Monthly Archives: Październik 2010

W aktach nie czytałam o naciskach na pilotów


Sobota-Poniedziałek, 30 X – 1 XI 2010, Nr 255 (3881)

Z Beatą Gosiewską, wdową po Przemysławie Gosiewskim, wicepremierze w rządzie PiS, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem, rozmawia Paulina Jarosińska

Na jakim etapie jest Pani wniosek o ekshumację ciała męża?
– Mój wniosek jest na takim samym etapie, jak w momencie jego złożenia, to znaczy, nie został on jeszcze rozpatrzony. W najbliższych dniach zamierzam złożyć ponowny wniosek, żądanie rozpatrzenia tamtego wniosku do prokuratury, ponieważ od lipca nic się nie zmieniło, prokuratura jest w tym zakresie zupełnie bezczynna. Wniosek leży cały czas nierozpatrzony. Prokuratura nie poinformowała mnie, dlaczego tego nie uczyniono. Przypomnę tylko, że na początku przekonywano nas, że protokoły sekcji zwłok trafią do Polski w sierpniu. Wielokrotnie już prokuratura co innego deklarowała, a co innego faktycznie się działo. Byłam nie raz wprowadzana w błąd przez prokuraturę. W kwestii mojego wniosku o ekshumację jest dokładnie tak samo. Dlatego czuję się zmuszona, żeby złożyć ponowny wniosek do prokuratury.

Jakie jeszcze kwestie są dla Pani teraz najważniejsze, jeśli chodzi o dostęp do materiału dowodowego?
– Przyczyny tej katastrofy mogą być zapisane w czarnych skrzynkach. Rząd, blokując dostęp do poznania zapisu czarnych skrzynek, ukrywa tym samym prawdę. Według ekspertów zespołu Antoniego Macierewicza, robi to bezprawnie. Rodziny ofiar, pokrzywdzeni mają prawo do pełnego dostępu do dowodów w sprawie katastrofy. Uważam, że gdyby rząd polski ujawnił zapis czarnych skrzynek, to niezależni eksperci, którzy zgłaszają się do nas, np. z Niemiec, mogliby po analizie parametrów lotu określić przyczynę katastrofy. Wówczas możliwe byłoby również np. potwierdzenie albo zaprzeczenie meaconingowi, czyli zakłócenia nawigacji. Odczytanie skrzynki szybkiego dostępu trwa, według ekspertów, do godziny. Minęło natomiast siedem miesięcy. Moim zdaniem, rząd celowo nie chce ujawnić zapisów czarnych skrzynek, kluczowej sprawy, choć sam zna ich treść.

Ciągle nie ma kluczowych dowodów, a z mediów wybrzmiewają co jakiś czas „przecieki”, które jednoznacznie za śmierć 96 osób na pokładzie Tu-154M obwiniają pilotów. Większość z nich nie znajduje potwierdzenia w materiale dowodowym.
– Bardzo współczuję pani generałowej Ewie Błasik, że jej mąż od tylu miesięcy jest bezpardonowo i bezpodstawnie atakowany. W mojej ocenie, jest to również celowe działanie rządu, który utajniając prawdę zapisaną w nagraniach z czarnych skrzynek, dopuszcza do obiegu medialnego tzw. przecieki kontrolowane, które bez oparcia na jakichkolwiek dowodach mają winę za katastrofę rządowego samolotu zrzucić na pilotów albo na domniemywane naciski ze strony generała Błasika. To jest skandaliczne. Rząd polski zamiast informować nas na bieżąco o przebiegu całego postępowania, co zgodnie z konwencją chicagowską nam się należy, przyzwala na takie medialne, szkalujące pamięć ofiar insynuacje. Trwa w najlepsze dezinformacja i w tym miejscu rodzi się pytanie: kto jest zainteresowany, aby w ogóle miała ona rację bytu? Według mnie, to właśnie rząd polski ma w tym jakiś swój cel. Czytając akta sprawy, nie zauważyłam w ani jednym miejscu, aby przewinął się w tych dokumentach jakiś wątek nacisku na pilotów. Te wszystkie medialne spekulacje są bardzo bolesne dla rodzin.

Do tej pory odbyło się jedno spotkanie prokuratorów z rodzinami ofiar i ich pełnomocnikami. Wiadomo już, czy odbędzie się kolejne i jeśli tak, to kiedy?
– To było spotkanie pod wpływem mediów i nacisku z naszej strony. Co ważne, nie została podjęta na nim ani jedna kwestia, która już wcześniej nie byłaby poruszana. Zapewniano nas, że będą się one odbywały cyklicznie, ale to było tylko jedno z zagrań na rzecz dobrego PR rządu i organów odpowiedzialnych za śledztwo. O kolejnym takim spotkaniu nic mi nie wiadomo. Była deklaracja zarówno premiera Donalda Tuska, jak i prokuratorów, że społeczeństwo, a zwłaszcza rodziny, będą na bieżąco informowane. Tak się jednak nie dzieje. My żądamy pełnego, rzetelnego komunikowania nas na temat aktualnego stanu śledztwa. Cały czas mamy jednak do czynienia z ukrywaniem prawdy.

Jak już Pani wspomniała, wciąż nie mamy protokołów sekcyjnych, co w znaczny sposób blokuje pracę polskich śledczych.
– Nie wiadomo nadal, kiedy one do nas trafią. MAK opracował raport i polska strona ma teraz przeprowadzić jego analizę i wnieść „ewentualne” poprawki. Jak może tego dokonać, na jakiej podstawie, skoro nie ma najważniejszych dowodów, takich jak wrak samolotu czy rzeczone protokoły sekcji zwłok. Nie rozumiem, dlaczego ten raport jest tajny. Wydaje mi się, że fakt jego tajności może spowodować, że poprawki, które będą przez polską stronę do niego wprowadzane, będą tylko iluzoryczne.

Często Pani podkreśla swój brak zaufania do obecnych władz polskich, jak również do instytucji, w których rękach są losy śledztwa.
– Nasz brak zaufania łączy się ściśle z nieudolnością i brakiem dobrej woli rządu. Gdyby jego działanie od początku było bardziej rzeczowe, dynamiczne i przede wszystkim, gdyby była w nim choćby odrobina dobrej woli, nasza dzisiejsza sytuacja byłaby zupełnie inna. U źródeł tego kompromitującego śledztwa jest oddanie go w ręce Rosji. To nie jest w pełni kraj demokratyczny, wszystkie instytucje są w nim zależne od władzy. Właściwym działaniem władz polskich tuż po katastrofie byłoby dążenie do powołania międzynarodowej komisji. Ze zdumieniem wysłuchałam słów generała Krzysztofa Parulskiego na jednej z konferencji, który na pytanie o materiał z „Misji specjalnej” obrazujący poczynania rosyjskich funkcjonariuszy na wraku samolotu powiedział, że w przyszłości w takich sytuacjach powinna być powołana międzynarodowa komisja. My przecież żądamy tego od kilku miesięcy! Poza tym oburzające jest to, że z dokumentów, które otrzymuję z prokuratury, wynika, że prokuratura polska prowadzi postępowanie w sprawie nieumyślnego spowodowania wypadku w ruchu powietrznym. Mam też pytanie w związku z tym: dlaczego kwestia zamachu jest nadal tematem tabu? Nie potrafię tego zrozumieć.

Czy uważa Pani, że wszelkie inicjatywy oddolne, chociażby takie jak apel Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 czy pismo mec. Stefana Hambury do Komisji Europejskiej, mogą wywrzeć jakiś faktyczny nacisk na kompetentne instytucje?
– Te wszystkie inicjatywy są rezultatem zamierzonej indolencji władz, o której mówiłam. Apele, które podnosimy, są dla nas jedyną możliwością jakiegokolwiek działania w celu wyjaśnienia sprawy. Nie możemy być bezczynni, nawet jeśli nie sprzyja nam władza.

Czy Pani osobiście zwracała się kiedykolwiek do rządu polskiego w sprawie śledztwa?
– My jako stowarzyszenie zwróciliśmy się w lipcu do kancelarii premiera, by szef rządu zażądał wraku samolotu, na co minister Tomasz Arabski odpowiedział nam, że to leży w gestii prokuratury. To jest nieprawda. Rząd mógłby na to wpłynąć.

Zbliża się kolejna miesięcznica tragedii i wciąż nierozwiązana jest sprawa jej godnego upamiętnienia. Od początku negatywnie Pani oceniała projekt pomnika na Powązkach, który jest już w całości gotowy.
– Oceniam ten pomnik jako nieudany, bez żadnej symboliki, po prostu brzydki. Nie przemówią do mnie nigdy te dwa przełamane bloki. Przypomnę, że indywidualny nagrobek wywalczyłam po długim czasie. W czwartek stanął nagrobek mojego projektu. Nikt z nami nie dyskutował, jak ma wyglądać ten pomnik. Poza tym żadna z rodzin nie wnioskowała o to, żeby stał on w tym konkretnym miejscu. Uniemożliwiono nam nawet umieszczenie w pobliżu pomnika krzyża. Ten pomnik symbolizuje to, jak działa nasza władza. Uznała, że to jest najwłaściwsze upamiętnienie i jedyne, na jakie ją stać.

