały” wypadek. Ruscy mogliby mówić: „no, spójrzcie, jak się ubabrały te kawałki samolotu, jak toczyły się po glebie, zabierając za sobą błoto, korzenie i gałęzie; tędy leciał”. Jedyna zabłocona część, którą widzieliśmy, to jeden z silników, ale ten z kolei wygląda, jakby nie działał „przed katastrofą”, a powinien być „spalony”, „poczerniony”.
1
2
Poza tym, gdzie się podziało te ok. tuzina ton paliwa, które miał tupolew? Jeśli nie eksplodowało, to przecież powinno było rozlać się z uszkodzonych skrzydeł i skazić teren. Owszem, są te brudne koła, moim zdaniem jednak ślady na nich nie wyglądają to na brudy po „przyziemianiu na mokradłach”, lecz na pozostałości po leżeniu części wraku pod gołym ruskim niebem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/powiekszenie.html), tak jak niszczeją części na szrocie.
a
b
Ostatnia, lecz chyba najważniejsza sprawa, to ciała. Jeśli jakaś ich część zachowała się w dobrym stanie (są na to zeznania rodzin ofiar), to jak to pogodzić z wizją zestrzelenia/wysadzenia w powietrzu? Przecież doszłoby do „potrójnej” masakry: eksplozja, rozpad w powietrzu i obrażenia spowodowane upadkiem, tudzież koziołkowaniem części. Taki przebieg zamachu nie tylko uniemożliwiłby szybkie „posprzątanie miejsca”, lecz poskutkowałby jednym wielkim „polem śmierci” w postaci rozsypanych na wieluset metrach kwadratowych, ludzkich szczątków. Niemożliwe, fizycznie niemożliwe wydaje się przy takiej katastrofie „usypanie ciał” w jakąś „strefę zero” o rozmiarze kilkuarowego podwórka. Można wprawdzie znowu poczynić założenie, iż Ruscy by w pośpiechu tak usypali ciała, no ale tego rodzaju operacja musiałaby trwać dodatkową „dobrą godzinę” (masa ludzi musiałaby wyzbierać te szczątki), nie licząc czasu sprzątania pobojowiska z łupów i szczątków świadczących o zamachu.
Podsumowując więc, hipoteza z zamachem na Siewiernym czy nad Siewiernym, wydaje mi się obecnie mało prawdopodobna. Rzecz jasna wiemy, że czekiści zamachu chcieli dokonać i go dokonali. O wiele „bezpieczniejszym” jednak, z punktu widzenia „logiki” takiego zamachu, było 1) umiejscowienie go tam, gdzie nie byłoby niepowołanych świadków i gdzie łupy można byłoby wziąć bez konieczności „grzebania w szczątkach” po wysadzonym/strąconym samolocie i 2) skierowanie uwagi świata na miejsce zainscenizowane na lotniczy wypadek. Jak się okazuje, mimo nieudolności tej inscenizacji, „polskie media” i „rządzące elity” łyknęły bez większego sprzeciwu ruską narrację, którą żyją do dziś, pogłębiając przyjaźń peerelowsko-sowiecką, a wnet wyszykowany będzie „polski raport” stanowiący twórcze uzupełnienie doszczętnie załganego bełkotu komisji Burdenki 2, przekazanego opinii publicznej jako „raport MAK”. Tak to niestety wygląda, gdyż musimy w końcu zacząć zdawać sobie sprawę, że w przygotowaniach, w osłonie i być może w samym przeprowadzeniu zamachu na polską delegację brali udział, obok ruskich czekistów, także Polacy. (Jacy i którzy to jeszcze trzeba dokładnie zbadać). I być może ta kwestia jest najtrudniejsza do zrozumienia dla osób, które są przywiązane do hipotezy z katastrofą na Siewiernym. Mówimy bowiem, że to była największa polska tragedia po II wojnie, ale chyba też powinniśmy zacząć myśleć o „Smoleńsku” w kategoriach największej polskiej zbrodni po II wojnie – z racji właśnie udziału „polskiej strony” w tymże zamachu. Jak bowiem już pisałem wcześniej: 10 Kwietnia to „gruba sprawa”. Z tego też powodu aż tylu ludzi i tyle instytucji pracuje nad tym, by – jak w przypadku pierwszego Katynia – prawda o zbrodni nie wyszła na jaw. Tu już bowiem nie chodzi o jakieś proste „polityczne profity” lub inne „konfitury władzy” – tu chodzi o zabezpieczenie się przed długoletnim więzieniem.

3 komentarzy

Filed under Uncategorized

Nieznany los prezydenckiej delegacji!