Powiedziała Pani ostatnio, wspominając miejsce, gdzie jest grób Pani męża, że jeszcze przed pogrzebem przypominało ono „rów wykopany jak w Katyniu”. To bardzo sugestywne i przejmujące słowa.
– Dla mnie to było niesamowicie ciężkie przeżycie, kiedy musiałam załatwiać wszystkie sprawy związane z pogrzebem. Mój mąż leciał do Katynia, aby złożyć hołd oficerom zamordowanym przez NKWD w 1940 roku właśnie w tym miejscu. Bardzo dbał o to, żeby pamięć o ofiarach była ciągle żywa. Współpracował z Instytutem Pamięci Narodowej w województwie świętokrzyskim, aby ustalić, z jakich powiatów pochodziły ofiary mordu katyńskiego z tego regionu, aby posadzić w tych miejscach pamiątkowe dęby. Gdy przekazano mi program jego wystąpień poselskich tydzień po katastrofie, okazało się, że dotyczyły one głównie upamiętnienia Katynia. Bardzo walczył o krzewienie tej pamięci wśród ludzi młodych. Gdy pojechałam na cmentarz i zobaczyłam koparkę, to niestety wzbudziło to we mnie skojarzenie z Katyniem… Miałam przed oczyma zdjęcia zbiorowych grobów z tego miejsca. Bardzo to przeżyłam. Mój mąż leciał w delegacji, która miała oddać hołd ofiarom masowej zbrodni. Teraz my musimy dbać o to, aby również ofiary tragicznego lotu do Smoleńska doczekały się godnego upamiętnienia. Dla mnie niezwykle bolesne jest to, że tak niewiele mówi się o ofiarach tragedii smoleńskiej w kontekście ich dokonań, o tym, jak były one oddane Polsce, jak jej służyły. Bardzo ważne jest, aby również pamięć o ich dorobku trwała w świadomości naszego Narodu, aby po ich poświęceniu dla Polski pozostał trwały ślad w historii. Niestety, pomnik na Powązkach budzi tylko grozę i poczucie beznadziei.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Rosja nie jest wiarygodna w tym śledztwie


Sobota-Poniedziałek, 30 X – 1 XI 2010, Nr 255 (3881)

Z Mariuszem Pilisem, reżyserem filmu „List z Polski” poświęconego katastrofie smoleńskiej, rozmawia Łukasz Sianożęcki

Skąd pomysł nakręcenia filmu poświęconego katastrofie pod Smoleńskiem, osadzonego w kontekście polityki międzynarodowej?
– Chciałbym zacząć od rzeczy porządkującej, czyli od przypomnienia, że nie jest to mój pierwszy film dokumentalny. Filmy robię od 1995 roku. Wcześniej zajmowałem się przede wszystkim obserwacją Rosji, Kaukazu, czyli przede wszystkim Czeczenii, Azji Centralnej, Bliskiego Wschodu. Jest to kolejny dokument wśród tematów, które lubię podejmować. Czyli takich, które ukazują problemy w skali makro, choć w jakiś sposób zaczynają się od konkretnych wydarzeń. Podstawę do stworzenia „Listu z Polski” napisało życie. Tragedia z 10 kwietnia wstrząsnęła wszystkimi Polakami do głębi, bez względu na opcję polityczną czy światopogląd. Natomiast ja osobiście postrzegam tę tragedię jako swego rodzaju – być może zupełnie przypadkowy – element bardzo szerokiej gry politycznej, która obecnie się toczy. Więc nawet jeśli katastrofa to tylko wynik złych warunków pogodowych czy innych rzeczy, które by wykluczały działanie osób trzecich, to mimo wszystko ma ona olbrzymie konsekwencje dla Polski zarówno wewnątrz kraju, jak i na zewnątrz. I to już dziś widać, gdzie tracimy pole, w jaki sposób jesteśmy postrzegani, szczególnie przez tych, którzy na nas stawiali. Mam tu na myśli ścianę wschodnią Europy. Obserwacja tego regionu i polityka Rosji zawsze mnie interesowały. „List z Polski” też jest w dużej mierze próbą obserwacji Rosji. Tyle że w odniesieniu do Polski, a nie do regionów, w których do tej pory obserwowałem jej poczynania. Toteż powstanie tego filmu było dla mnie czymś naturalnym, choć bardzo emocjonalnym. Przecież dotyczy on straszliwej polskiej tragedii. To mój pierwszy film o Polsce i o naszych sprawach.

Dlaczego wyemitowano go w Holandii? Czy polskie media nie były zainteresowane tego typu produkcją?
– Ja już od lat współpracuję z telewizjami brytyjskimi, holenderskimi, a także z kontynentu amerykańskiego, więc to nie jest dla mnie pierwsza tego typu sytuacja. I tam jako twórca jestem bardziej rozpoznawalny niż w Polsce – mimo że większość filmów kierowałem zawsze do polskiego widza. Zwrócenie uwagi holenderskich producentów telewizyjnych na to zagadnienie nie było szczególnie trudne. Oni już od pewnego czasu przyglądają się kwestii smoleńskiej. Może nie aż tak intensywnie jak polskie media, ale jednak interesują się nią, gdyż definiują ją podobnie jak polski Sejm, czyli jako największą tragedię naszego kraju od zakończenia II wojny światowej. Uważają, że jest to temat bardzo istotny. Jeśli chodzi o telewizje komercyjne w Polsce, to są one nastawione na zupełnie innego rodzaju produkcje. Natomiast co do telewizji publicznej – jeżeli weźmiemy pod uwagę to, jak w ostatnich latach była ona rozchwiana, rozmowa na temat poważnych projektów z tą stacją okazuje się bardzo trudna.

TVP może żałować chyba, że nie podjęła z Panem współpracy, o „Liście z Polski” robi się z każdym dniem coraz głośniej…
– Jestem pozytywnie zaskoczony tym, co spotyka mój film w internecie. Liczba jego wyświetleń rośnie w sposób nieprawdopodobny, wręcz lawinowo. To nastraja bardzo pozytywnie. To trudny temat, drażliwy. Popularność filmu w internecie pokazuje, jak bardzo ludzie chcą wiedzieć, a przede wszystkim uczestniczyć w publicznym mówieniu prawdy. Głównym celem twórcy filmu jest zawsze to, aby jego dzieło obejrzało jak najwięcej osób. Dziś nie muszę rozmawiać z polską telewizją, aby ten film obejrzeli Polacy. Do tej pory nie zastanawiałem się nad tym, jakie możliwości ma sieć, a ten film pokazuje mi, że jest to zupełnie odrębny, bardzo szeroki obieg informacji. Niemniej ważny, a często dużo bardziej prawdziwy. Cieszę się więc, że Polacy mają do niego niemal nieograniczony dostęp. Wiem wprawdzie, że pewną barierę może stanowić język, gdyż część bohaterów filmu wypowiada się po angielsku, rosyjsku czy ukraińsku, ale z tego, co wiem, internauci już uporali się z tym problemem. I tak, jak pan mówi, to nie miała być laurka, których pełno w mainstreamie. Jest to obraz moich przemyśleń o tym, jakie mechanizmy uruchomiła tragedia z 10 kwietnia. Ale nie zajmowałem się tym, co stało się wewnątrz naszego kraju, bo na ten temat należałoby zrobić nie jeden film, ale dziesięć. Natomiast opowiedziałem to, o czym Polacy w gruncie rzeczy wiedzą najmniej. Czyli, jaki sygnał poszedł w świat po tej tragedii, a zwłaszcza do naszych sąsiadów. Chciałem pokazać, jak ta katastrofa wpisuje się w pewien obszar gry na kontynencie eurazjatyckim. Mam nadzieję, że zostało to opowiedziane klarownie i jasno na tyle, że ludzie w pełni to zrozumieją. Do tej pory powstało już wiele produkcji, które w dobry sposób opisują skalę tej tragedii. Mnie natomiast interesują konsekwencje, które pociąga za sobą to kwietniowe wydarzenie.

Pański dokument przywołuje szereg kluczowych pytań, które Polacy zadają sobie od czasu katastrofy. Które z nich uznałby Pan za najważniejsze?
– Ciężko wybrać, gdyż każde z tych pytań, na które nie mamy odpowiedzi, jest szokujące. Szokująca jest np. kwestia wymiany żarówek na lotnisku. Tak samo zostawienie wraku samolotu przez pół roku pod gołym niebem, co niemal automatycznie wyklucza go jako potencjalny dowód w sprawie. Są to rzeczy, których osobiście kompletnie nie rozumiem. Może część społeczeństwa to rozumie, ja jednak nie. Nie wiem, dlaczego nie domagaliśmy się aktywniej, dłużej chociażby przykrycia tego samolotu. Ponadto jeżeli po pół roku polscy archeolodzy znajdują na miejscu katastrofy ludzkie szczątki i tysiące części samolotu, to należy zadać co najmniej dwa fundamentalne pytania: w jaki sposób Rosja zamierza zbudować swoją wiarygodność w tym śledztwie? Ponieważ wszystko, co robiła do tej pory, wskazuje na, że wiarygodna nie jest. Drugie pytanie brzmi nieco smutniej, gdyż chodzi o komentarz do sprawy tych, którym powinniśmy ufać w stu procentach, czyli naszym władzom. Ludzi, którzy uspokajali nas, że wszystko jest w porządku, że wszystko jest zebrane i jest pod jak najlepszą ochroną. Do dziś, niestety, nie słyszę słów reakcji polskich władz dotyczących tych problematycznych kwestii. Niemal całkowite przekazanie śledztwa przez nasz rząd stronie rosyjskiej sprawia, iż jestem upoważniony do zadawania tych wszystkich pytań. Kwestie żarówek czy wraku to nie są sprawy normalne. Proszę mi wierzyć, że ci, którzy oglądali ten film w Holandii, również tak uważają.

Przejdźmy do symbolicznej warstwy filmu. Czy nie bał się Pan zastosować tak czytelnych nawiązań do zdrady narodowej, jakim jest choćby obraz Matejki „Rejtan” w zestawieniu ze zdjęciami polskich polityków w towarzystwie rosyjskich władców?
– Należy przede wszystkim zwrócić uwagę, że w moim filmie perspektywa Rejtana, czyli to, jak całą scenę widać jego oczyma, interesuje mnie w niewielkim stopniu. Bardziej interesująca jest perspektywa balkonu. To jest miejsce, z którego widać wszystko. Na tym balkonie siedzi ambasador rosyjski. I ta perspektywa z punktu widzenia tego, co chciałem opowiedzieć, jest najważniejsza. Bo właśnie ona jest w stanie odsłonić i w pełni ukazać spór, który się toczy w Polsce. I przedstawić może nie tyle to, na czym on polega, ale czym może skutkować. Ten balkon, ta perspektywa jest też potrzebna nam, Polakom, abyśmy rozumieli, w jakich czasach żyjemy, w jakich realiach, co wpływa na pozycję, w której znajduje się Polska. Mam tu na myśli nasz prestiż, stabilność, bezpieczeństwo czy to, kto się z nami liczy. Spójrzmy na nasz kraj z perspektywy, którą proponuję widzowi, czyli pewnej definicji ścierania się interesów imperiów na obszarze Eurazji, a którą w moim filmie przytacza profesor Andrzej Nowak. Jeżeli uzmysłowimy sobie, że w ostatnich latach skończyła się rewolucja tulipanów w Kirgistanie, nastąpił bezpardonowy atak na rewolucję róż w Gruzji, zakończyła się „pomarańczowa rewolucja”, kończy się budowa Nord Streamu, który Polska przez szereg lat kontestowała i uznawała za jeden z najgorszych projektów europejskich, który eliminuje Europę Środkową z podmiotowego traktowania, to mamy obraz bardzo pesymistyczny. I tu, choć pytanie to nie pada w filmie, nasuwa się samo – co będzie dalej? Sytuacja, która powstaje obecnie w naszym regionie, a której jednym z elementów jest śmierć Lecha Kaczyńskiego, nie nastraja pozytywnie. Kiedy obserwuje się pewne rzeczy, które rozgrywają się wokół Polski, zwłaszcza u naszych wschodnich sąsiadów, zrozumiałe jest to, że możemy być pełni obaw.

Film ukazuje, że kłamstwo katyńskie było fundamentem władzy komunistycznej w Polsce w latach 1945-1989. Podwaliną jakiego zjawiska może się stać kłamstwo smoleńskie?
– Jeżeli mówimy o samej tragedii smoleńskiej, to miałem nadzieję, jeśli w ogóle w takiej szczególnej i tragicznej sytuacji można mówić w ten sposób, że stanie się ona fundamentem jednoczącym Polaków. Jako Polak mam ogromną potrzebę, abyśmy zrozumieli, przed jaką tragedią stoimy, i żebyśmy się nie dzielili. Już dziś, niestety, wygląda na to, że tak nie będzie. Ta sprawa będzie nas dzieliła przez lata, jeśli nie przez dziesiątki lat. A to, niestety, skutkuje na zewnątrz. To nas osłabia jako kraj. To jest konkluzja, która na dziś jest najbardziej czytelna. Rodzą się kolejne pytania. Czy będziemy umieli zareagować, jeśli prawda o tej tragedii okaże się trudniejsza, niż się do tej pory mówi? Czy jako Naród będziemy mogli liczyć na czytelne sygnały z góry? Jak dotąd, moim zdaniem, tych sygnałów brakuje. Sygnałów autentycznego przejęcia się sprawami Polaków. To też jest dla mnie rzecz kompletnie niezrozumiała. I jako obywatel oceniam to bardzo źle.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Dziennik


Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

„List z Polski” (Brief uit Polen)


29 Październik 2010 o godzinie 22:24

W holenderskiej telewizji publicznej wyemitowano niedawno film dokumentalny o katastrofie smoleńskiej. Stał się on prawdziwą sensacją wśród wielu polskich internautów. Dokument, którego z pewnością nie wyemitowałaby żadna polska telewizja. To co widzimy poniżej dla wielu może się wydać oczywiste ale zarazem szokujące.

brzytwakwietniowa.wordpress.com

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Cud, miłość, czarna msza


28-10-2010

Powinna powstać komisja badająca mord w Łodzi i jego zaplecze, a jednym z pól poddanych badaniu powinna stać się sprawa udziału psychologów i psychoterapeutów w tworzeniu narzędzi dla zbudowanego przez Tuska przemysłu nienawiści.

Twórcą, organizatorem i beneficjentem kampanii nienawiści przeciw prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu oraz Prawu i Sprawiedliwości był i pozostaje Donald Tusk. Bez jego inicjatywy i wspomagania kampania ta nie mogłaby zdominować polskiego życia politycznego, tak jak bez wyznaczenia przez Tuska ludzi nieuczciwych na kierownicze stanowiska w państwie nie byłoby afery hazardowej. Tak samo Palikot, Niesiołowski czy Kutz i im podobne osobistości publiczne oraz dziennikarze nie mogliby szczuć ludzi zdezorientowanych lub podłych do nienawiści wobec Kościoła, PiS i „Solidarności”, wobec polskości niezarażonej sowietyzmem.

Tusk jest człowiekiem o tak niskiej kulturze ogólnej, że gdy pozwoli sobie na wypowiedź spontaniczną, łatwo ujawnia osobowość autorytarną (ubliżanie krzyżowi to wesoła zabawa w Hyde Park, plan kastracji pedofilów, groźby działania
„na granicy prawa”, „będzie siedział na 100 proc.”). Choć nauczył się zasłaniania tych kompromitujących cech wyuczonym „językiem miłości”, to pozostaje uzależniony od posługiwania się doradcami. Nie stać go na wystąpienie bez opracowania przez „sztab” odpowiedniego opakowania w formule PR i dlatego milczał po mordzie łódzkim przez kilka długich godzin.

Gdy w końcu zapamiętał, co ma wydukać na konferencji prasowej, stać go było tylko na zimne słowa o współczuciu rodzinie
zamordowanego oraz „jego współpracownikom i środowisku politycznemu”. Nazwa „Prawo i Sprawiedliwość” i nazwisko „Jarosław Kaczyński” nie przeszła protektorowi Palikota przez zaciśnięte usta. Nazwisko Kaczyńskiego ukrył, ale faryzejsko wzywając do „złagodzenia języka”, natychmiast oskarżył tych, w których zamach był wymierzony, o rozpętywanie „piekła negatywnych emocji”, nazywając ich politykami „ziejącymi nienawiścią”.

Autorytaryzm Tuska powoduje, że nienawiść jest dla niego naturalną potrzebą. Jako człowiek słaby, zbyt tchórzliwy, żeby się do swoich instynktów przyznać, wziąć za nie odpowiedzialność i podjąć z nimi walkę, używa polityki do realizacji swojej potrzeby nienawiści pod pretekstem walki ze złem, uzdrawiania państwa, eliminacji „kaczyzmu”. Jako młody człowiek przyłożył rękę do mordu na rządzie Jana Olszewskiego i nigdy za to nie przeprosił; przeciwnie, zawsze chlubił się własną hańbą, jak choćby podczas kampanii 2005 r. Jako człowiek dojrzały coraz głębiej pogrąża się w odmętach wojny i pogardy dla własnego narodu.

Mam jednak poczucie, że współodpowiedzialność za przeobrażenie się „machera z zaplecza” w „dotknięte geniuszem” bożyszcze, ponoszą współpracujący z nim psycholodzy i psychoanalitycy, wspomagani przez stada „cyngli” z dominujących mediów. Bez nich, bez ich pomocy w zastosowaniu
profesjonalnych narzędzi dostarczających odpowiednich metod dla przedstawiania wojny i pogardy, jako innego wyrazu miłości i zaufania, nie dałby sobie rady.

Tusk nauczył się języka insynuacji totalnej. Produkcji nienawiści podporządkował nawet konstrukcję partii. Swoje marszałkowanie  Stefan Niesiołowski zawdzięcza tylko temu mechanizmowi. Ale główne role odgrywają frontman Janusz Palikot i działający na zapleczu Jacek Santorski, ostatnio rządowy opiekun części rodzin, które straciły bliskich w katastrofie pod Smoleńskiem. Palikot do zbrodni wzywa wprost, a Santorski manipuluje wyobraźnią – w takiej „narracji miłości” porównanie „pielgrzymki” pod wodzą Anny Komorowskiej i złożenia wieńca przed Pałacem Prezydenckim przez Jarosława Kaczyńskiego opisuje się następująco: „Nabożeństwo miłości tam i nabożeństwo nienawiści tutaj w Warszawie”.

Palikot i Santorski nazywający siebie wyznawcami „nabożeństwa miłości” są specjalistami od obrzędów zbliżonych raczej do „czarnych mszy”. Ich niemiecki mistrz, psychoanalityk Bert Hellinger, wiązany z postnazizmem i KGB, nauczał: „Naród Żydowski dopiero wtedy znajdzie pokój w sobie, ze swoimi arabskimi sąsiadami i ze światem, jeśli każdy, bez wyjątku każdy Żyd, odmówi pacierz za Hitlera”.

Kaznodziejstwo Santorskiego jest równie prymitywne: ”Ludzie potrzebują lidera. A na poziomie atawistycznym lider to ktoś, kto ma przewagę i dystans w hierarchii (…) choć Polak walczy o wolność, to lepiej funkcjonuje w układach z silnym, stanowczym liderem”. Po takiej obróbce prosta wyznawczyni może połączyć się z wodzem w definicji spitej z jego ust podczas wygłaszanego exposé: „A przecież nie chodzi o czyste sumienie, jak mówi Bert Hellinger, jeden z największych filozofów i terapeutów naszych czasów, ale o połączenie świadomego i nieświadomego działania sumienia na wyższej płaszczyźnie, na płaszczyźnie duszy. Przekonał mnie Donald Tusk jasnymi i klarownymi intencjami głoszonymi z poziomu miłości – takiego poziomu świadomości, na którym wszyscy  doświadczamy objawień i uniesień. Życzę mu, żeby wytrwał na tym poziomie wibracji, gdzie panuje spokój, mądrość, celowe i sensowne działanie, akceptacja i przebaczenie, pokora i stały inspirujący optymizm. Dołącz się do tych życzeń, utworzymy razem potężną siłę zasilającej energii, która popłynie z naszych serc dla  jego działań, dla współpracy i współdziałania miedzy podziałami, dla dobra nas wszystkich. Niech się stanie cud”.

Powinna powstać komisja badająca mord w Łodzi i jego zaplecze, a jednym z pól poddanych badaniu powinna stać się sprawa udziału psychologów i psychoterapeutów w tworzeniu narzędzi dla zbudowanego przez Tuska przemysłu nienawiści.