04.06.2011 11:43

 

Za parę dni minie rok i dwa mieisące od największej tragedii narodu polskiego po II wojnie światowej. Na dzień dzisiejszy wiemy tyle, że…….nic nie wiemy. Mamy wprawdzie wiele zespołów i komisji badających przyczyny jakiegoś tam faktu podanego rodakom przez pewnych informatorów, ale dowodów nie mamy żadnych na nic. Pojawiają się próby uwiarygodnienia w oczch społeczeństwa pewnych działań mających na celu niepodważalność sytuacji, że 10 kwietnia 2010r. o godz. 7:27 samolot TU154M o numerze bocznym 101  z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i delegacją oficjeli, wyleciał z lotniska Okęcie na lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku. Żadna jednak z tych prób nie poparta jest twardymi, niepodważalnymi dowodami oraz materiałami. Świadkowie natomiast, którzy występują w narracji nam narzucanej są kompletnie niewiarygodni. Ich świadectwa przeczą zupełnie logice i fakty przez nich przytaczane zupełnie nie oddają zwykłych ludzkich zachowań, reakcji w takiej, wręcz niewyobrażalnej chwili.

Gdyby w Polsce istniał zupełnie niezależny i nie podany żadnej narracji sztab do zbadania zniknięcia Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz 95 osób pamiętnego kwietniowego poranka to swoje działania zacżąłby od ostatnich kontaktów rodzin, krewnych z  zaginionymi. Wielokrotnie ukazywały się w mediach wywiady z poszczególnymi osobami związanymi z delegacją, nie pokazały nam jednak w pełni obrazu spotkań czy wieści z zaginionymi 8, 9 czy 10 kwietnia. Badane są natomiast zachowania Pana Tuska, Putina, Komorowskiego, których analizować praktycznie nie trzeba, bo mówią same za siebie.

W internecie można z łatwością znależć artykuły prasowe z wywiadami, gdzie „rodziny smoleńskie” wypowiadają się nawet, że w ogóle nie wiedziały, że jego rodzic, mąż ma lecieć tym samolotem. Pytanie więc jest jedno, dwa:Czy ten Pan/Pani w ogóle poleciał?Czy w ogóle byli 10-tego kwietnia na lotnisku Okęcie? Zdrowo myślących Polaków nie przekonuje ani zdjęcie z telefonu Blackberry ani jeden kadr z monitoringu na płycie lotniska Okęcie 10-ego kwietnia 2010r. ok 7-mej rano.

Ostatnie publiczne, w pełni wiarygodne zdjęcie z Prezydentem Lechem Kaczyńskim jest z 8-mego kwietnia 2010r. z konferencji prasowej z Prezydent Litwy w Wilnie. Już zdjęcia z odlotu prezydenta z wileńskiego lotniska pojawiły się dopiero po 10-tym kwietnia, są dziwne i nie przekonują mnie. Kto chce może sprawdzić, Jeszcze niedawno materiały te były obecne w internecie. Są też ogólnodotępne wiarygodne zdjęcia i filmy z  publicznej działalności członków delegacji katyńskiej z 9 kwietnia. Pozostają więc pytania: Kiedy zaginęli?W jakich okolicznościach?Dlaczego właśnie oni? Wiemy też, że część z zaproszonych do samolotu gości zrezygnowała wczesniej z lotu.Dlaczego? Nie czuli się na siłach?Dzisiaj jakoś funkcjonują normalnie.

Nie chcę opisywać wraku, który leżał i do dzisiaj leży koło lotniska Siewiernyj. Już o nim wiele napisano, Wiarygodność i prawdopodonieństwo, że to szczątki TU154M 101 jest bliska zeru.

Drodzy Państwo! Żyjemy w bardzo dziwnym i niebezpiecznym świecie. Każde działania i wypowiedzi z naszej strony wymagają od nas rozwagi i zastanowienia. Musimy jednak nadal zajmować się losem naszych zaginionych rodaków. Nie możemy zadowolić się wersjami, które podrzucają nam ludzie, którym nie zależy na prawdzie w tej najważniejszej dla nas sprawie. Ci ludzie często współpracują ze sobą i uzgadniają przekazywane nam wersję, pomimo, że tragedię badają w różny i skrajny wobec przedstawianych hipotez sposób. Jest nam ciężko i nie raz trudno ocenić czy dana wiadomość wnosi coś do sprawy i ewentualnie co wnosi. Wniosek jest zawsze jednak ten sam, dalej nie wiemy nic.

Musimy dalej szukać, analizować, czytać między wierszami podawane nam informacje, obserwować zachowania pewnych osób i wyciągać wnioski. Sprawa mogła się zacząć jeszcze przed Okęciem, nawet 24, a może nawet 48 godzin przed rzekomym odlotem TU154M 1010 od Smoleńska. Zadomowiony w nas ból jeszcze bardziej utrudnia nam zadanie. Pozbądźmy się też kompleksów rusofobii, „pisofobii”, „pofobii”, czy też „amerykofobii”. Dzisiejsza działalność nazwę to tych „instytucji” nie pozwala nam obiektywnie patrzeć na badanie zaginięcia tych osób. Wpływa też dezinformacyjnie na nasze umysły i późniejsze zachowania. Nie dajmy się wciągnąć we wzajemne oskarżenia . Badajmy rzetenie i z ‚głową na karku”.