Krzysztof Wyszkowski

Gazeta Polska

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Lincz


26-10-2010

W Polsce od kilku miesięcy odbywa się regularny lincz. W jakiejś mierze przypomina on te organizowane przez Ku-Klux-Klan w USA, kiedy grupa wściekłych z nienawiści masakrowała osobę innej rasy. Dzisiaj Ku-Klux-Klan panuje w mediach, a osobnikami innej rasy są ludzie, którzy tym mediom nie odpowiadają: „pisiory” i „mohery”.

Podstawą machiny nienawiści jest ogromna przewaga w środkach narracji i możliwość zdegradowania ofiary do poziomu, w którym odmawia się jej cech ludzkich.

Ryszard C., wchodząc do siedziby łódzkiego PiS, wiedział, że musi zabić. Czuł, że trzeba wyeliminować ludzi, których wszyscy uważają za bydło, watahy do dorżnięcia, za dinozaury, które i tak muszą wyginąć, za faszystów organizujących w Polsce kolejny rok 1933 na wzór niemieckiego.

Ryszard C. słyszał wprawdzie o innych mediach broniących podludzi z PiS. Słyszał, że te media kłamią i manipulują, są PiS-owskie, więc też reprezentują podludzi. Wiedział o nich wszystko z TVN i „Gazety Wyborczej”. Nie musiał ich słuchać i czytać, bo skoro kłamią i manipulują, to on chce znać prawdę. Prawda zaś o podludziach sączyła się z większości mediów. Miał poczucie udziału w wielkiej społeczności, która musi „wyrwać chwast”, rozdeptać te pluskwy z „Gazety Polskiej” i PiS.

Nikt wcześniej nie odważył się zrobić z nimi porządku, a on miał broń, determinację i wiarę, że ratuje ludzkość od zła, nietolerancji i nienawiści. Bo ludzie, którzy jak on uwierzyli w polityczną miłość, mogą nienawidzić wrogów miłości. I znienawidził ich. Kiedy zabije ich wszystkich, nie będą już kompromitować Polski.

Mamy rację, bo jest nas więcej

Lincz nigdy nie jest czynem samotnego szaleńca. Tworzy się atmosferę udziału w grupie, większości przytłaczającej ofiarę. Nie ma atmosfery linczu, gdy ludzie dysponują takimi samymi siłami. Ofiary muszą być izolowane, musi być ich zdecydowanie mniej. Jest 70 proc. zdrowych moralnie i najwyżej 30 proc. skrzywionych. Tych skrzywionych jest na tyle mało, że nie mogą mieć racji. Skąd wiadomo, których jest więcej, a których mniej? Wiadomo to z sondaży, ale najważniejsza jest narracja. W narracji muszą dominować głosy katów, a jeżeli ofiary dopuszcza się do głosu, to po to, żeby pokazać ich małość i słabość.

Politycy mający w Polsce wpływ na media nie zauważyli, że w ostatnich tygodniach dokonują w nich bardzo niebezpiecznej zmiany. Zwolennicy prawicy zawsze byli w mniejszości, ale kontrolując część mediów publicznych, mogli odpowiadać na oczywiste kłamstwa, ujawniać manipulacje. Ta słaba równowaga została właśnie zniszczona. Przy aplauzie „Gazety Wyborczej” i TVN, ale przede wszystkim obozu władzy i SLD doprowadzono do usunięcia niemal wszystkich dziennikarzy, którzy mieli odwagę mówić inaczej niż medialna banda. Przy bardzo ostrej wzajemnej wymianie ciosów słyszalny zaczął być tylko głos dziennikarskiego Ku-Klux-Klanu. W rezultacie widz odbierał jedną narrację. Ta narracja przekonywała go, że ofiary są gorszego gatunku i, co często powtarzano: warte usunięcia z życia publicznego. Ilu jeszcze Ryszardów C. w to uwierzyło? Ilu nosi ten zamysł?

Wyrwać chwast

Jednym z trzech najistotniejszych mechanizmów linczu jest degradacja ofiary: musi zostać pozbawiona cech ludzkich. W zacięciu propagandowym obozu władzy używano całego bloku argumentów pokazujących „młodym, wykształconym, z dużych miast” niższą jakość przeciwnika: starzy, niewykształceni, chorzy psychicznie, ze wsi, źle ubrani, nienowocześni, nietolerancyjni, nieinteligentni, nierozumiejący świata. Mieli też złe intencje: faszyści, antysemici, żądni odwetu itd.

Przy okazji bardzo mocno napiętnowano całe grupy społeczne niemające nic wspólnego z polityką. Rosła pogarda dla osób starszych, mieszkańców wsi i strach przed osobami chorymi psychicznie.

Zwolennicy PiS w przekazie medialnym nie posiadali ani jednej cechy, która czyniłaby ich sympatycznymi, ludzkimi. Obóz władzy ma rodziny, zainteresowania, hobby. Opozycja krzyczy i nienawidzi. Opozycja przeszkadza. Nie daje uchwalać ustaw, nie pozwala reformować kraju, nie chce wyprowadzać Polski z kryzysu. Państwo jest zagrożone. Ludzie chcą spokoju, a „pisiory” się awanturują. Opozycja utrudnia nawet chodzenie po Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Cały świat się śmieje, gdy oni się modlą. Autorytety ich potępiają, ludzie rozumni nie akceptują, nawet biskupi nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Ich religia to sekta – bardzo niebezpieczna, a jak niebezpieczna – to trzeba się przed nią bronić. Ryszard C. obronę dobrze przygotował.

Widział te straszne postacie w telewizji, widział ich okropny wyraz twarzy złapany przez kamerę w najgorszym ujęciu. Słyszał na własne uszy kompromitujące Polskę wypowiedzi wybrane przez specjalistów z TVN24 i TVP Info. Czuł, jak wzbierała w nim złość, aż przerodziła się w zimną nienawiść.

„Jest krzyż, jest impreza” – zachęcała „Gazeta Wyborcza”. Ryszard C. widział, czuł to, brał w tym udział. Większość, grupa, społeczność akceptuje wyśmiewanie podludzi. Prawdziwi ludzie podchodzili pod krzyż, szydzili z modlących się, popychali ich, przewracali staruszki, kopali „moherów”. Policja nic do tego nie miała. Policja pilnowała jedynie, by modlący się podludzie nie zrobili komuś krzywdy. Ile razy Ryszard C. słyszał zapewnienia rzecznika policji, że pod krzyżem nic strasznego się nie dzieje? Wiedział już, że to nic złego. Obrońców krzyża bez sądu zamykano do psychiatryka – słusznie, przecież to wariaci, każdy to widzi. On by ich wszystkich tam zamknął. Jest częścią tego społeczeństwa obywatelskiego, które przeciwstawia się fanatyzmowi, broni prawa, ratuje Polskę. Z krzyża można się pośmiać, a najbardziej z jego obrońców. Tylko śmiać się nie można w kółko, sprawa musi zostać załatwiona. Znany i szanowany biskup apeluje, by wysłać komandosów. Z terrorystami trzeba zrobić porządek. Inny powszechnie szanowany publicysta chce zastosowania środków administracyjnych.

Co będzie, kiedy noc się skończy

Ku-Klux-Klan działa w nocy, kiedy ma przewagę i zasłonę z kapturów. Co będzie, kiedy noc się skończy, ludzie zdejmą kaptury, ofiary pojawią się w większej grupie? Taką obawę żywiło wielu polskich dziennikarzy i polityków. Kiedyś Kaczyński znowu może wygrać, wyjdzie na światło dzienne skala tego, co zrobiono w sprawie Smoleńska. Przyjdzie im ponieść jeszcze większy wstyd i upokorzenie niż to, czego doznali po 10 kwietnia.

Polacy mieli do mediów pretensję o zakłamywanie wizerunku Lecha Kaczyńskiego. Okazało się, że archiwa telewizyjne zawierają zdjęcia sympatycznego człowieka, który nie miał nic wspólnego z tym potworem, którym epatowano przez cztery lata. Ktoś to przecież musiał zmanipulować, ktoś miliony ludzi oszukiwał. Gniew obrócił się przeciwko mediom, ale nie na długo. Szybko wyciągnięto stare zdjęcia i stare metody. Ludzie znowu zaczęli im wierzyć, ale wiara już jest nadwątlona.

Tym razem kompromitacja może być ostateczna. Celebryci staną się społecznymi banitami, autorytety znikną i będą przykładem podłości.

Trzeba więc działać. „Jeszcze może w tym roku ktoś załatwi Kaczyńskiego”, „ustrzeli go i wypruje”. Ryszard C. czuł, że to nagłe wezwanie jest skierowane do niego. Ma nóż i pistolet – może strzelać, może nawet rozpruć nożem.

Tylko jak się dostać do Kaczyńskiego? Słyszał, że zostało mało czasu. W Warszawie go nie dopadł: „Za duża ochrona
, za mała broń”. Może w Łodzi? Ale ile można czekać? Z mediów słychać, że czasu coraz mniej. Wie, gdzie należy uderzyć, jest jedna siedziba pełna wrogów. Rozdepcze ich, ma kilkadziesiąt naboi, po kulce dla każdego. Wybije ich wszystkich i będzie jakby załatwił samego szefa. Czuł w sobie siłę milionów wdzięcznych mu za to, że zrobi porządek, czuł uniesienie obywatela ratującego kraj. Czuł też straszną nienawiść.

Tomasz Sakiewicz

Gazeta Polska

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Smoleńsk – Tajemnicze zgony! Pełzający totalitaryzm?


24 Październik 2010 @ 14:31

śmiertelne żniwo. Giną kolejne osoby. Fala zbrodni przetacza się przez Polskę. Tylko w październiku doszło do dwóch zabójstw które prawdopodobnie są zabójstwami na tle politycznym. Dodajmy do tego morderstwo osoby modlącej się w Warszawie (sierpień) i kilka tajemniczych zgonów tuż po 10 kwietnia, w kwietniu i maju.

———————————————Spis treści:
1. zabójstwa polityczne października ? przypomnienie kilka nowych faktów.
2. czy w Polsce planowane są masowe przemieszczenia formacji militarnych? (zdjęcia) – w jakim celu? (Aktualizacja z dn. 24.10.2010)
3. przypomnienie z poprzedniego tekstu – czy ktoś przeżył katastrofę? Czy rodziny smoleńskie są zastraszane?

———————————————

1. zabójstwa polityczne października. Ile jeszcze?
Na 3 dni przed publikacją raportu dotyczącego katastrofy smoleńskiej został zamordowany w tajemniczych okolicznościach E. Wróbel, były wiceminister w rządzie PiS. Oto kilka faktów:
-rzekomo miał go zabić jego syn z powodów różnic światopoglądowych.
-przyznał się do stawianych mu zarzutów, jednak na drugi dzień wycofał swoje zeznania. Czyżby wymuszono z niego pierwsze zeznania?
-później podawaną wersją było to, iż E. Wróbel miał rzekomo prosić swojego syna, żeby go zabił. Przecież to absurd, śmierdzi mi to na kilometr…
-media niemal natychmiast winnym okrzyknęły syna E. Wróbla, choć na razie nie ma na to praktycznie żadnych dowodów. Dane ze stacji bazowych GSM (telefonie komórkowa) nie są wystarczającym dowodem. Prokuratura nie mając nawet zwłok Pana Wróbla przyjęła od razu, iż winnym jest jego syn.
Ale mało tego. Pan Wróbel był… wybitnym, jednym z najlepszych ekspertów od spraw lotnictwa w Polsce. Specjalizował się w nie byle jakiej dziedzinie, bo w dziedzinie komputerowych systemów sterowania lotem samolotów. Jako nieliczny ekspert w Polsce mógł obiektywnie ocenić raport MAK. Zaskoczony? To nie koniec, gdyż Pan Wróbel miał być ekspertem powołanym przez polską prokuraturę w celu zbadania sprawy katastrofy smoleńskiej. Mógł więc merytorycznie zakwestionować raport MAK. Nie mniej zaskakujące są doniesienia z niezależnych mediów:

cyt:
‘Eugeniusz Wróbel niedawno był moderatorem na międzynarodowej konferencji poświęconej problemom nawigacji lotniczej. W prywatnych rozmowach podawał w wątpliwość, że wrak na Siewiernym to Tu-154 Lux o numerze bocznym 101.
Jak podkreślił w rozmowie z nami poseł Jerzy Polaczek (PiS), minister transportu w rządzie PiS, który blisko współpracował z Eugeniuszem Wróblem, już wiadomość o zaginięciu wzbudziła jego niepokój, a informacje o okolicznościach śmierci sugerujących udział w zdarzeniu jego syna przyjmuje z niedowierzaniem. Jak zaznacza, Eugeniusz Wróbel miał wzorową rodzinę, dorosłe dzieci, usamodzielnione i zawodowo czynne. Był osobą bardzo zaangażowaną, także w kwestie związane z katastrofą smoleńską, służył swoim doświadczeniem i wiedzą na temat lotnictwa. Polaczek konsultował z nim treść części interpelacji poselskich kierowanych w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy samolotu z prezydentem RP na pokładzie. – Był w tym temacie wyjątkowo na bieżąco. Mogę śmiało powiedzieć, że Eugeniusz był jedną z niewielu osób w kraju, które w sensie intelektualnym i przedmiotowym byłyby w stanie formułować wnioski i uwagi, słowem – odnosić się do całokształtu raportu MAK – ocenił’. link tutaj

Co zastanawia podczas całej tej sprawy? Po pierwsze, brak jakiejkolwiek reakcji mediów. W normalnym kraju media by wrzały od domysłów i zapytań o największą katastrofę w Polsce. Milczy także większość polityków PiS, co jest zastanawiające. To już piąta zagadkowa śmierć człowieka związanego ze sprawą katastrofy w Smoleńsku. W Polsce robi się coraz mniej bezpiecznie.
Zastanawia także zbrodnia polityczna w Łodzi. Kto sieje nienawiść, ten będzie zbierał trupy. Mamy pierwszą ofiarę wojny polsko polskiej. Została przekroczona kolejna bariera. Nie pierwsza w tym roku. W sierpniu miała miejsce pierwsza demonstracja przeciwko Krzyżowi i naszej tradycji. W październiku zaś miało miejsce pierwsze morderstwo na tym tle.. Co przyniosą nam kolejne miesiące?

Nowe fakty dotyczące zbrodni w Łodzi. Atak na biuro PiS w Łodzi mógł być atakiem na zlecenie. Zauważcie na sposób, w jaki media to przedstawiają. Po pierwsze, chyba na wszystkich stacjach były wielokrotnie powtarzane zajawki, iż zabójca był człowiekiem spokojnym i w ogóle ‘normalnym’. Po co to robiono? Aby utrwalić coś niedobrego w odbiorcach?
Z drugiej strony politycy obozu rządzącego już na starcie założyli, iż jest to typowy atak szaleńca i że człowiek ten nie działał na niczyje zlecenie. Mamy tu do czynienia z tym samym, co miało miejsce po 10 kwietnia. Mianowicie media i rządzący politycy zgodnie wydają wyrok, jeszcze przed przesłuchaniami i decyzjami prokuratury. A jak zamachowiec z Łodzi działał na czyjeś zlecenie? Czy prokuratura w ogóle bada ten wątek? Wiadome jest, iż zamachowiec jest chory na raka i zostało mu kilka miesięcy życia. Czy jest możliwe, iż pewne wiadome grupy wpływu obiecały jakieś krociowe zyski jego rodzinie? Wszystkie poszlaki wskazują na to, że nie był to chaotyczny atak szaleńca, ale zaplanowana z zimną krwią zbrodnia. Zabójca wynajął samochód i zatrzymał się w hotelu w centrum miasta. Był tam cztery dni. Musiał mieć na to pieniądze.
Jego broń była przygotowana na tyle profesjonalnie, by zabić, i jednocześnie na tyle nieprofesjonalnie, żeby nikt niczego podejrzanego w tym nie upatrywał ? z taką opinią się spotkałem. I faktycznie, sprawca dysponował pistoletem gazowym, ale przerobionym w taki sposób, aby mógł strzelać ostrą amunicją.
Kwestia pieniędzy, które musiał posiadać sprawca. Rzeczywiście, w świetle nowych danych pachnie tutaj esbeckim szmalem, konkretnie wysoką państwową emeryturą. Według informacji do jakich dotarli dziennikarze, Ryszard C, zabójca z Łodzi, był esbeckim oprawcą narodu polskiego. Miał on pracować tylko jako kierowca, jednak według informacji dziennikarzy miało to być tylko przykrywką dla jego szeroko zakrojonych działań wywiadowczych.

Autor bloga śledczego Monitor Polski pisze:
cyt: ‘W niektórych doniesieniach pojawiło się nazwisko mordercy posła PiS Marka Rosiaka. Szukam potwierdzenia, czy jest to Ryszard Caba, czy też nie. Z niewyraźnych zdjęć może wynikać, że o niego właśnie chodzi, chociaż pewni dziennikarze ostrzegają, że może być to fałszywa informacja.
Jestem w posiadaniu nagrania wideo zeznań Ryszarda Caby w krakowskim sądzie 2 lata temu. Sprawa dotyczyła zatrzymania i pobicia kilku osób podczas demonstracji niepodległościowych. Caba był znany z pracy w organach Służby Bezpieczeństwa, gdzie pracował jako m.in. kierowca ? choć według działaczy opozycyjnych było to zasłoną dla jego prawdziwej funkcji kierującego akcjami specjalnymi’.Link tutaj

link do zdjęć porównawczych: Ryszard C. Z Łodzi i Ryszard Caba z krakowskiego sądu – tutaj z wiadomych powodów nie mogę umieszczać samego zdjęcia w tym miejscu. Jeśli posiadasz jakieś informacje na ten temat, daj znać na adres kontaktowy Monitor Polski monitorpolski@yahoo.com
Co do powodów do których nie mogę zamieszczać zdjęcia: powodem jest powszechna cenzura. Pamiętacie także słowa jednego z polityków PiS tuż po zamachu w Łodzi? Otóż polityk ten, nie pamiętam już który, domagał się… monitorowania internetu! Do jasnej anielki, politykom zaczyna się marzyć cenzura? Co mają oznaczać te słowa? PiS znane jest z tego, że daje sobie monopol na patriotyzm. A co z ludźmi którzy krytykują PiS, bo widzą jak partia ta zaprzedaje prawicowe, konserwatywne ideały / wartości? Mój blog też będzie monitorowany za myślozbrodnię polegającą na tym, iż brzydzę się samym pojęciem polityki i za krytykę samego PiS? Uważam, że jedynym politykiem w naszym 40 milionowym kraju powinien być Król który włada naszą Ojczyzną z nadania samego Boga, czyli tak, jak to drzewiej bywało. Przynajmniej to by go ograniczało ? dzisiejszych polityków nie ogranicza nic.
Zgodzę się z Jarosławem Kaczyńskim, iż od powiedzenia ‘idą wybory, zabierz babci dowód’ do podrzynania gardeł wiedzie prosta droga. To się musiało tak skończyć, zwłaszcza, że korporacyjne media robiły wszystko, aby tak się stało. Dziennikarze, publicyści ? wiecie jacy, mają na rękach krew niewinnego człowieka. Są współwinni zbrodni.
Koniec końców od wczoraj, 21 października, trwa zapowiadany monitoring internetu pod kątem niepoprawnych myśli. Czy taki był ukryty cel zamachu w Łodzi? Możliwe. Warto zwrócić także uwagę na inny fakt. Otóż dzięki temu wydarzeniu niemal całkowicie zapomniano o zagadkowej śmierci E. Wróbla. Media w ogóle tego tematu nie podejmują, mamy za to kolejny, żałosny odcinek wojny polsko polskiej. Taka zasłona dymna. Zginął niewinny człowiek, działał w PiS dlatego, bo chciał coś zmienić, ze szlachetnych pobudek. To jednak nie przeszkadzało jego partyjnym kolegom domagania się monitoringu, de facto cenzury internetu. Poza tym prawdziwi sprawcy wojny polsko polskiej mają dziś kozacką obstawę (ochronę) i do miejsc pełnienia obowiązków jeżdżą z 30 ochroniarzami. I wcale nie są to przesadzone liczby ? Donalda Tuska widziano w obstawie składającej się z pięciu bądź sześciu samochodów wypełnionych tajniakami.