Życzę sobie i Państwu, aby prawda z 10 kwietnia 2010r.  ujrzała swoje światło dzienne.

 

libor.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Maskirowka na abarot


2011-06-03 19:43
Free, tym razem ja zwracam się do Ciebie:

Gdzie i kiedy doszło do tragedii? (w odpowiedzi na post KaNo)
Archeologia smoleńska (w kolejnej odpowiedzi KaNo)

Jesteś specjalistą od „maskirowki”. Zgromadziłeś ogromny materiał, którego zwykły śmiertelnik nie jest w stanie przyswoić sobie w krótkim czasie ani tym bardziej swobodnie się w nim poruszać. Wiem też, że masz otwarty umysł i nie zamykasz się na różne, choćby najdziwniejsze, pomysły.

Dlatego właśnie Tobie proponuję następujące ćwiczenie intelektualne. Zapomnij na chwilę o różnych miejscach katastrofy, wielu samolotach i przyjmij założenie, że samolot z naszą delegacją był jeden, że był to TU-154M i że rozbił się na Siewiernym.

Dlaczego?

Jeżeli założymy, że przyczyną katastrofy był zamach dokonany w powietrzu, to na wraku samolotu mogły, a nawet powinny pozostać tego ślady. W przypadku zamachu również niezbędna była „maskirowka”, tylko że w drugą stronę! Należało jak najszybciej usunąć te części wraku (zapewne największe), na których widoczne były takie ślady. Wiemy, że usunięto kokpit, brakuje większych części kadłuba… więc może usuwano je wraz z fotelami i ciałami przypiętymi do nich. Nie było czasu na ich „odpięcie” na miejscu katastrofy.

Jak w świetle Twojej wiedzy wygląda realność takiego scenariusza?

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Tupolew nie miał szans! Znamy tajemnicę eksperymentu


03.06.2011, 13:25

Dlaczego pilotom tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku, nie udało się w ostatnich sekundach poderwać maszyny na bezpieczną wysokość? Dotarliśmy do tajemnicy eksperymentu z bliźniaczym Tu-154 przeprowadzonego niedawno w Polsce

W samolocie, podczas odtwarzania ostatnich chwil tragicznego lotu, nie zadziałał przycisk „odejście”! A to oznacza, że tak samo mogło być 10 kwietnia 2010 r. Piloci nie mieli szans na ratunek, bo znad rosyjskiego lotniska – gdzie nie było nowoczesnego systemu ILS –  chcieli odlecieć na automatycznym pilocie. A ten się nie włączył.

Skąd wiadomo, że kapitan rządowego tupolewa Arkadiusz Protasiuk (†36 l.) naciskał feralny guzik „odejście” (po rosyjsku „uchod”)? Wynika to z oględzin wraku i zapisu rozmów z kokpitu samolotu potwierdzających, że załoga chciała poderwać maszynę automatycznym pilotem. Próba jego włączenia nastąpiła prawdopodobnie na ok. 20 sekund przed katastrofą, gdy po raz pierwszy padła komenda „odchodzimy”. Gdy automat nie zadziałał kapitan Protasiuk usiłował ratować tupolewa przed katastrofą, ale było już za późno.

– W czasie feralnego lotu samolot nie zareagował na naciśnięcie przycisku, a odejście nastąpiło dopiero, gdy dowódca pociągnął na siebie wolant i zwiększył obroty silników – komentował były szef szkolenia sił powietrznych płk Piotr Łukaszewicz.

Do tej pory nie było to jednak pewne. Dlatego prawdopodobny przebieg wydarzeń odtwarzano w kwietniu podczas eksperymentów z bliźniaczym tupolewem. Samolot „odchodził” znad wojskowego lotniska w Powidzu, na którym wyłączono system ILS. Rezultat utrzymywany jest w tajemnicy. Fakt nieoficjalnie dowiedział się jednak co przyniosło doświadczenie. Przycisk „uchod” nie zadziałał. Gdyby nie fakt, że próbę przeprowadzono na bezpiecznej wysokości 500 metrów, a więc kilkakrotnie wyżej niż to było w Smoleńsku, maszyna rozbiłaby się tak samo jak prezydencki Tu-154.

– To wyjaśnia opóźnienie w odejściu tupolewa znad smoleńskiego lotniska. Po naciśnięciu przycisku „uchod” piloci zostali zaskoczeni, że nic się nie dzieje. Jak się naciśnie hamulec w samochodzie i ten hamulec nie działa, to najpierw jest panika. Mija kilka bezcennych sekund zanim się chwyci za „ręczny” – tłumaczy obrazowo jeden z ekspertów wtajemniczonych w wyniki eksperymentu.