NOWE:
Zwróćcie uwagę na filmik z zatrzymania psychola z Łodzi. Oto analiza, jaką dostałem od autora bloga Niezależny Poznań.  link do filmu tutaj

Oto analiza filmu:
„Proszę jednak zwrócić podczas oglądania filmu uwagę na fragment, kiedy strażnicy miejscy z policjantem z białym napisem na plecach „POLICJA” zamiast natychmiast wpakować bandytę do radiowozu, co w takich przypadkach jest zupełnie rutynowym działaniem i zamknąć drzwi, przytrzymują go dając mu wyraźnie możliwość wypowiedzenia się przed kamerą a gdy już siedzi on w radiowozie, podchodzi do otwartych drzwi radiowozu czwarty umundurowany policjant z żółtym napisem na plecach „POLICJA”, który jak widać po mundurze jest z innej jednostki Policji i który nie brał bezpośrednio udziału w zatrzymaniu mordercy,  pochylając się do wnętrza radiowozu mówi coś do zatrzymanego i kładzie obok niego na siedzeniu coś co trzymał w prawej dłoni, coś co ma format białej kartki papieru. Żeby to dokładnie zauważyć należy film oglądać metoda „klatka po klatce” od czasu emisji 0,26 do 0,30″

Poza monitoringiem internetu istnieje też inna, mroczna strona cenzury. Otóż można się pokusić o stwierdzenie, iż istnieją specjalne grupy hackerów które działają na zlecenie agentury byłego SB i WSI, a także powiązanych z nimi elit polityczno biznesowych. Na jakiej podstawie wyciągam tak daleko idący wniosek?
Niektórzy z was prawdopodobnie znają portal Afery Prawa. Link do tego portalu tutaj
Portal ten opisuje gigantyczne machloje jakie dokonują się codziennie w systemie prawnym w Polsce. Według ich opinii rządzące w Polsce elity zbudowały gigantyczny koaglomerat przemocy sądowej, zbudowali system, którego nikt i nic nie jest w stanie kontrolować. Państwo w państwie.
Obecnie portal afery prawa jest niedostępny, już szósty raz w tym roku. Bierze się to stąd, iż często jest atakowany przez hackerów. Nie są to byle jacy hakerzy, ale prawdziwi profesjonaliści. Mają wysoki poziom umiejętności, gdyż z powodzeniem atakują także zagraniczne serwery portalu Afery Prawa, które mają potężne zabezpieczenia. Więcej tutaj

na zakończenie tego podpunktu przytoczę tutaj raport organizacji Freedom House, zajmującej się sprawami monitorowania wolności na świecie. Raport jest miażdżący dla obecnie rządzącego estabilishmentu.
Cyt:
Niezależne media: Pomimo szerokiego spektrum mediów prywatnych i publicznych w Polsce, większość z nich uczestniczyła w walce politycznej prezentując poprawne politycznie informacje. Rząd czyni wysiłki by uzależnić nadawców publicznych bezpośrednio od ministra finansów, ograniczyć ich rynek i zwiększyć udział mediów sprzyjającym rządowi. Seria kontrowersyjnych wyroków sądowych pogwałcających wolność debaty publicznej jak i nękanie dziennikarzy przez ABW sprawiły pogorszenie oceny niezależnych mediów z 2.00 do 2.25 (uwaga tutaj wzrost oznacza gorszą ocenę ? przypis Blogpress).
Wymiar sprawiedliwości: Pomimo swojego niezależnego budżetu, wymiar sprawiedliwości w Polsce pozostawał w 2009 roku nadzwyczaj powolny i nieefektywny. Przypadkowi porwanego w 2001 i zamordowanego w 2002 roku Krzysztofa Olewnika towarzyszyły niewyjaśnione samobójstwa kluczowych świadków i ofiar. Minister sprawiedliwości, jego zastępca, prokurator generalny, dyrektor regionalnej służby więziennej, jak i dyrektor więzienia w Płocku zostali zdymisjonowani a kryminaliści skierowali swoje siły przeciwko jednemu z oskarżycieli. Dodatkowo, minister sprawiedliwości podał się w październiku do dymisji podczas trwającego skandalu giełdowego. Przypadki te ilustrują obecność licznych problemów w polskim wymiarze sprawiedliwości w roku 2009, czego wynikiem jest pogorszenie punktacji polskiego wymiaru sprawiedliwości z 2.25 do 2.5.
Korupcja: Skandal korupcyjny, który rozpoczął się pod koniec 2009 wydaje się być niczym powrót do okresu dzikiej transformacji z polskim narodem oskarżającym swoich najbardziej zaufanych polityków o załatwianie spraw magnatom półlegalnego przemysłu spekulacyjnego. Zakres skandalu został potwierdzony dymisją czterech ministrów, dwóch sekretarzy stanu, rzecznika rządu, i kłótniami w parlamencie. Konflikt między premierem a poprzednim dyrektorem CBA doprowadził do wyjawienia dodatkowego materiału kompromitującego rząd. W związku z tymi aferami w które uwikłani byli czołowi oficjele rządowi punktacja w rankingu korupcji w Polsce wzrasta od 2.75 do 3.25. dużo więcej tutaj

2. planowane przemieszczenia formacji militarnych?
Lokalny portal z Oświęcimia zwrócił uwagę na pewną dziwną rzecz:
‘Kilka dni temu przy wjeździe na most Jagielloński w Oświęcimiu pojawiły się znaki, które wzbudziły zainteresowanie naszych Czytelników. Na okrągłych żółtych znakach widnieją wizerunki czołgu i samochodu wojskowego oraz cyfry.
(…)
Magdalena Chacaga, rzeczniczka krakowskiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad wyjaśniła Faktom Oświęcim, że droga krajowa nr 44, w ciągu której znajduje się most Jagielloński w Oświęcimiu, ma znaczenie strategiczne dla obronności kraju. Miała takie od dawna, ale nie mówiło się o tym.
Znaki W-4 i W-5 pochodzą z kategorii ‘Dodatkowe znaki dla kierujących pojazdami wojskowymi’.
– Ustawione na moście informują o klasie obciążenia mostu dla pojazdów kołowych i gąsienicowych. Jest to informacja dla potencjalnych transportów wojskowych, gdyby takie kiedykolwiek przejeżdżały tamtędy, co przecież nie musi się zdarzyć. Mieszkańcy nie mają żadnego powodu do niepokoju – zapewnia Magdalena Chacaga. Link tutaj

a teraz zdjęcie tych znaków:

Znaki w Oświęcimiu zostały postawione niedawno i w równie zagadkowych okolicznościach zniknęły jak zaczęli się nimi interesować lokalne media. Lokalne portale internetowe i gazety mają to do siebie, iż często można w nich przeczytać te informacje, które są blokowane w większych mediach.

3. przypomnienie z wcześniejszego tekstu. Czy ktoś przeżył katastrofę?
Czy rodziny smoleńskie są zastraszane? Niedawno jeden z portali opublikował wypowiedź żony funkcjonariusza BOR, Jacka Surówki, który leciał TU 154 do Smoleńska. Twierdzi ona, że jej mąż tuż po katastrofie Tupolewa dzwonił do niej, mówiąc, iż jest ciężko ranny w nogi i że dzieją się tutaj straszne rzeczy. Chwile potem połączenie zostało zerwane.
Potem z wdową po Panu Surówce próbował się skontaktować dziennikarz, który 10 kwietnia był na miejscu w Smoleńsku. Jednak, z niewiadomych powodów odmówiła ona komentarza. Czyżby na wdowę po oficerze BOR próbowano wywrzeć jakieś naciski?
Mało tego. Kilka tygodni temu dostałem informację od człowieka, który profesjonalnie zajmuje się badaniem katastrofy smoleńskiej. Według jego wypowiedzi, w podobny sposób ucisza się wdowy po wojskowych, którzy zginęli w wypadku CASY pod Mirosławcem. Dwie wdowy zostały zamknięte w zakładach psychiatrycznych, ponieważ zadawały za dużo pytań.

Co sprawia, że rodziny smoleńskie boją się mówić, odwołują wcześniejsze słowa? Czy są zastraszani, czy boją się o swoje życie? Jarosław Kaczyński przyznał się, że brał leki uspokajające po śmierci brata. Czy możliwe jest, że wie coś więcej, ale z w/w powodów nie może nic mówić, bo załatwili by go?
Czy to stąd się bierze dziwne słownictwo używane przez rodziny, będące aluzjami? W pół roku po katastrofie, 10 października jedna z wdów użyła słów: ‘rządowy samolot rozbił się na tysiące kawałków, a wraz z nim na tysiące kawałków rozbiło się nasze życie’. Co powoduje że samolot rozpada się na tysiące kawałków i co chciała zasugerować ta wdowa? Poza tym słowa: ‘tysiące kawałków’ były wielokrotnie powtarzane na blogach, w tym u mnie.