Pozostaje pytanie, dlaczego załoga tupolewa z prezydentem chciała użyć automatu skoro wiadomo było, że w Smoleńsku nie ma systemu ILS? Czy piloci nie zdawali sobie sprawy, że w takim przypadku przycisk „uchod” nie zadziała? Czy nie było to jasno określone w instrukcjach, którymi dysponowali?

Odpowiedzi na te wątpliwości powinien przynieść raport o przyczynach katastrofy przygotowywany przez komisję ministra Jerzego Millera (59 l.). Wczoraj Donald Tusk kolejny raz zapowiedział, że zostanie ogłoszony jeszcze w tym miesiącu.

– Mam taką nadzieję, choć nie chcę podawać żadnej daty. Ale jestem bliski pewności, że czerwiec to będzie miesiąc, kiedy cała sprawa znajdzie swój finał. Nie będę proponował, ani wprowadzał żadnych zmian w raporcie. Natychmiast poinformuję o nim opinię publiczną – ogłosił premier.

Tomasz Hypki, ekspert lotniczy:
Błąd w wyszkoleniu załogi
Cała ta historia świadczy o złym wyszkoleniu pilotów. Jeżeli nie potrafili odpowiednio zareagować, nie wiedzieli co w samolocie działa, a co nie działa, to znaczy, że byli fatalnie wyszkoleni.

Fakt.pl

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Uchod


03.06.2011 11:49

 

Przycisk ‚Uchod’ nie zadzialal w czasie eksperymentalnego lotu Tu-154 o numerze bocznym 102, kiedy na lotnisku nie byl wlaczony system ILS.

To pozwala ekspertom wysnuc wniosek, ze podobnie bylo z lotem Tu-154 nr boczny 101 w Smolensku w kwietniu 2010.

Ciekaw jestem w jakim celu, po co byl zaprojektowany i instalowany w samolotach TU-154 przycisk ‚Uchod’ zanim zaczeto wprowadzac na lotniskach system ILS.

Logika nakazuje wysnuc wniosek, ze system ‚Uchod’ musial dzialac i byl projektowany i montowany w samolotach w konkretnym celu. Skoro wprowadzono nowe systemy na lotniskach, to najprawdopodobniej adaptowano tez system ‚Uchod’ aby mogl wspolpracowac z ILS, ale przeciez nie na kazdym lotnisku gdzie ladowaly TU-154 dzialal ILS, zatem przycisk ‚uchod’ musial byc w stanie dzialac w kazdych warunkach.

A skoro tak, to zapewne byly podane wszystkim uzytkownikom odpowiednie instrukcje na ten temat.

Niemozliwe jest, aby piloci byli niedoinformowani albo lekcewazyli informacje na temat systemu awaryjnego odejscia, ktory w swoim zamiarze ma ratowac samolot przed katastrofa. To tak, jakby spodziewac sie, ze pilot samolotu mysliwskiego zlekcewazy i ‚nie doczyta’ informacji na temat mozliwosc katapultowania.

Jest to przedziwna sytuacja.

trzyzdania.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Oko żaby 5


03.06.2011 11:43

Poseł Artur Górski mówił niedługo po tragedii „Rosjanie zaraz po wypadku, a to jest lotnisko wojskowe, więc sprawa prostsza, nałożyli embargo na wszelkie informacje z wypadku. Starali się przejąć nad nimi całkowitą kontrolę. Nikogo nie dopuszczono do wraku, a dziennikarzom, którzy czekali na przylot samolotu, rekwirowano taśmy z nagraniami, kasowano zdjęcia fotoreporterom, a komórki w niektórych sieciach nagle straciły zasięg. Takie w każdym razie dotarły do nas informacje. Oczywiście ta blokada nie była szczelna, ale wszelkie informacje, które oficjalnie przekazywała strona rosyjska, były pod pełną kontrolą rosyjskich służb specjalnych. No i Rosjanie puścili w ruch swoją machinę propagandową, swoją wersję wydarzeń, podchwyconą przez niektóre polskie media, którym ta wersja jest wygodna” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100412&typ=tk&id=tk17.txt).
Montażysta Sławomir Wiśniewski, którego zeznaniom poświęciłem wiele notek (cykl „Oko żaby”, ale też cykl o „moonwalkerze” i jego wędrówkach po ruskim Księżycu), wyznawał z ulgą w swych sejmowych relacjach, że się cieszy, iż nie został spałowany, że nie trafił do więzienia itd., i że skończyło się tylko na (trwającym nieokreślony wciąż czas – godzinę? dwie?) aresztowaniu na Siewiernym – choć idąc filmować „katastrofę małego wojskowego samolotu”, którą widział z okna o 8.38 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/bilokacja-o-838.html), liczył się z tym, że trzeba będzie przed Ruskami uciekać. Nawiasem mówiąc, to właśnie wsłuchując się w to, co mówił Wiśniewski, odkryłem jedno z pierwszych ruskich propagandowych założeń, które „sprzedano” polskim mediom, a które stanowi klasyczną myślową kołowaciznę, w której zapętlić się może każdy leming w nieskończoność młócący te frazy w swym mózgu: Dlaczego nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa? Dlatego, że lądował on na plecach, a nie na brzuchu. Skąd wiadomo, że polski tupolew lądował na plecach, a nie na brzuchu? Stąd, że nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/pierwszy-polak-na-ksiezycu.html). Podobnie się ma sprawa z zagadnieniem ofiar tragedii. Dlaczego nie było akcji poszukiwawczo-ratunkowej? Dlatego, że nikt nie przeżył. Skąd wiadomo, że nikt nie przeżył? Stąd, że nie było akcji poszukiwawczo-ratunkowej.
Wracając do dziennikarzy. Wiemy, że „siewców” (ujmując ludzi mediów językiem biblijnym) z naszego kraju było całkiem sporo (choćby do obsługi prezydenckiej delegacji), aczkolwiek plon dość skromny ze sobą przywieźli, tak jakby nie mieli aparatów fotograficznych, komórek z funkcją filmowania, kamer etc. Owszem, możemy założyć, że to wszystko jednak mieli, lecz im dokumentację wizualną zarekwirowano lub zniszczono, chociaż jakoś mało na ten temat polscy dziennikarze opowiadali. Wyjaśnienie tego podejrzewam jest więc pewnie takie, iż tę dokumentację mieli sporządzać inni ludzie, tj. generalnie ruscy fotoreporterzy po prostu. Znalazłem wprawdzie jakiegoś dokumentalistę z agencji Xinxua (Li Jinbo; aż z Chin Ludowych go dziennikarski węch przywiódł do Smoleńska?), lecz jego dorobek nie jest tak pokaźny jak takich fotoreporterów jak: Natalia Kolesnikova (AFP), Sergei Chirikov (EPA, EFE), Mikhail Metzel (AP), Sergei Karpukhin (Reuters), Sergey Ponomarev (AP), Ilya Pitalev (Ria Novosti, Itar-Tass) czy Maxim Shemetov (Itar-Tass), których zdjęcia rozsyłano do wszystkich agencji prasowych świata, a przede wszystkim do Polski. Z kolei dorobek tychże ruskich fotoreporterów (będę sukcesywnie zamieszczał ich zdjęcia na blogu, ale łatwo je znaleźć w google, jeśli wrzuci się imiona i nazwiska tychże ludzi) blednie przy wykopaliskowo-dendrologicznych wielowątkowych fotoreportażach i rekonstrukcjach radzieckiego fotoreportera z agencji FSB, doc. S. Amielina, no ale to mimo wszystko to właśnie czołowi ruscy fotoreporterzy krzątali się wokół Siewiernego i spacerowali między (pilnującymi pobojowiska jak oka w głowie) mundurowymi, a nie nasz poczciwy i cichy docent smoleńskiej dendrologii.
Co w tym może być nadzwyczajnego, że przy tej chmarze ludzi mediów z Polski
ch