Sprawy tajemniczych telefonów ciąg dalszy. Jak donosi jeden z portali:
‘Według naszych informacji także inny funkcjonariusz BOR, który był na pokładzie Tu-154, miał po katastrofie dzwonić do żony, ale miała wyłączony telefon – włączyła się poczta głosowa, a więc prokuratura może to sprawdzić.
(…)
Małgorzata Wassermann, córka śp. Zbigniewa Wassermanna, zwróciła uwagę, że osoby dzwoniące niedługo po katastrofie do jej ojca słyszały w słuchawce komunikat po rosyjsku (potwierdza to dziennikarz jednej z gazet, który także próbował po tragedii skontaktować się z posłem). Oznaczać to może jedno: telefon komórkowy musiał zalogować się do sieci rosyjskiej, a byłoby to możliwe tylko wtedy, gdyby został przez polityka PiS włączony na terenie Rosji. Jak twierdzi Małgorzata Wassermann, jej ojciec nigdy nie włączał telefonu na pokładzie samolotu. ‘Mój ojciec latał samolotami kilka razy w tygodniu przez przeszło dziesięć lat i nigdy nie zdarzyło mu się zapomnieć wyłączyć telefonu w samolocie’ – powiedziała w rozmowie z RMF FM córka posła. I dodała: ‘Nie tylko mój ojciec miał włączony telefon na terenie państwa rosyjskiego’.
Podobnie wypowiedział się w TVP Antoni Macierewicz, przewodniczący zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Podkreślił, że z ustaleń zespołu wynika, iż większość telefonów komórkowych na pokładzie Tu-154 101 przed katastrofą była czynna. – A byli to ludzie, którzy bardzo skrupulatnie przestrzegali przepisów. W związku z tym musiało się zdarzyć coś niezwykłego, że zdecydowali się włączyć komórki, i jeszcze zdążyli to zrobić. A przecież włączenie komórki nie odbywa się w ciągu sekundy, lecz co najmniej piętnastu sekund’. Link tutaj

Wnioski:
-na pokładzie samolotów nie wolno mieć włączonego telefonu ze względów bezpieczeństwa.
-dlaczego pomimo tego, wiele osób zdecydowało się włączyć telefony, ryzykując zakłócenie przyrządów pomiarowych i innych w samolocie?
-czy doszło do jakiegoś nadzwyczajnego wydarzenia na pokładzie samolotu?
-lub katastrofa wydarzyła się wcześniej, niż nam się mówi. Wpis na forum samochodowym mieszkańców Smoleńska informujący o katastrofie miał godzinę 8.20 czasu polskiego (10.20 czasu Moskiewskiego). Rzeczywisty czas katastrofy mógł być więc jeszcze wcześniejszy niż 8.20. nawet, jeśli to tylko 5 minut wcześniej – są to minuty kluczowe.
-wtedy wielu ludzi mogło przeżyć katastrofę.

Ale to nie koniec. Politycznie poprawna organizacja – Rada Etyki Mediów wydała oświadczenie, iż powyższe informacje z niezależnej i Gazety Polskiej są szkodliwe społecznie, rodzą złe emocje itp. Co ciekawe, okazało się, że REM wydała to oświadczenie na osobistą prośbę Krystyny Mokrosińskiej działającej w środowisku dziennikarskim. Jest ona w sporze prawnym z Gazetą Polską. Tak się proszę państwa załatwia sprawy w Polsce. To rodzi oczywiste podejrzenia, że decyzja REM była nieobiektywna i podyktowana osobistymi interesami. Oczywiście, wszystkie korporacyjne media zacytowały decyzję REM, jednak żadne z nich nie napisały, że odbyło się to na prośbę p. Mokrosińskiej.
cyt:

‘Organizacje dziennikarskie, tak chętnie atakujące prawicowe media, nie zajęły się sprawą nierzetelnych materiałów obrażających kapitana Tupolewa Arkadiusza Protasiuka (nieprawdziwa teza o czterech podejściach do lądowania, sugerująca, że pilot złamał wszelkie procedury), czy oskarżenia generała Błasika o rzekome naciski lub przejęcie kontroli nad samolotem. Informacji tych nikt nie potwierdził, mało tego – z informacji dzisiejszego ‘ND’ wynika, że prokuratura nie wyklucza, iż generał Błasik w kabinie pilotów mógł działać w sytuacji nagłego zagrożenia. Uwiarygodnienie tej tezy potwierdzałoby opisywane przez GP i ‘Nasz Dziennik’ niepopularne w mainstreamowych mediach teorie, m. in. ewentualność zamachu’.
link tutaj

Myślę, że warto zadać pytanie, czemu REM w ogóle nie atakuje mediów korporacyjnych, którym zależy na zatajeniu prawdy, manipulacji, sianiu dezinformacji, sianiu oszczerstw. Przykłady:
-”jak nie wylądujemy to mnie zabiją”
-”jestem autorem filmu spod Smoleńska i dziwię się, że powstało tyle teorii spiskowych. Ja żadnych strzałów nie słyszałem”
-”prawda o Smoleńsku może być gorzka dla Polski”
-i wiele innych wyszczególnionych także na tym blogu.

alexirin.wordpress.com

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Śmiertelne “wypadki” polskich szpiegów w kontekście Rosji


18/10/2010, 01:58

Leszek Szymowski

Od 2000 roku, na służbie zginęło w tajemniczych okolicznościach co najmniej pięciu agentów polskiego wywiadu pracujących na tzw. „kierunku rosyjskim”.

Jeden rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata i 800 złotych grzywny – taką karę w grudniu 2004 roku sąd w Białej Podlaskiej wymierzył obywatelowi Białorusi Siergiejowi Z. Uznał go winnym zarzutu spowodowania wypadku drogowego. Do zdarzenia doszło trzy miesiące wcześniej na głównej drodze w Białej Podlaskiej. Siergiej Z. – prowadząc ciężarówkę – uderzył w tył samochodu, którym jechał Marek Karp – szef Ośrodka Studiów Wschodnich. Karpa przewieziono do szpitala i poddano hospitalizacji. Dyrektor umarł dwa tygodnie później, 14 września 2004 roku, w dość zaskakujących okolicznościach. Oficjalnie przyczyną śmierci były urazy powypadkowe. Istnieje jeszcze druga, bardziej zagadkowa wersja – mówi o niej jeden z lekarzy, który zajmował się Karpem. Według tej wersji, dyrektor OSW został wypisany ze szpitala jako człowiek prawie zdrowy, a pół godziny później został znaleziony na parkingu przy szpitalu w Warszawie, w którym wcześniej był leczony.

Wyrok nie do wykonania

Jeszcze bardziej zastanawiające są okoliczności wypadku, do którego doszło 28 sierpnia. Jego przebieg odzwierciedla sporządzona ekspertyza biegłego. Wynika z niej, że ciężarówka była sprawna, zaś jej kierowca – Siergiej Z. – rozpoczął hamowanie dopiero w ostatnim momencie (świadczą o tym ślady opon i zapisy na tachografie). W samochód Karpa uderzył nie prosto, lecz z boku, więc siła i kąt uderzenia zepchnęły auto na przeciwny pas jezdni, gdzie staranowała je ciężarówka. Jeżeli przypatrzyć się całemu zderzeniu bliżej – widać, że wypadek przebiegał według metod uczonych na specjalnych kursach sowieckich służb specjalnych: NKWD i GRU. Samochód ofiary tracił przyczepność i wpadał wprost pod ciężarówkę, która go taranowała.

Jeszcze bardziej zaskakujące są okoliczności zamknięcia całej sprawy. Sprawca wypadku – Siergiej Z. został zatrzymany przez policję i osadzony w izbie zatrzymań. Tuż po północy, 29 sierpnia, wyszedł na wolność. W aktach sprawy nie zachował się protokół jego zwolnienia. Nie wiadomo również do dziś kto wypuścił go na wolność. Białoruski kierowca natychmiast opuścił Białą Podlaskę i wyjechał w stronę przejścia granicznego. Następnego ranka, gdy prowadzący śledztwo zorientowali się, że go nie ma, Siergiej Z. był już na Białorusi. Śledztwo odbyło się bez jego udziału. Polscy prokuratorzy zwrócili się oczywiście do władz białoruskich o pomoc prawną, jednakże trwało to długo. W końcu otrzymali od białoruskich władz adres Siergieja Z. i wysłali mu wezwanie na przesłuchanie, jednak okazało się, że istnieje przypadkowa zbieżność nazwiska adresata z nazwiskiem kierowcy. Oficjalnie strona białoruska stwierdziła, że nie jest jej znany inny człowiek o tym nazwisku. Jeśli dyplomaci celowo nie utrudniali śledztwa – oznacza to, że sprawca wypadku w Białej Podlaskiej używał fałszywej tożsamości. To dowodzi, że kraksa nie była przypadkiem lecz zorganizowaną i zaplanowaną egzekucją.

Tajna misja geologa

28 września 2008 roku, w pobliżu granicy afgańsko – pakistańskiej, kilkunastu Talibów z ekstremistycznego ugrupowania Tehrik – i – Taliban Pakistan zaatakowało samochód, którym jechał polski geolog Piotr Stańczak. Kierowca i towarzyszący mu ochroniarze zostali zamordowani, a sam Polak dostał się w ręce porywaczy. Za uwolnienie geologa Talibowie zażądali uwolnienia 110 ich towarzyszy z pakistańskich więzień. W styczniu 2009 roku, zwiększyli zakres swoich żądań. Domagali się uwolnienia już nie 110, ale wszystkich Talibów przebywających w pakistańskich więzieniach, a ponadto wycofania wojsk koalicji z terenów plemiennych. Od samego początku jasne było to, że żądania porywaczy są niemożliwe do spełnienia. 7 lutego Piotr Stańczak został zamordowany. 27 kwietnia jego zwłoki przekazano polskiej ambasadzie w Islamabadzie.