którzy przecież przybyli do Smoleńska (niektórzy już kilka dni wstecz, by jeszcze na obsługę uroczystości z 7 kwietnia się załapać) i mieli najlepszego sprzętu od groma, „obsługę medialną” najsłynniejszego na całym globie, tajemniczego „wypadku lotniczego”, stanowili ruscy fotoreporterzy? Jasne, że nic. Już przecież gen. Anodina przypomniała, że Polska to mały kraj, więc pewnie i nasi ludzie mediów stali się zwyczajnie ludzikami pośród ruskich wielkoludów na baśniowej ruskiej ziemi.
Nie możemy też przypuszczać, iż czekiści rozczytywali się w J. Słowackim i rozsmakowywali się we frazie o giętkości języka i ujmowaniu za jego pomocą tego, co człowiek pomyśli – zwłaszcza że czekiści się w poetyckie subtelności nie bawią (zwykle mają cały zastęp wierszokletów, co na zawołanie potrafią chwalić, a to Lenina, a to Stalina, a to Putina; kogo tam komitet centralny do chwalenia wskaże). Co innego natomiast u czekistów korelacja między zdarzeniem a jego medialnym zobrazowaniem.
Jak rozumieć tę korelację? Zacznijmy od spraw elementarnych. Gdy dochodzi np. do jakiegoś śmiertelnego wypadku na drodze, no to zwykle jakaś ekipa telewizyjna i fotograficzna udaje się na miejsce, rozstawia sprzęt, sporządza dokumentację tego, co się wydarzyło, tak by pokazać, jak to po wypadku wyglądało. Od strony techniczno-warsztatowej sprawa jest tutaj prosta: przyjeżdża się i fotografuje; i nawet największy matoł jest w stanie takie zdjęcia zrobić. To nie jest zatem kwestia robienia fotografii np. sportowcom w biegu, kiedy trzeba wiedzieć jak chwytać obiekty w ruchu ani np. pięknym aktorkom, gdy trzeba zadbać o właściwe naświetlenie twarzy i nałożonego makijażu. No ale, co w sytuacji, w której… do zdarzenia nie doszło, a trzeba wytworzyć jego obraz?
Hm. Tu oczywiście niezbędni są fachowcy od obrazowania zdarzeń, czyli właśnie odpowiedni, zaufani fotoreporterzy, którzy inscenizowany plan zamienią w realną scenerię. Zawodowo zrobione zdjęcie potrafi bardziej przemówić do „zbiorowej świadomości” aniżeli czyjakolwiek gadka-szmatka. To zdjęcie powielone w setkach miejsc oddziałuje ze zwielokrotnioną siłą na odbiorców. Z tego też powodu, czyli przez wzgląd na „propagandową siłę obrazu”, bolszewicy (a z nimi czekiści) od pierwszych lat swych rządów taką wielką wagę przywiązywali do plakatów, fotografii oraz kina. Parafrazując słynne powiedzenie o diable i kobiecie, można rzec, iż tam gdzie ruski diabeł nie może, tam fotoreportera pośle.
Rzecz jasna, czekiści mogliby sami zrobić wszystkie zdjęcia na Siewiernym i rozesłać je do prasowych agencji, ale od czego mają machinę propagandową pamiętającą najlepsze czasy ZSSR? Czekiści są od zabijania, natomiast od glansowania czekistowskiej rzeczywistości są już najzdolniejsi, przebrani jak kruszec w smoleńskiej fabryce diamentów, fotoreporterzy obsługujący wierzchuszkę neo-ZSSR. No dobrze, ale co może bidny fotoreporter, który jest od pucowania fasady potiomkinowskiej wsi? Który jeno „trzaska zdjęcia” i przecież „żadnych poglądów politycznych ni ma”?
O tym za chwilę, bo tak wtrącę na marginesie, w neokomunizmie (właśnie w środowisku żurnalistów) pojawia się swoisty fenomen, o którym warto wspomnieć. Zdarzyło mi się nieraz na przestrzeni lat „transformacji” jakoś zetknąć przy różnych okazjach z ludźmi neopeerelowskich mediów i zakładam, że mainstreamowe środowisko dziennikarskie w naszym kraju stanowi swoisty refleks tego z neo-ZSSR. Widzimy to odbicie (i postaw, i poglądów, i pewnej rutyny dziennikarskiego działania) bowiem po 1) sposobie relacjonowania tragedii z 10 Kwietnia (zamach wykluczony od razu, bez jakiegokolwiek dociekania – „winna pogoda i piloci”, tak jakby rozwalanie się rządowych samolotów we mgle to była codzienność), 2) dość szybko ujawniające się „zmęczenie tematem Smoleńska” i desinteressment   tragedią, która „została wyjaśniona”, a więc 3) powrót do codziennej krzątaniny wokół tematów zastępczych. Mogę więc ekstrapolować obserwacje poczynione na neopeerelowskim środowisku na to zbiorowisko ruskich dziennikarzy wiernych reżimowi czekistów. Otóż fenomen polega na tym właśnie, że bardzo często ci ludzie mediów przyznają, że „nie mają poglądów politycznych”, że oni „tak naprawdę są z dala od polityki”, a nawet „po prostu brzydzą się polityką”. Jakimsik jednak sposobem, mimo tych „wstrętów i dąsów”, zwykle ich praca przekłada się na realne wspieranie neokomunistycznej władzy, a niemal nigdy (jakieś pojedyncze osobniki gdzie niegdzie się w redakcjach uchowają) nie przekłada się na jakieś antysystemowe działania i antykomunistyczne patrzenie na świat. Okazuje się więc, że dziennikarski „brak poglądów politycznych”, to coś takiego jak nieświadomość mówienia prozą przez molierowskiego pana Jourdaina.
Wróćmy do ruskich fotoreporterów, którzy dostają od Kremla niezwykle odpowiedzialne zadanie zobrazowania zdarzenia, do którego nie doszło. W potiomkinowskiej rzeczywistości jest to dla nich wprawdzie robota dość pospolita, na tym wszak zasadza się neokomunizm, że iluzja (wsparta w ostateczności czekistowskim terrorem) przedstawiana jest jako coś realnego – tym niemniej do pokazania nieistniejącej katastrofy lotniczej potrzeba zgodnej kooperacji dwóch stron: ludzi zajmujących się przygotowaniem planu zdjęciowego oraz tych wybrańców, którym przypadnie w udziale ów plan zamienić za pomocą „magii obrazu” w „coś realnego”.
Każdy filmowiec doskonale wie, iż prawidłowa praca operatora sprowadza się do właściwego kadrowania – widz bowiem ogląda tylko to, co jest na zdjęciu pokazane. To, czego nie ma w kadrze, rozgrywa się już w wyobraźni widza. Najważniejsze jest więc takie pokierowanie tą wyobraźnią, by „dopowiadała sobie” jakby „dalszy ciąg historii”. By ten proces (stymulowania imaginacji widza) sobie unaocznić, wystarczy odwołać się do dendrologicznych fotografii radzieckiego eksperta od czytania znaków na drzewach, doc. Amielina. Ma on (zrobione przez siebie) fotografie zniszczonych na wysokości paru metrów konarów i zdjęcia te opatruje komentarzami w stylu „tędy przeleciał samolot”. Wprawdzie nie ma w okolicy, jak przyznaje nieco półgębkiem, żadnych lotniczych szczątków, ale nie bądźmy drobiazgowi i wpatrujmy się w drzewa, a nie pod nogi, przecież samoloty zwykle „po drzewach” latają, a nie suną po ziemi.
y
Dodajmy, że w paru miejscach ruskiego „raportu” jest zresztą wyraźnie powiedziane, że nie znaleziono kawałków samolotu pod drzewami (s. 82-83), o które miał on zahaczyć, lecąc na Siewiernyj. Na tym jednak, jak wiemy, nie koniec, bo gdyby tak wyglądała cała „trasa przelotu”, to nawet najwierniejsi Moskwie nadwiślańscy dziennikarze czy komentatorzy mieliby problem z wytłumaczeniem obywatelom, jaki „katastrofa miała przebieg” . Poharatane konary swoją drogą, ale jakieś lotnicze kawałki powinny być, skoro maszyna się „po drodze rozpada” (no może jakiś Osiecki, łażąc po różnych smoleńskich drzewach, błysnąłby „analizą bezszczątkowego rozpadu”). Ostatecznie więc w okolicach pancernej brzozy już radzieckim badaczom jakieś szczątki samolotu udało się „znaleźć” (są dokładnie wymienione na s. 84), choć dalibóg w „raporcie” stosownego zdjęcia tychże kawałków nie ma (pomijam fotografię kawałka skrzydła postawionego gdzieś w krzokach ze s. 85, mam na myśli to, co leżało pod brzozą). Choć właściwie po co, skoro jest zdjęcie brzozy? Czy ona nie jest najważniejsza w smoleńskiej baśni? Czy jej strzaskany konar nie mówi widzom „wszystkiego”, a nawet więcej? „Walnęło” i „urwało”, jak to lakonicznie ujął radziecki ekspert E. Klich, przekazując nam swą specjalistyczną wiedzę w pigułce. Faktycznie, krócej się już nie da powiedzieć o „katastrofie”. A że jej sprawa była „arcyboleśnie prosta”, to i „żadnej tyraliery” (a la pobojowisko w Lockerbie) ów badacz radziecki nie zarządził, bo oni tam byli od badania, jak wyjaśnił, no i w ciągu tygodnia pobojowisko posprzątano, jakby w ogóle nic się nie stało.
Zostawmy jednak wojskowych ekspertów, wróćmy do ruskich fotoreporterów. Dlaczego polscy fotoreporterzy nie mogli odwalić za nich tej raboty? Z banalnego powodu. Mogliby bowiem szukać obiektywami (aparatów czy kamer) tego, czego nie ma. Czego bowiem na tych wszystkich ruskich, wielobarwnych agencyjnych zdjęciach nie widać? Ano dwóch podstawowych dla każdej katastrofy lotniczej rzeczy: masy foteli (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/130-miejsc.html) i bagaży oraz ciał ofiar. Nie widać też nawet wynoszenia ludzkich zwłok przez służby ratownicze, jak to choćby było pokazane po zamachach na moskiewskie metro (z 29 marca 2010, a więc dosłownie półtora tygodnia przed „operacją Smoleńsk”). Pokazana jest na różne sposoby „krzątanina” przeróżnych „badaczy” i „ratowników”, tudzież, ma się rozumieć, stójka mundurowych z groźnymi minami – ale… nie ma przecież ani jednego, powtarzam, ANI JEDNEGO, ujęcia tych, których ta katastrofa miała dotyczyć: pasażerów i załogi tupolewa. (Jeśli kogoś w tej najpoważniejszej kwestii zadowala widok czerwonych trumien, to już jego sprawa.) Czy w Rosji „oszczędza się” widzom widoków osób poszkodowanych w jakichś tragicznych wypadkach, katastrofach, zamachach? Czy oszczędza się widzom widoków martwych ofiar? Nie bądźmy śmieszni. Proszę sobie przejrzeć fotografie po różnych zamachach w Moskwie albo po „akcji antyterrorystycznej” w Biesłanie.
Zauważmy też, że wszystkie te zdjęcia robione są „z ziemi”, z perspektywy „oka żaby”, czyli z punktu widzenia pojedynczego człowieka, nie zaś – jak to zwykle bywa w przypadku katastrof – z lotu ptaka. Ruskim fotoreporterom pozwolono (wprawdzie bez „zbędnych detali”) dokumentować makabryczną maskirowkę, lecz już nie wysłano ich z helikopterem, by z góry natrzaskali zdjęć pobojowiska. Z góry bowiem widać byłoby jeszcze wyraźniej to, że nie ma wielkiej sterty foteli (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/z-punktu-widzenia-strazaka-smolenskiego.html) i nie ma blisko setki ciał ludzkich, a najwyżej, jak to stwierdził J. Sasin oglądając „miejsce katastrofy” – od kilku do kilkunastu. Czy nie dało się tego całego miejsca pokazać z wysokości np. 30 metrów? Nie było sprawnego helikoptera w pobliżu? Czy raczej nie wolno już było pokazywać tego, co jest „poza kadrem”?
Jak jednak widzieliśmy po reakcjach polskiego dziennikarskiego środowiska, to, co pokazano „w kadrze”, okazało się i tak wystarczające, by przyjęto nad Wisłą ruską narrację. Zbędnych pytań (dotyczących tego, czego na zdjęciach nie ma) w Polsce nie zadawano – mimo że fotki wyglądają, jakby pochodziły z… różnych miejsc (!) i dokumentowały pracę przynajmniej dwóch ruskich ekip „badawczo-ratunkowych”. Jedno miejsce to „płaski teren” przy Siewiernym, drugie zaś to jakaś pagórkowata i mocno zalesiona okolica (różnice widoczne są także w stopniu zabrudzenia części lotniczych i w uszkodzeniach wraku).
jar
jar
a
Swoją drogą jest to niezła zagadka, dlaczego aż tyle zdjęć robionych jest przez ruskich fotoreporterów „zza drzew”, skoro wokół wraku było niemal łyso, co widzieliśmy bardzo wyraźnie na filmie moonwalkera Wiśniewskiego?
polana
To fotografowanie „poprzez drzewa” może mieć na celu tylko jedno: utrudnienie widzom dokładnego oglądu maskirowki oraz uniemożliwienie im odkrycia tego, że część „plenerowych zdjęć” zrobiono „ekipie badawczo-ratunkowej” jeszcze przed 10 Kwietnia, w jakimś miejscu, gdzie wstępnie ćwiczono maskirowkę (i jej zabezpieczanie). Z drugiej zaś strony pojawiają się takie kuriozalne doprawdy, ewidentnie ustawiane zdjęcia, jak choćby to przedstawiające wieńce, które „przypadkiem” znalazły się „po katastrofie” na przewróconych częściach podwozia (http://freeyourmind.salon24.pl/312081,trasa#comment_4478301) czy bardzo znane zdjęcie ze zwisającą na gałązce plakietką na tle kawałka wraku i równo pociętych pod nim drzewek.
Pamiętamy na pewno fotografie zabłoconych i sponiewieranych niemożebnie rejestratorów prezentowanych w ruskim „laboratorium”, ale czy ruscy fotoreporterzy zrobili zdjęcia czarnych skrzynek na pobojowisku, gdy je tam „odnajdywano”? Pamiętamy zdjęcia komórek borowców – ale gdzie są zdjęcia kamizelek kuloodpornych albo broni zabitych polskich funkcjonariuszy? Pamiętamy, jak A. Kwiatkowski mówił na jednym z publicznych spotkań, że jakieś sto trumien się pojawiło na Siewiernym 10 Kwietnia i jak Szojgu opowiadał wieczorem, że wszystkie ciała ofiar już znaleziono i transportuje się do Moskwy. Potem jednak się okazało, że jeszcze są przez następne dni wydobywane ciała „spod wraku”. Gdzie są zatem jakieś zdjęcia z tego „wydobywania”?
I na koniec inna jeszcze zagwozdka. Prawie w ogóle nie ma zdjęć z przedstawicielami strony polskiej, a przecież byli tam na miejscu przez parę dni – dokonywali więc chyba pomiarów, analiz w terenie etc. Dobrze byłoby wiedzieć, ile dokładnie czasu spędzili oni na „miejscu katastrofy” i jaki był zakres ich prac, zwłaszcza gdyby się okazało, że nie zrobili prawie nic zwłaszcza w kwestii udokumentowania tego wszystkiego, co leżało na Siewiernym.
smile
smile

freeyourmind.salon24.pl

1 komentarz

Filed under Uncategorized