Tajne działania

Obie tragedie mają jeden wspólny mianownik. Ich ofiarami padli ludzie wykonujący dla polskiego wywiadu tajne zadania związane z bezpieczeństwem energetycznym. Marek Karp kierował Ośrodkiem Studiów Wschodnich – rządową instytucją zajmującą się tzw. „białym wywiadem” czyli pozyskiwaniem informacji z jawnych i dostępnych źródeł (prasa, konferencje, wypowiedzi ekspertów). Analizy wykonywane przez OSW trafiały do ministerstw, do służb specjalnych, do Agencji Wywiadu i były tam przetwarzane. Pomagały polskim politykom podejmować właściwe decyzje z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Sam Marek Karp od wielu lat najbardziej zgłębiał problem bezpieczeństwa energetycznego. Sporządzał analizy na temat rynku paliw i gazu, na temat patologii na tym rynku i na temat możliwości pozyskiwania tych surowców z innych źródeł niż rosyjskie. Karp alarmował, że polski rynek energetyczny z każdym rokiem coraz bardziej uzależniony jest od wpływów rosyjskiego wywiadu. Latem 2004 roku, odbył kilka podróży do krajów kaukaskich, aby dokładnie przeanalizować możliwości pozyskiwania gazu i ropy z pominięciem Rosji. Dyrektor Karp popierał bowiem pomysł budowy rurociągu znad wybrzeża Morza Kaspijskiego przez Turcję i Kraje Bałkańskie do Polski. Precyzyjne analizy na ten temat chciał przekazać posłowi PiS Zbigniewowi Wassermannowi, jednak nie zdążył tego zrobić.

Zanim doszło do spotkania i przekazania materiałów, Karp został ranny w wypadku w Białej Podlaskiej. Jego śmierć nastąpiła w ciekawym momencie: kilkanaście dni wcześniej sejmowa komisja śledcza ds. PKN Orlen ujawniła, że Jan Kulczyk spotkał się we Wiedniu z Władimirem Ełganowem i negocjował z nim na temat sprzedaży akcji PKN Orlen. Ta transakcja umożliwiłaby rosyjskiemu wywiadowi przejęcie kontroli nad rynkiem paliw w całej Europie Wschodniej na wiele lat. Nie doszło do tego wskutek wybuchu „afery Orlenu”.

Z kolei Piotr Stańczak – oficjalnie geolog pracujący dla spółki Geofizyka Kraków – w rzeczywistości na polecenie Agencji Wywiadu zajmował się poszukiwaniem w Pakistanie nowych złóż ropy i gazu. Było to również związane z planem budowy rurociągu kaspijskiego, który wdrożyć w życie chciał wcześniej Marek Karp.

Według jednej z koncepcji politycznych, o której mówił Witold Michałowski – redaktor naczelny kwartalnika „Rurociągi”, amerykański firmy naftowe rozważały inwestycje w tym rejonie świata, gdyby rzeczywiście okazało się, że są tam dostępne pokłady ropy i gazu. Ta koncepcja zakładała współpracę z tymi firmami PGNiG, oraz PKN Orlen i możliwość transportowania surowców tankowcami do Polski. Taka koncepcja częściowo uniezależniłaby polski sektor energetyczny od rosyjskich spółek. W tym kontekście znaczenia nabiera fakt, że Piotr Stańczak został porwany przez ugrupowanie, które broń kupowało od mafii rosyjskiej (kontrolowanej przez GRU i FSB) i zostało wskazane przez amerykański Departament Stanu jako organizacja terrorystyczna powiązana z rosyjskimi służbami specjalnymi.

Wypadki „nielegałów”

W 2008 roku na terenie Rosji Zachodniej doszło do wypadku samochodowego, w którym zginął Polak – Krzysztof T. T. był oficerem Agencji Wywiadu wysłanym do Rosji w charakterze „nielegała” – czyli szpiega nie mającego paszportu dyplomatycznego i zajmującego się przenikaniem w struktury rosyjskiego państwa, pozyskiwaniem agentury do współpracy i zdobywaniem tajnych informacji. Oficjalnie Krzysztof T. używał legendy biznesmena zainteresowanego importem towarów z Rosji. Jego zadanie polegało na rozpracowywaniu struktur energetycznych – zwłaszcza Gazpromu i Jukosu pod kątem działań zagrażających bezpieczeństwu Polski. Ze swoich działań pisał szczegółowe notatki, które trafiały najpierw do siedziby polskiej rezydentury w Moskwie, a później do centrali wywiadu przy ulicy Miłobędzkiej.

Krzysztof T. przekazywał bardzo cenne informacje pozwalające polskim służbom uprzedzić niekorzystne dla naszego kraju posunięcia. Tą doskonałą pracę wywiadowczą przerwał wypadek samochodowy, który zakończył życie polskiego szpiega.

Wiemy, że na terenie Rosji doszło jeszcze do zabójstw co najmniej dwóch agentów polskiego wywiadu. Udało nam się ustalić, że obaj odnieśli liczne sukcesy, zdobywając m.in. tajne dane wojskowe. Jeden z nich pozyskał do współpracy cenne źródło informacji uplasowane w aparacie władz państwowych w Moskwie. Nie znamy jednak ani personaliów obu wywiadowców ani okoliczności, w których zginęli. – Obaj byli bardzo doświadczonymi funkcjonariuszami – mówi oficer AW. – W trakcie wielu lat pracy na wschodzie uzyskali potężną wiedzę o zagrożeniach dla Polski. Ta wiedza ich zgubiła.

Na całym świecie

Śmiertelne „wypadki” szpiegów, które zdarzają się w każdej służbie świata, to nie jedyny problem Agencji Wywiadu. Ta najtajniejsza i najbardziej elitarna spośród polskich służb specjalnych jest sparaliżowana przez chaos, polityczne wpływy i ciągłe reformy. O ostatniej wpadce polskiego wywiadu głośno było półtora roku temu. Agenci odebrali z Narodowego Banku Polskiego pieniądze przeznaczone na działalność operacyjną i… część środków zgubili. W dodatku jeden z konwojentów zostawił ślady pozwalające na zidentyfikowanie go. W każdym innym wywiadzie świata byłby to ostatni dzień pracy niefortunnego konwojenta. Czy funkcjonariusz rozstał się ze służbą? Tego nie wiadomo, gdyż jest to informacja tajna. Jak wszystko co dotyczy kadr wywiadu.

Jeszcze pięć lat temu, Agencja Wywiadu zatrudniała 607 osób. Dziś stan etatowy wzrósł o jedną trzecią. Liczba kadrowych oficerów powoli dochodzi do tysiąca. Każdy z nich pracuje w jednym z dziewięciu biur, z których najważniejsze jest pięć biur operacyjnych (A,B,C,D,E), z których każde obejmuje swoim zasięgiem jeden kontynent (bez Antarktydy, Australia jest w zainteresowaniu biura zajmującego się Ameryką Południową).

To filozofia działania AW jako tzw. „wywiadu globalnego” realizującego swoje zadania na terenie całego świata. Jest o tyle nierealna, że działania na terenie całego świata wymagają znacznie większych nakładów i kadr. Największe globalne wywiady świata: chiński Guoan BUamerykańska CIArosyjskie SWRizraelski Mossad angażują ogromne środki (roczny budżet CIA to 22 miliardy dolarów) i tysiące osób (stan kadrowy Mossadu w 2008 roku wynosił ponad 28 tysięcy ludzi). Nawet wywiady Iranu, Korei Północnej czy Japonii ograniczają swoje strategiczne sfery działania. Dla polskiego wywiadu kierunkiem strategicznym jest Rosja, Niemcy, kraje Europy Środkowo – Wschodniej i państwa kaukaskie. Podejmowanie działań wywiadowczych w Ameryce Południowej czy dalekiej Azji angażuje ludzi i pieniądze i nie wplata się w potrzeby polityczne Polski. W efekcie, spadają wyniki działań na strategicznych kierunkach.

Dowodzi tego słynny raport ABW opublikowany po „incydencie w Gruzji” (strzelanina do kolumny prezydenta Kaczyńskiego), z którego wynika, że na tym ważnym odcinku służby prawie w ogóle nie posiadały źródeł informacji. Taka sytuacja świadczy o tym, że idea Agencji Wywiadu działającej globalnie nie sprawdziła się.

Rekrutacja szpiegów

W polskim wywiadzie zawodzi również system doboru kadr. Na stronie internetowej polskiego wywiadu czytamy, że „Agencja sama zajmuje się pozyskiwaniem pracowników” i „z zasady nie rozpatruje podań osób zwracających się o pracę”. Ten system skutecznie eliminuje wiele wartościowych jednostek, chcących służyć bezpieczeństwu Polski z pobudek patriotycznych. W wielu służbach państw NATO, powszechną praktyką jest rozpatrywanie aplikacji i szczegółowe badanie wszystkich kandydatów. Kto mimo wszystko zostanie „zauważony” przez Agencję, może liczyć na wynagrodzenie w pierwszym roku około 3 tysięcy złotych „na rękę” (wyjątkiem są oficerowie zajmujący się nielegalnym wywiadem – mogą zarabiać nawet trzy razy więcej), co nie jest zbyt obiecujące dla poszukiwanych na rynku specjalistów. Zawodzi też system szkoleń, który zbyt mało czasu i uwagi poświęca specjalistycznym szkoleniom indywidualnym, nauce od podstaw pracy operacyjnej. Dowodem tego jest fakt, że w Agencji Wywiadu nie opracowano systemu działań tzw. „kontrwywiadu ofensywnego” – zajmującego się zwalczaniem szpiegostwa na terenie przeciwnika.

W profesjonalnych służbach standardem jest to, że każdemu szpiegowi pomagają kontrwywiadowcy, którzy „oczyszczają pole”: ściągają na siebie uwagę lokalnych służb, aby odwrócić ją od agenta, weryfikują wiarygodność źródeł, starają się zapewnić bezpieczeństwo i powodzenie każdej misji szpiegowskiej.

Mimo bałaganu organizacyjnego, chaosu, zmian i wątpliwej polityki kadrowej, niedoinwestowany polski wywiad ma jednak pewne sukcesy. W dużej mierze (jak choćby w zwalczaniu terroryzmu) są one wynikiem współpracy z Amerykanami. Ta współpraca jak na razie układa się znakomicie. Co się jednak stanie, gdy CIA zmieni front i przestanie pomagać “przyjaciołom” z Polski?

www.nczas.com

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized