Monthly Archives: Marzec 2011

„Były dwie maszyny. Która się rozbiła?”


31.03.2011 21:45

Na poniższy tekst zwróciła niedawno uwagę na swym blogu MMariola (http://mmariola.salon24.pl/292226,polski-1-0-1-kurs-79-czy-polski-121-kurs-259).
Proszę spojrzeć na podawany czas:
Źródła wojskowe podają, że 15 min przed lądowaniem prezydenta służby kontrolne lotniska zabroniły lądować wojskowemu Ił-76 ze względu na złe warunki. On odleciał gdzie indziej. Pilotowi prezydenta też nie zalecali lądować. Ale zabronić mu nie mogli.
Ekspert wojskowy wyjaśnił „Gazecie”, że na pół godziny przed lądowaniem samolotu prezydenckiego na lotnisku Siewiernyj miał wylądować wojskowy Ił-76 z Moskwy, który wiózł oddział funkcjonariuszy Federalnej Służby Ochrony (odpowiednik BOR-u). Pilotował lotnik ze Smoleńska dobrze znający miejscowe warunki. Dwa razy podchodził do lądowania. W końcu zawrócił na moskiewskie Wnukowo.
Kontroler lotów radził pilotowi samolotu prezydenta, by ten ze względu na mgłę lądował w Mińsku. Lotnisko w Smoleńsku nie ma automatycznego systemu naprowadzania. Do grudnia, było to lotnisko wyłącznie wojskowe, przede wszystkim dla samolotów transportowych, które są tu remontowane. Dopiero od tej pory jest wojskowo-cywilnym.”
Nie podejrzewamy, by dziennikarz „GW”, gazety tak bliskiej moskiewskiej prawdy, był źle poinformowany. Jeśli zaś zaglądniemy do stenogramów z wieży ruskich szympansów, to znajdziemy tam wprawdzie informację o próbach lądowania iła-76, ale już rad „kontrolera lotów”, by polska załoga „ze względu na mgłę lądowała w Mińsku”, raczej nie. Tym ostatnim jednak nie musimy się zbytnio przejmować, bo i dziś funkcjonariusze Ministerstwa Prawdy śpią spokojnie po blisko rocznej robocie propagandowej osłaniającej smoleńską zbrodnię.
Nie musimy się też przejmować tym, gdzie poleciał ił-76, skoro nie przejmuje się tym Ministerstwo Prawdy (Plusnin podczas drugiego podejścia mówi o zapasowym w Twerze (kawałek drogi ze Smoleńska), następnie zaś, po ustaleniach z centralą w Moskwie, jest mowa kursie na Juchnow w obwodzie Kałużskim (http://www.esosedi.ru/loc/rossiya/kaluzhskaya_oblast/yuhnovskiy_rayon/yuhnov/3067/index.html#lat=54742263&lng=35233155&z=13&v=2&mt=0)). Wprawdzie w Juchnowie lotniska raczej nie ma, więc może chodzi o bazę lotniczą Worotyńsku (bo w Adujewie jest ponoć już opuszczona), a może o samą Kaługę? A Kaługa tak jakoś znajomo znowu w smoleńskiej historii brzmi, bo tam przecież miano, wedle „raportu komisji Burdenki 2” postawić w stan gotowości siły „Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych” (na lotnisku Grabcewo?). Tak jak i w Briańsku (http://www.ourairports.com/airports/UUBP) (w Briańsku jest jeszcze jedno, stare, nieczynne lotnisko).
Ciekawić nas może zaś to, skąd wzięła się informacja, jakoby polski samolot miał lądować na Siewiernym pół godziny po ile-76, a nawet 15 minut po „zabronieniu lądowania” iłowi przez wieżę – skoro wieść gminna w ruskiej narracji niesie, że dopiero o 8.41 pol. czasu miało być „feralne przyziemianie” w smoleńskim lesie, czyli raptem ponad godzinę po drugim przyziemianiu iła-76? Może być wprawdzie zagadką to, że ruskie szympansy zabroniły lądować iłowi, ale już akurat polskiemu samolotowi z Prezydentem na pokładzie „zabronić nie mogły”, jak pisze nieoceniony funkcjonariusz MP, to jednak już meandry logiki, jaką wykłada się tylko w WUML-u przy Czerskiej i podręczniki tej logiki są nie do zdobycia nawet na czarnym rynku.
Wróćmy po tych wypisach z Czerskiej do klasycznej ruskiej narracji, bo ta nas dziś interesuje, a w jej przypadku najlepiej posłuchać samych przedstawicieli ruskich mediów, a nie bratnich żurnalistów znad Wisły, choćby ci ostatni chcieli jak najlepiej i ze szczerym zaangażowaniem przekazać moskiewską prawdę. Oto jeden z takich ruskich speców (oznaczę go dla wygody: R) pojawia się w rządowej telewizji TVN24 i proszę prześledzić jego wypowiedzi w kontekście całej, przebiegającej na gorąco od pierwszych komunikatów o „awarii” po komunikaty o „132 ofiarach”, rozmowy, gdyż jak na moje oko i ucho, nieco WYPRZEDZAJĄ te wypowiedzi oficjalny przekaz rządowej telewizji TVN24. Będą w tym stenogramie moje wtrącenia w nawiasach (m.in. dotyczące pol. czasu poszczególnych elementów relacji), które, mam nadzieję, nie przeszkodzą w lekturze :); wyciąłem też mniej istotne fragmenty lub zbędne powtórzenia.
Osobami telewizyjnego dramatu będą: J. Kuźniar (K), R. Poniatowski (Po), W. Olejniczak (O), P. Paszkowski (Pa), A. Dudek (D), J. Mróz (M), B. Tadla (T) oraz „Pan Władimir” (R). Jako zupełny przypadek traktuję to, że i w telewizji TVN24, i TVP Info (nie sprawdzałem jak w innych było), akurat tego dnia pojawili się przedstawiciele FR na żywo w studiu. Pewne wypowiedzi mogą być Państwu dość dobrze znane, ale inaczej one wyglądają, gdy się je czyta, a inaczej, gdy się je słyszy. Proszę w ramach prostego zadania arytmetycznego, policzyć, ile razy pada fraza „prezydencki jak-40” podczas tego dramatu.
K: „(…) Mamy informacje bardzo ogólne o tym, że były jakieś kłopoty z lądowaniem prezydenckiego samolotu jak-40 na lotnisku w Smoleńsku (którym lotnisku? – przyp. F.Y.M.). Polska delegacja wspólnie z osobami, które z p. Prezydentem leciały do Lasu Katyńskiego na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej – wyleciały z Polski o godz. 6.50. Kilka minut temu (w stosunku do 9.19 – przyp. F.Y.M.) te nieoficjalne informacje o tym, że były jakieś problemy z lądowaniem tej prezydenckiej maszyny do nas dotarły. Próbujemy zebrać jak najwięcej jak najbardziej potwierdzonych informacji, tak żeby nie przekręcić niczego (…). Wg tego oficjalnego rozporządzenia to był jak-40 (…) A teraz Las Katyński – tam jest nasz specjalny wysłannik, Rafał Poniatowski (…)”
Po: „W tej chwili (9.20 – przyp. F.Y.M.) dochodzą do nas informacje, które trudno potwierdzić, trzeba przyznać, ale staramy się je zbierać i w jakiś sposób weryfikować. Z tego, co dowiedzieliśmy się na lotnisku w Smoleńsku, panuje tam totalna mgła, w związku z tym samolot prezydencki, który podchodził do lądowania, nie wylądował, nie przyziemił… Świadkowie, z którymi rozmawialiśmy (ciekawe, jacy – przyp. F.Y.M.), wiedzą tylko tyle, że można było usłyszeć, że piloci dodali gazu – no tak po to, aby samolot wyprowadzić z podejścia do lądowania – po czym, jak wynika z naszych informacji – kontakt z samolotem się urwał…”
(W tym momencie nasuwa mi się skojarzenie z tym, co mówił S. Wiśniewski o tym, że wydawało mu się, że jakiś samolot wcześniej przed tupolewem wylądował i zaraz odleciał – czy nie mógł to być… prezydencki jak-40 pilotowany przez śp. gen. A. Błasika?)
„…mówią ci, którzy są w tej chwili na lotnisku (ciekawe, jacy „ci” – przyp. F.Y.M.). Wiemy, że na lotnisku panuje naprawdę wielkie zamieszanie(z jakiego powodu? I na czym może polegać? Przecież nie doszło do trzęsienia ziemi czy przejścia tsunami, przecież nie szturmują wojskowego lotniska tysiące ludzi – przecież, jak wiemy z późniejszych relacji „wsie pogibli”, nie było pożaru i nie było kogo ratować – co więc mogło powodować „wielkie zamieszanie”? – przyp. F.Y.M.)… Uruchomiono służby ratownicze i trwa wielkie oczekiwanie na to, co będzie dalej. (…) Wiemy w tej chwili, podkreślam, jest spore zamieszanie w tej chwili wokół lotniska w Smoleńsku. Na samym lotnisku w Smoleńsku tam jeżdżą służby ratownicze i wszyscy czekają na dalszy rozwój wypadków (jeżdżą i czekają? – czy nie jeżdżą i czekają? – przyp. F.Y.M. – i co się ma jeszcze wydarzyć? Jakie wypadki, skoro już „po wszystkim”?)”.
K: „Rafał, jak daleko jest z Lasu Katyńskiego, z miejsca, gdzie jesteś na lotnisko wojskowe w Smoleńsku? Pod Smoleńskiem.”
Po: „Sądzę, że jest to jakieś 15 km, nie więcej. (…)”
K: „Dopytuję o to, bo widzę u ciebie, że nie ma ani grama mgły (…)”
No i Poniatowski jeszcze raz powtarza historię o pilotach, którzy dodawali gazu i o urwanym kontakcie z nimi. Kuźniar przypomina, że o 9.30 miały się planowo rozpocząć uroczystości katyńskie. I po chwili:
K: „(…) Ogromna mgła, bardzo gęsta mgła wokół lotniska wojskowego w Smoleńsku. Samolot prezydencki jak-40, który wystartował z Warszawy o 6.50 z wojskowego Okęcia, nie wylądował, nie przyziemił, potem słychać było (…) że piloci dodali gazu, próbowali podnieść tę maszynę… I przed sekundą dosłownie (9.23 – przyp. F.Y.M.) otrzymałem informację od rzecznika polskiej dyplomacji, rzecznika MSZ, p. Piotra Paszkowskiego, który potwierdził, że prezydencki samolot jak-40 rozbił się niedaleko lotniska wojskowego w Smoleńsku. (…) Rzecznik MSZ dodaje jeszcze, że samolot się zapalił, ale został ugaszony. (Kierując się do Olejniczaka)To był jak-40, jedna z najbardziej wysłużonych maszyn w polskiej służbie, prawda?”
(Jak bardzo Paszkowski był zorientowany w sytuacji na Siewiernym świadczy to, że podaje on dziennikarzom, iż Bahr miał nie tylko zawiadomić Sikorskiego „o wypadku”, ale i być świadkiem „wypadku” (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7752546,Katastrofa_samolotu_prezydenta__Nikt_nie_przezyl.html; materiał wideo zamieszczony na stronie))
Olejniczak jednak nie chce rozmawiać o jakach-40, tylko interesuje się losem ludzi na pokładzie. Kuźniar przyznaje, że nie wiedzą nic o losie pasażerów i niedługo później podaje nowe doniesienia:
K: „(…) Informacja sprzed kilku sekund dosłownie (9.25 – przyp. F.Y.M.). Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski potwierdza w rozmowie z TVN24, że wg wstępnych informacji prezydencki samolot jak-40, którym prezydencka para, prezydencka delegacja leciała (…) rozbił się, podchodząc do lądowania niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. (…) Maszyna rozbiła się niedaleko lotniska w Smoleńsku. Zapaliła się i została ugaszona. Tak informuje rzecznik MSZ (…), Reuters (…) powołując się na przedstawiciela lotniska wojskowego w Smoleńsku, informuje, że samolot się rozbił. To kolejne potwierdzenie tej nieprawdopodobnej, niewiarygodnej wiadomości. Mamy 2 źródła: Reuter i rzecznik MSZ-u. Prezydencki jak-40 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska, na lotnisku w Smoleńsku.”
(I teraz pewna korekta w stosunku do tego, co Kuźniar mówił o 9.19)
K: „Te informacje… Ta informacja dotarła do nas około godz. 9., nie chcieliśmy jej państwu podawać, bo nie mieliśmy żadnych sprawdzonych informacji – nie robimy tego nigdy. Teraz mamy potwierdzenia z 2 źródeł (…) (po zapowiedzeniu gości mających przybyć do studia – przyp. F.Y.M.) 2 źródła potwierdzają: Agencja Reutera i rzecznik MSZ: maszyna jak-40, bardzo wysłużona maszyna w służbie polskich linii, które woziły najważniejsze osoby w państwie, rozbiła się niedaleko lotniska w Smoleńsku. (…) Przypomnę państwu informację sprzed chwili (…), która dotarła do nas ok. godz. 9-tej, ale nie było oficjalnego „tak, potwierdzam” – teraz już wiemy: rządowy jak-40 z prezydencką parą, z gośćmi pary prezydenckiej, rozbił się niedaleko Smoleńska.”
D: „(…) Przed chwilą to usłyszałem. Natomiast muszę powiedzieć, że jeżeli to jest prawda (tu Rusek się ogląda na Dudka), to to jest gigantyczna tragedia po prostu (…) mam ciągle nadzieję, że okaże się… Już wiemy, że awaria była, ale że jednak ktoś przeżył, no, trzeba mieć nadzieję…
(no i na scenę wkracza – o 9.30. – „pan Władimir”, pytany o lotnisko smoleńskie):
R: „To bardzo blisko Moskwy, 700 km. Jest dobre lotnisko. Nie wiem, w ogóle nie wiem, co się mogło stać? Może… Przecież trzeba było już od dawna zmienić te samoloty rządowe. Ile było tychróżnych problemów z tupolewem.”
No właśnie. „Pan Władimir” zamiast szczegółowo o lotnisku, to już o „tych samolotach rządowych” i „różnych problemach z tupolewem”, a przecież w studiu rządowej telewizji TVN24 wszyscy są jeszcze na etapie „prezydenckiego jaka-40”! Poza tym skąd ta myśl o „zmianie samolotów rządowych”, skoro parę miesięcy temu tupolew wrócił z Samary, z najlepszych, ruskich rąk?
K (półprzytomnie): „Teraz już rzeczywiście nie ma sensu przynajmniej na razie wspominać. (przytomnie) Jeszcze będziemy na to narzekać (?? – przyp. F.Y.M.). Natomiast chciałem zapytać, czy to jest dobrze wyposażone lotnisko, skoro jest gęsta mgła. Czy są tam urządzenia, które pomagają pilotom wylądować w takich warunkach?”
R: To jest współczesne lotnisko, które jest przecież w centrum Rosji. To nie jakieś tam zacofane, nie jakieś tam na prowincji dalekiej, tak że to jest… bardzo dobre warunki. Nie wiem tylko, co było z pogodą tam, w tym… (Kuźniar się wtrąca o mgle, „nie wie, jak z deszczem”, na co Rusek) Gęsta mgła. Może samolot był nie dostosowany?”
Otóż to, lotnisko gites, tylko samolot nie ten. Wtrąca się Olejniczak, wracając do kwestii „prezydenckiego jaka”: „Bo my mówimy o jaku-40, to jest ten mały samolot. Polacy oglądając transmisje z wyjazdów premiera lub prezydenta, mają przed oczyma…
(Teraz bardzo ciekawy moment)
K: „Widok tupolewa, tak”.
O: „Widzą ten wielki samolot, tupolewa, dużo lepiej wyposażony, dużo mocniejszy. A to jest taki, samolot, który, ten jak, który jest niewielki, malutkim, można powiedzieć, samolotem. Współcześnie nie wiem, czy jeszcze produkowanym. I on służył, jeżeli już to, do lotów wewnątrz kraju, głównie i… Prezydent nie miał… Tam nie można było Prezydenta wziąć (…)
K: „(…) chociaż ja nie chcę spekulować, bo w tej oficjalnej rozpisce…
No i tu, jak pamiętamy, Kuźniar odkrywa, że Prezydent mógł lecieć tupolewem – przyp. F.Y.M. – wątek podchwytuje Olejniczak: „To tupolew”. Na co Kuźniar: „jest ogromny chaos informacyjny wokół tej sprawy”- no i wraca do naszego Ruska.
K: „Chciałem zapytać (…), jaka jest okolica tego lotniska pod Smoleńskiem. Czy tam jest las? Co tam jest?
R: „Zawsze w takiej tradycji rosyjskiej, że zawsze koło lotniska jest las. Jest jakiś pusty… przestrzenie na ziemi (?? – przyp. F.Y.M.), żeby właśnie samolot, który idzie do lądowania, żeby on był gdzieś nad lasem czy nad polem. Tak że nigdy nie ma takich dużych zabudowań (…) Smoleńsk też nie jest miastem, gdzie są wieżowce i tak dalej. Tak że w ogóle ten samolot jest używany na takich trasach, na której poleciał teraz, tzn. 700 km, to 500, 700 (?? – przyp. F.Y.M.).”
Olejniczak w międzyczasie analizuje rozpiskę i stwierdza: „Z tego wynika, że Prezydent leciał tupolewem, tu 154m.”
D: To jest dobra wiadomość (skoro wedle oficjalnych doniesień rozbił się „prezydencki jak” – przyp. F.Y.M.)
O: „To jest duża maszyna i na pewno bardzo dobrze wyposażona.”
Sytuacja więc jakby się uspokaja, ale z kolei do Mroza nie można się dodzwonić, więc Kuźniar przypomina, czego się od Mroza dowiedział i znowu jest nieco nerwowo, bo ponoć to Mróz miał przed 9-tą przekazać „pierwsze informacje”. Kuźniar zresztą ni z gruszki ni z pietruszki mówi (9.33): „Mieliśmy mnóstwo niesprawdzonych informacji, nieoficjalnych, mówiących o tym, że coś złego stało się niedaleko lotniska w Smoleńsku… i kilka minut temu dosłownie (9.33 – przypominam – przyp. F.Y.M.) rzecznik MSZ-u i Agencja Reutera potwierdziły, że prezydencka maszyna rozbiła się niedaleko lotniska pod Smoleńskiem w czasie lądowania.”
No i niedługo po próbie dodzwonienia się do Mroza, koło 9.34 dochodzi do udanego telefonicznego połączenia z Paszkowskim.
K: „Uporządkujmy te informacje. Wiemy, że były dwie maszyny. Która się rozbiła?
Pa (jakby nie dosłyszał pytania lub udał, że nie rozumie): „Tak, samolot rzeczywiście uległ rozbiciu przy podchodzeniu do lądowania w Smoleńsku. Najprawdopodobniej – ale to są wstępne informacje, nie w tej chwili przekazywane(czemu wstępne, skoro do „wypadku” doszło o 8.41? – przyp. F.Y.M. – co jest jeszcze do ustalania?) – zahaczył o drzewa. Tak że spadł, zapalił się. Akcja gaszenia samolotu została zakończona. Natomiast w tej chwili ekipy przystąpiły, no, do próby wydobycia pasażerów z pokładu samolotu.
Widać więc, że Paszkowski nie ma bladego pojęcia, co się na Siewiernym dzieje i najpewniej przekazuje to, co Ruscy podają „do wierzenia”. Zauważmy, jak ewoluuje „wiadomość”. Fazy tej ewolucji są następujące: 1) awaria „prezydenckiego jaka-40”, 2) rozbicie/lekki pożar, ale ugaszony, 3) katastrofa „prezydenckiego tupolewa”, 4) akcja ratunkowa/wydobywanie pasażerów, a w fazie ostatniej, odwołując się do ruskich komunikatów 5) „wsie pogibli”. Tymczasem, jeślibyśmy sobie przypomnieli choćby relację moonwalkera, to cała historia wygląda dokładnie odwrotnie. Najpierw jest faza 5), a potem 4) i/lub 3) (wedle różnych relacji) i 2). Oczywiście „prezydencki jak-40” już nie istnieje w późniejszej ruskiej narracji. Najpierw więc ruscy milicjanci etc. ogłaszają, że „wsie pogibli”, a potem ruskie władze wysyłają straż i karetki, ale i tak właściwie „nie ma kogo ratować”. Niestety w polskich mediach ten scenariusz, nie wiedzieć czemu chronologicznie nie został odtworzony, a przecież ciekawą migawką byłyby stojące bezczynnie samochody ruskiego pogotowia. Z tego, co pamiętam, to koło 10.20 jakiś jeden „strażak” pokazany jest z jakimiś składanymi, żółtymi „noszami” i to wszystko, a tak to panowie w czarnych kurtkach popalają ruskie cygarety. No ale wróćmy jeszcze do studia rządowej telewizji TVN24.
K (jakby jeszcze nie był pewien): „Ale który samolot – jak-40 czy tupolew?
Pa: „Nie. To jest tupolew. Tu 154m.”
K: „Tym, którym leciała Para Prezydencka i jej goście, tak?
Pa: „Niestety tak.
K: „A skąd… (informacja o jaku-40? – przyp. F.Y.M.)”
Pa (ciągnie swój wątek, jakby znowu nie słyszał, choć przecież to tenże sam Paszkowski podawał niedawno sprawdzoną informację o prezydenckim jaku-40!): „…Niestety tak, ale w tej chwili na bieżąco spływają informacje. No, samolot uległ bardzo znaczącemu zniszczeniu. Zapalił się po rozbiciu… (skąd gość wie, o jaki samolot teraz chodzi i co się naprawdę z tymże samolotem dzieje, skoro gościa nie ma na lotnisku, skoro jeszcze niedawno twierdził coś zupełnie innego o innym samolocie i skoro na Siewiernym nie ma żadnej akcji wydobywania pasażerów? – przyp. F.Y.M. – skąd ma te bieżące informacje?). Akcja gaszenia dobiegła końca, natomiast, no, w tej chwili, tak jak mówię, ekipy przystąpiły do próby wydobycia pasażerów z tego bardzo zniszczonego samolotu (…)”
K: „Będę czekał, tylko nie chcę powielać informacji niesprawdzonych (…) Czy planowane jest wzmocnienie tej służby konsularnej, ambasadorskiej? Czy wysyłacie tam z Warszawy kogoś?
Pa (jakby znowu nie słyszał lub udawał, że nie rozumie): „Halo?”
K: „Czy wysyłacie z Wwy kogoś, kto będzie wspierał tych ludzi tam na miejscu, naszego ambasadora?
Pa: „Analizujemy całą akcję.”
Jak ta analiza wyglądała, to wiemy dziś znakomicie. W studiu już więc wiadomo, że chodzi o tupolewa i zaczynają się deliberacje o możliwej liczbie ofiar. Dochodzi do połączenia z Mrozem, ale ten niczego nie potwierdza i opowiada o „nieopisanym chaosie”. Jest to godz. 9.39, a więc 1h „po wypadku”. Mróz zdążył już jednak spotkać świadka, co mu opowiedział o „absolutnie roztrzaskanym samolocie” i zapewnia, że jeszcze niczego NIE można potwierdzić. No i minutę później pojawia się wstępna informacja o 87 ofiarach śmiertelnych. I po tym wszystkim proszę się jeszcze wczytać w wygłoszoną po tej właśnie wiadomości, wypowiedź „pana Władimira” (pytanego znowu o lotnisko!):
R: „Jest bardzo dobre. Jest i cywilne, i wojskowe. Tak że w ogóle to jest bardzo duża tragedia i w imieniu Rosjan składam od razu kondolencje od wszystkich Rosjan – od wszystkich Rosjan, bo bardzo przykre, że na ziemi rosyjskiej takie wydarzenie znowu jakieś przykre dla Rosji i dla Polaków. (I teraz finałowy akord – przyp. F.Y.M.) Myślę, że już Polacy nie będą obciążać tym wydarzeniem rosyjskiej jakiejś tam władzy i tak dalej.”
Już? Kiedy jeszcze nikt nie powiedział ani słowa o zamachu? Poza tym, z jakiej racji za „wypadkiem” miałyby stać od razu „władze rosyjskie”? Kuźniar jednak jakby wsłuchany w to, co mu ględzą do ucha (tak chyba dostaje wtedy część informacji), przechodzi nad wypowiedzią Ruska do porządku dziennego i po chwili znowu wraca do kwestii lotniska w sytuacji kryzysowej. W międzyczasie pojawia się Tadla mówiąca o „nieopisanym chaosie” na lotnisku.
K: „To jest lotnisko nowoczesne, jak pan mówi, dobrze zorganizowane. Jeżeli ma tam… mają… wylądować delegacje (? – przyp. F.Y.M.), to służba ochrony tego lotniska jest wzmacniana w takich sytuacjach? Oni tam mają odpowiednią liczbę służb, żeby pomóc ratować ewentualne…?
R: „Wszystkie służby, które potrzebne. Tak że lotnisko jest nie jakieś tam zamrożone, niedziałające. To jest normalne lotnisko na co dzień. Tak że ja nie wiem, to po prostu jakaś, nie wiem, pomyłka straszna, że samolot zaczepił się za drzewo na przykład.”
Mało brakuje, a „pan Władimir”, mimo że przecież dopiero śledzi relacje „na gorąco”, by powiedział o pancernej brzozie, co połamała tupolewa.
R: „No, co to… Co to może być… Do...”
D: „Może mgła?
R: „Może mgła. Tak. Kiedyś zdarzyło się coś takiego…”
Ciekawe, kiedy.
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Natychmiast wszcząć śledztwo


31.03.2011 13:25

Rodziny ofiar osób zabitych w Smoleńsku powinny bezzwłocznie wystąpić na drogę prawną przeciwko rządowi, powołując się na fakt, że tenże rząd uniemożliwił wyjazd polskim specjalistom z medycyny sądowej, którzy bardzo szybko po „ogłoszeniu katastrofy” deklarowali swoją pomoc w badaniach dotyczących ciał ofiar tragedii.
Wywiad z prof. Karolem Śliwką, kierownikiem Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy, zamieszczony w książce „Smoleńsk. Kulisy katastrofy” autorstwa L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego („Nowe Państwo” 3/2011, s. 51-54) nie pozostawia w tej kwestii żadnej, absolutnie żadnej wątpliwości i pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów:
Katedra Medycyny Sądowej UMK w Bydgoszczy już rano w dniu katastrofy zorganizowała grupę najlepszych medyków sądowych różnych specjalizacji, w tym antropologów, genetyków, z całej Polski, z panią prof. Barbarą Świątek, krajowym konsultantem w dziedzinie medycyny sądowej, na czele. Zadzwoniłem do kolegów i wszyscy zadeklarowali chęć pomocy. Ci ludzie cały czas „siedzieli na walizkach” gotowi w każdej chwili jechać do Smoleńska. Na drugi dzień w południe dowiedziałem się – po wielu moich telefonach, jakie wykonałem do Rządowego Centrum Antykryzysowego – że nie jesteśmy potrzebni.
(LM i GW) – Czyli rząd poszukiwał patologów, którzy nie byli w Smoleńsku potrzebni, a z pomocy fachowców, którzy zadeklarowali chęć udziału, zrezygnował. Jak szybko zebrał Pan grupę chętną wo wyjazdu?
– Godzinę po katastrofie wysłaliśmy pismo do Prokuratury Generalnej i Naczelnej Prokuratury Wojskowej, a następnego dnia do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Zaoferowaliśmy pomoc w badaniach medyczno-sądowych koniecznych w związku z katastrofą smoleńską. „Ze względu na rozmiary tragedii i związaną z tym koniecznością przeprowadzenia szeroko zakrojonych badań identyfikacyjnych badania te naszym zdaniem powinny być przeprowadzone przez 2-3 najlepiej przygotowane ośrodki w naszym kraju” – napisaliśmy. Podkreśliliśmy, że biegli z Zakładu Genetyki Molekularnej w Bydgoszczy mogliby pomóc w badaniach DNA z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, a mają doświadczenie w identyfikacji ofiar katastrof i konfliktów zbrojnych. Uczestniczyli m.in. jako jeden z dwóch ośrodków europejskich w największej na świecie identyfikacji szczątków ofiar z grobów masowych Bośni i Hercegowiny. Napisaliśmy, że jesteśmy do dyspozycji prokuratury.
(…)
Biuro Prokuratora Generalnego poinformowało nas tylko, że przekazało nasze pismo do Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która zajmuje się katastrofą. Z NPW nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.
Jest to także sprawa pozwalająca tymże rodzinom wytoczyć proces przeciwko prokuraturze wojskowej jako tej instytucji, która zaniedbała medyczno-sądowe, kryminalistyczne zabezpieczenie „miejsca zdarzenia”. Należy jak najszybciej zebrać grupę prokuratorów, którzy zajmą się nowym śledztwem.
Ja zaś powiem Państwu, czemu nie wysłano w przeciągu paru godzin na Siewiernyj polskich ekspertów od medycyny sądowej zwłaszcza wyspecjalizowanych w rozpoznawaniu ciał po katastrofach. Dlatego, że mogliby stwierdzić, iż na Siewiernym nie doszło do katastrofy, a wielu ciał ofiar po prostu nie ma.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Proste pytania


30.03.2011 19:48

  • Dlaczego 10 Kwietnia 2010 r. relacje wideo z Siewiernego zaczynają się dopiero od ca. 10.20 pol. czasu, skoro tylu dziennikarzy było w Smoleńsku i skoro „wypadek” wydarzył się o godz. 8.41 pol . czasu?
  • Dlaczego dopiero o godz. 9.55 pol. czasu zostaje podana informacja o tym, że „wszyscy zginęli”, skoro „wypadek” wydarzył się o godz. 8.41 pol. czasu i nie było akcji ratunkowej, nie było pożaru i nie było kogo ratować?
  • Dlaczego o godz. 9.19 pol. czasu pojawia się w TVN24 „potwierdzona” informacja MSZ o „problemach z lądowaniem prezydenckiego jaka-40”, skoro o godz. 8.41 pol. czasu doszło do „wypadku ‚prezydenckiego tupolewa’”?:
„Mamy informacje bardzo ogóle o tym, że były jakieś kłopoty z lądowaniem prezydenckiego samolotu jak-40 na lotnisku w Smoleńsku” (mówi J. Kuźniar z rządowej telewizji TVN24 o godz. 9.19 pol. czasu)
  • Dlaczego od pierwszych chwil doniesień o „awarii”, „problemach z lądowaniem” itd. nie podaje się nazwy lotniska, na którym doszło do zdarzenia?
  • Dlaczego o godz. 9.20 pol. czasu rządowa telewizja TVN24 donosi, że „na lotnisku panuje naprawdę wielkie zamieszanie”, skoro do „wypadku” doszło o 8.41 pol. czasu, nie było kogo ratować, „wsie pogibli” i nie było pożaru? Na czym polega problem z wielkim zamieszaniem?
  • Dlaczego o tejże godz. 9.20 pol. czasu w rządowej telewizji TVN24 mówi się: „Uruchomiono służby ratownicze i trwa wielkie oczekiwanie na to, co będzie dalej” – skoro w rzeczywistości na Siewiernym nie trwa żadna akcja ratunkowa? Na kogo/co więc się czeka? I kto czeka? Służby? Rząd? Dziennikarze? Ruscy?
  • Dlaczego o godz. 9.23 pol. czasu podawana jest w rządowej telewizji TVN24 informacja pochodząca od rzecznika MSZ jakoby: „samolot się zapalił, ale został ugaszony”, skoro żaden samolot się nie zapalił i żaden samolot nie był gaszony na Siewiernym?
  • Dlaczego ok. godz. 9.30 pol. czasu w rządowej telewizji TVN24 mówi się o blokadzie informacji, skoro „wypadek” wydarzył się o godz. 8.41 pol. czasu, „wsie pogibli”, nie było pożaru i nie było kogo ratować?
  • Dlaczego J. Mróz wysłannik rządowej telewizji TVN24, który tę telewizję przed godz. 9-tą pol. czasu zawiadomił o „problemach z lądowaniem polskiego samolotu”, a który wedle słów J. Kuźniara z godz. 9.33 pol. czasu relacjonował zdarzenia w następujący sposób: „słychać syreny alarmowe pogotowia, widać straż pożarną pędzącą na sygnale, widać milicję rosyjską pędzącą na sygnale, ale nikt nie chciał nic potwierdzić”, nie miał informacji o tym, że „wsie pogibli”, nie ma żadnego pożaru, nie ma kogo ratować?
  • Dlaczego J. Kuźniar (wiedząc, że J. Mróz, z którym rozmawiał chwilę wcześniej, przyleciał tamtego dnia jakiem-40 z innymi dziennikarzami) o godz. 9.34 pol. czasu pyta P. Paszkowskiego: „Uporządkujmy te informacje: wiemy, że były dwie maszyny – która się rozbiła?
  • Dlaczego o 9.34 pol. czasu P. Paszkowski mówi przez telefon na antenie: „…w tej chwili ekipy przystąpiły, no, do próby wydobycia pasażerów z pokładu samolotu”, skoro „wypadek” był o 8.41 pol. czasu, „wsie pogibli” i nie było ani pożaru, ani akcji ratunkowej?
  • Dlaczego na pasku informacyjnym rządowej telewizji TVN24 o godz. 9.34 pol. czasu pojawia się informacja o wydobywaniu pasażerów, skoro „wypadek” było o 8.41 pol. czasu, „wsie pogibli” i nie było ani pożaru, ani akcji ratunkowej?
  • Dlaczego na pytanie J. Kuźniara (9.35 pol. czasu): „Czy wysyłacie z Warszawy kogoś, kto będzie wspierał tych ludzi tam na miejscu, naszego ambasadora…?” P. Paszkowski odpowiada: „Analizujemy całą akcję”? I jaką akcję ma na myśli? Akcję serca?
  • Dlaczego o 9.39 pol. czasu J. Mróz wysłannik rządowej telewizji TVN24 będący na miejscu „wypadku” mówi: „…Chaos jest wręcz nieopisany. Nie można potwierdzić w tej chwili tak naprawdę żadnej informacji. Mi udało się porozmawiać z człowiekiem, który twierdzi, że był na miejscu. Widział samolot absolutnie roztrzaskany, bardzo wiele części płonęło. No. Tylko tyle. Nic poza tym. Żadnych absolutnie informacji potwierdzić w tej chwili z oficjalnych źródeł nie można” – skoro o godz. 8.41 pol. czasu doszło do wypadku, nie było pożaru, „wsie pogibli” i nie było kogo ratować?
  • Dlaczego dopiero o godz. 9.40 pol. czasu „Agencje podają, że zginęło 87 osób”, skoro „wypadek” wydarzył się o 8.41 pol. czasu, „wsie pogibli”, nie było pożaru i nie było kogo ratować?
  • Dlaczego ca. 9.43 pol. czasu podawana jest informacja o tym, że „ok. godz. 9-tej” miał się rozbić polski samolot, skoro do „wypadku” doszło o 8.41 pol. czasu?
  • Czy o godz. 9.47 pol. czasu J. Mróz wysłannik rządowej telewizji TVN24 mówi w odpowiedzi na pytanie o „przebieg akcji”: „Trudno w tej chwili powiedzieć, dlatego że BYŁEM ZATRZYMANY przez FSB… w tej chwili absolutnie odcięty, odizolowany, dlatego że polityka wobec mediów jest tak prowadzona, że nie udzielane są żadne informacje i panuje absolutna izolacja”?
  • Dlaczego B. Tadla w rządowej telewizji TVN24 mówi o godz. 9.52 pol. czasu, że panuje „totalny chaos na lotnisku”, jest „blokada informacji”, „samolot spadł 1,5 km od lotniska w Smoleńsku” i że FSB zabiera dokumentację świadków, tj. zdjęcia i notatki dziennikarzy?
  • Dlaczego o 9.56 pol. czasu J. Kuźniar podaje „dokładną godzinę katastrofy” „8.56”, skoro do „wypadku” doszło o 8.41 pol. czasu?
  • Dlaczego o 9.59/10.00 pol. czasu B. Tadla mówi: „Miejsce katastrofy zupełnie odizolowane i od FSB nie docierają do nas żadne informacje?” Czy FSB to jest jakaś nowa agencja prasowa?
  • Dlaczego o 10.10 pol. czasu Reuters podaje informację, że „polski prezydent zginął na pokładzie samolotu” skoro nikt nie widział jeszcze wtedy na Siewiernym ciała polskiego Prezydenta?
  • Dlaczego o 10.10 pol. czasu podawana jest liczba 132 osób zabitych na pokładzie tupolewa?
  • Dlaczego rządowa telewizja TVN24 nie wysłała 10 Kwietnia 2010 r. do Smoleńska swojego słynnego błękitnego helikoptera, skoro to taka bogata stacja?
  • Dlaczego polski premier w pierwszych godzinach „po wypadku” poleciał do Warszawy a nie do Smoleńska?

freeyourmind.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Musiał wybuchnąć


2011-03-29 20:22

Od zestrzelenia południowokoreańskiego boeinga w Rosji wydarzyło się wiele katastrof lotniczych i krwawych aktów terroru, które szokowały świat. W tajemniczych wypadkach ginęli generałowie i gubernatorzy. Często po nich pojawiały się spekulacje o zamachu.

Tuż przed świtem w tajnej bazie Sokół rozległ się alarm. Mjr Giennadij Nikołajewicz Osipowicz popędził do swojego myśliwca Su-15, aby jak najszybciej dopaść wroga. Jego celem było przechwycenie obcego samolotu, który wtargnął nad terytorium jego ojczyzny. Przez ok. 100 km podążał śladem intruza. Leciał tuż za nim na pułapie ponad 10,5 km nad ziemią. Z odległości niespełna 200 m widział, że nie jest to szpiegowski RC-135 (czyli przerobiony Boeing 707), który wcześniej kręcił się w tym rejonie. Po światłach pozycyjnych i dwóch rzędach okien rozpoznał charakterystyczny kształt jumbo jeta. Był przekonany, że pasażerski boeing został wysłany z misją wywiadowczą. Miał ochotę zestrzelić go, gdy tylko przekroczył granicę, ale rozkazano mu zmusić intruza do lądowania.

Najpierw pomigał wrogiej maszynie światłami, ale ponieważ leciał z tyłu, więc załoga boeinga go nie dostrzegła. Potem oddał trzy salwy ostrzegawcze z działka pokładowego. W sumie wystrzelił 520 pocisków. Maszyna nie zareagowała, prawdopodobnie załoga też nic nie zauważyła, bo miał tylko zwykłą amunicję, a nie pociski smugowe, które byłyby lepiej widoczne na tle nocnego nieba. Major nie próbował nawiązać kontaktu przez radio, bo był przekonany, że oni nie znają rosyjskiego, tak jak on nie znał angielskiego, więc możliwości porozumienia nie było.

Największym problemem stawał się czas. Ścigany samolot przeleciał już nad Sachalinem i zmierzał w kierunku wód międzynarodowych. Majorowi kończyło się paliwo. W ostatniej chwili dostał zgodę na zestrzelenie. Odpalił w kierunku intruza dwie rakiety; jedną naprowadzaną radarowo, drugą termicznie. Trafiła tylko pierwsza, ale to wystarczyło, aby potężny odrzutowiec uległ dekompresji. Piloci stracili kontrolę nad maszyną, która weszła w korkociąg i runęła do morza.

Samolot był w momencie trafienia niewiele ponad 20 s od neutralnego terytorium. Gdyby tam dotarł, 269 osób znajdujących się na jego pokładzie by ocalało. Dowódca koreańskiego boeinga był doświadczonym pilotem. W powietrzu spędził ponad 10 i pół tysiąca godzin. Latał od dziewiętnastu lat. Popełnił prawdopodobnie błąd przy programowaniu pilota automatycznego.

Południowokoreański Boeing 747 leciał z Nowego Jorku przez Anchorage na Alasce do Seulu. Nad ranem 1 września 1983 r. zboczył z kursu i wleciał w przestrzeń powietrzną Związku Radzieckiego. Prezydent Ronald Reagan nazwał jego zestrzelenie „aktem barbarzyństwa” i „zbrodnią przeciw ludzkości”. Czarna skrzynka południowokoreańskiego samolotu została wyłowiona przez Sowietów, ale ujawniono ten fakt dopiero po dziewięciu latach. Borys Jelcyn, który uznał zestrzelenie koreańskiego odrzutowca za największą tragedię zimnej wojny, przekazał te dowody Amerykanom. Do dziś nie ma jednak pewności, dlaczego boeing zboczył z kursu ani dlaczego go zestrzelono.

Trzynaście lat po tragedii, udzielając wywiadu amerykańskiemu dziennikowi „The New York Times” (9 grudnia 1996 r.), mjr Osipowicz był dumny ze swojego czynu. Twierdził, że samolot wykonywał misję wywiadowczą, a na jego pokładzie byli sami szpiedzy. Zapewniał, że czuje się szczęśliwy dzięki sławie, jaką zdobył zestrzeleniem wrogiego samolotu. Skarżył się jedynie na zbyt niską nagrodę. Kontroler, który wykrył na radarze obcy samolot, dostał 400 rubli. Jemu przyznano tylko 200. Odczuwał to jako niesprawiedliwość.

Niebezpieczna misja

Mimo tych powszechnie znanych faktów polskie samoloty lecące w kwietniu ub.r. do Smoleńska nie zostały w ogóle zabezpieczone przed atakiem terrorystycznym. Ponieważ czas przylotu i skład delegacji były szeroko znane, zaplanowanie ataku nie nastręczyłoby terrorystom trudności. Wystarczyłoby, aby jakiś fanatyk z ręczną wyrzutnią przeciwlotniczą, kupioną na kaukaskim bazarze, stanął pod trasą podejścia do jedynego pasa na lotnisku Siewiernyj i odpalił rakietę, kiedy tupolew podchodził do lądowania. Naprowadzany termicznie pocisk trafiłby niechybnie w jeden z silników, a samolot runąłby na ziemię jak kamień.

Internet pełen jest rozbudowanych scenariuszy zamachu, którego polskie służby w ogóle nie brały chyba pod uwagę. Po roku wyjaśniania katastrofy smoleńskiej wciąż nie wiemy, co tam się stało. Nie ujawniono dotychczas dowodów wskazujących, że samolot został zaatakowany, ale z powodu mataczenia uzasadnione są wątpliwości, czy dowody takie nie zostały ukryte lub zniszczone. Można jedynie spekulować, że gdyby katastrofa była efektem ataku terrorystycznego, to w interesie rosyjskich śledczych byłoby raczej nagłośnienie tej wersji niż jej zatuszowanie.

Trzeba jednak pamiętać, że w operacji przyjmowania polskiego samolotu uczestniczyli wyłącznie oficerowie rosyjscy, że katastrofa miała miejsce w strefie odpowiedzialności Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej, że zabezpieczenie terenu i akcja ratunkowa prowadzona była przez resorty siłowe Rosji. W tej sytuacji wydaje się mało prawdopodobne, aby obcy, czyli terroryści, mogli przeniknąć na ten obszar, przeprowadzić taką akcję i zniknąć bez śladu, nie ujawniając nawet swoich celów.

Cała operacja na Siewiernym była realizowana i nadzorowana przez wojsko. Ostateczny rozkaz w sprawie przyjęcia polskiego samolotu przyszedł ze sztabu w Moskwie. Politykę informacyjną po katastrofie też realizowano przy znacznym udziale Sił Powietrznych. Szef ich sztabu był członkiem specjalnej komisji państwowej Rosji badającej wypadek. Sprawa smoleńska ma więc charakter wojskowy, a nie cywilny.

Liczba scenariuszy, według których wojskowi mogliby doprowadzić do katastrofy samolotu, jest imponująca. Nie warto tracić czasu na prymitywne teorie dotyczące ataku konwencjonalnego, takiego jak zwykłe zestrzelenie czy zakłócenie podejścia przez drugi samolot lub inną przeszkodę w powietrzu. Blokada sterów wysokości jest intrygującą hipotezą, ale nie wyjaśnia, dlaczego samolot w ostatnich sekundach lotu udało się wyprowadzić z upadku i zaczął się on już wznosić w górę. Hipoteza wirtualnego lotniska, czyli skierowanie samolotu w jar przed lotniskiem za pomocą fałszywych radiolatarni i reflektorów zainstalowanych na samochodach, też niewiele wyjaśnia, gdyż nie tłumaczy, ani dlaczego samolot zaczął spadać, ani dlaczego załoga nie zdążyła go podnieść z tego upadku.

Bomba paliwowo-powietrzna

Najbardziej intrygujące są teorie związane z nowoczesnymi typami broni. Szczególną popularnością cieszy się teoria detonacji bomby paliwowej nad polskim samolotem. „Gazeta Polska” już w maju ub.r. dotarła do specjalistów od budowy płatowców, według których rozerwanie kadłuba tupolewa na tak drobne kawałki, jak to się stało w Smoleńsku, mogła spowodować tylko potężna eksplozja. Zdaniem ekspertów, gdyby nie doszło do wybuchu, samolot mógłby popękać, rozpaść się na kilka fragmentów, ale duraluminiowy kadłub nie rozerwałby się na tak drobne części. Specjaliści zwracali uwagę, że na elementach samolotu nie ma znaków pożaru, choć czuć było od nich woń paliwa lotniczego. Kadłub został rozerwany na postrzępione kawałeczki, na których nie było śladów nadtopienia. Eksperci wskazywali, że takie efekty mogła spowodować bomba paliwowo-powietrzna, która niszczy cele, nie wywołując pożaru, bo wysysa tlen z otoczenia.

Działanie takiej bomby polega na rozpyleniu w powietrzu substancji wybuchowej i momentalnym zdetonowaniu tej chmury w taki sposób, aby uzyskać ekstremalnie małe ciśnienie i wysoką temperaturę. Broń tego typu określana jest także mianem termobarycznej lub próżniowej ze względu na efekt „wysysania” tlenu podczas eksplozji. Paliwem mogą być np. ciekłe i gazowe węglowodory, pyły metali, materiały wybuchowe oraz różne mieszaniny. Podczas wybuchu powstaje fala uderzeniowa, która rozprzestrzenia się z ogromną prędkością, powodując straszliwe zniszczenia.

Na początku tego roku „Nasz Dziennik” zamieścił rozmowę z Wasilijem Wasilenką, byłym pilotem wojskowym i instruktorem-kosmonautą, który ujawnił, że sam pracował nad pociskami termobarycznymi, zwanymi bronią wolumetryczną. Według Wasilenki, broń ta umożliwia zestrzeliwanie samolotów, zwłaszcza lecących na małej wysokości. Rakieta może być nakierowywana na radar, na ciepło lub na wiele innych czynników. W przypadku pocisków naprowadzanych na radar, jeśli wybuch nastąpi kilkanaście metrów nad celem, największe uszkodzenia powstają zwykle w przedniej i środkowej części samolotu. Zdaniem Wasilenki, obrażenia ludzi powstałe w wyniku działania broni wolumetrycznej są bardzo podobne do tych, jakie powstają w wyniku ogromnych przeciążeń – 100 g lub wyższych. Według MAK, przeciążenie w chwili zderzenia polskiego tupolewa z ziemią wynosiło 100 g. Jak twierdzi Wasilenko, w przypadku wybuchu głowicy termobarycznej w zniszczonej części samolotu powinien być wyczuwalny zapach nafty, ale resztki nie powinny się palić. Ciała ofiar byłyby w stosunkowo niewielkim stopniu zniszczone, ale mogą być nagie, bo podciśnienie zrywa ubrania. Uszkodzenia narządów wewnętrznych byłyby podobne do tych powstających przy ogromnych przeciążeniach.

Lotnicze bomby paliwowo-powietrzne były wykorzystywane wielokrotnie podczas wojen w Wietnamie, Zatoce Perskiej i Iraku. Skuteczność ich rażenia przewyższa kilkakrotnie moc niszczącą bomb z ładunkiem trotylowym o tej samej masie. Broń ta jest bardzo efektywna przeciwko polom minowym, schronom, słabo opancerzonym pojazdom i samolotom na lotniskach. Bomby takie mogą inicjować wybuch w ogromnej przestrzeni, setek, a nawet tysięcy metrów sześciennych. Największą bombą tego typu jest rosyjska konstrukcja znana jako „ojciec wszystkich bomb”, która ma ponoć czterokrotnie większą moc niszczącą od największej bomby amerykańskiej tego typu GBU-43 MOAB, zwanej z kolei „matką wszystkich bomb”. Pierwszy oficjalny test rosyjskiej superbomby odbył się w 2007 r. Tajemnica jej siły polega ponoć na użyciu nowego materiału wybuchowego, wytworzonego przy użyciu nanotechnologii.

Atak bronią termobaryczną na niskiej wysokości pozostawiłby zapewne ślady na wraku, na ciałach ofiar oraz w terenie. Jeśli badanie katastrofy byłoby prowadzone rzetelnie, to z pewnością już dawno można by wykluczyć lub potwierdzić tę hipotezę. Z powodu mataczenia, ukrywania i niszczenia dowodów sytuacja jednak się komplikuje. Wybuch niewielkiej nawet bomby termobarycznej w czasie podchodzenia samolotu do lotniska, kiedy maszyna znajduje się na niewielkiej wysokości, stanowiłby śmiertelne dla niej zagrożenie. Wybuch taki mógłby tłumaczyć „wyparowanie” kokpitu i rozerwanie kadłuba samolotu na drobne fragmenty. Nasza wiedza jest tu taka sama jak rok temu. Podobnie jest z pozostałymi hipotezami próbującymi wyjaśnić przebieg katastrofy.

Gazeta Polska

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Wokół zeznań Sasina


28.03.2011 07:08

Min. J. Sasin, jak wynika z jego relacji w sejmie (link poniżej; 0h22′ materiału; we wtrąceniach w nawiasach podaję czasy z późniejszych wypowiedzi JS) niedługo po dramatycznym telefonie M. Wierzchowskiego rusza ze swoimi współpracownikami i kilkoma borowcami pod milicyjną ruską eskortą na Siewiernyj. Jak długo trwa ten przejazd, nie wiemy. Sam Sasin mówi, że był na miejscu jakąś godzinę „po katastrofie”. Dociera on do punktu, gdzie stoi dużo karetek pogotowia (nie podaje ilości), zaś lekarze i pielęgniarki stoją przy nich bezczynnie, co dla Sasina jest wtedy znakiem tego, że „prawdopodobnie jest taka sytuacja, że nie ma kogo ratować”.
Potem zaś dociera na pobojowisko i znowu mamy historię, jak z Wierzchowskim i S. Wiśniewskim, gdyż Sasin też dostrzega rozmaite osobliwości „miejsca katastrofy” aczkolwiek wnioski wyciąga zupełnie odmienne aniżeli należało wyciągnąć (o czym niżej): „Zobaczyłem obraz miejsca, gdzie samolot się rozbił (…). To mnie uderzyło, no, że ten wrak był tak w jednym miejscu (…) tak mi się wydawało, nie miałem okazji nigdy wypadków lotniczych z bliska oglądać, ale tak mi się wydawało, że to może być na bardzo dużym terenie rozrzucone części… Tutaj jakby ten samolot, on był bardzo zniszczony, bardzo rozbity, ale jednak zasadnicze części tego samolotu, wydawało mi się, że są jakby w jednym miejscu.” (Później 1h19′ powie, że sądził, jadąc, iż doszło po prostu do awarii, a jeszcze później 1h52′, że miał wrażenie, jakby samolot spadł z jakiejś wysokości „pionowo w dół”; wykluczył też, by był tam jakiś wąwóz czy zbocze, w które miałby uderzyć tupolew).
I nieco dalej: „Zaczęliśmy (z J. Bahrem i Wierzchowskim – przyp. F.Y.M.) chodzić wokół tego wraku, oglądać to miejsce. (…) Widziałem też, w jakim stanie leżą zwłoki osób tam na tym miejscu katastrofy.” (Sasin doda później, że nie był w stanie nikogo rozpoznać; ciała były zmasakrowane (1h36′)). Sasin telefonuje (już któryś raz) do K. Bochenek, której przekazuje informację: „prawdopodobnie Prezydent nie żyje”. Przypominam, że Sasin (ani nikt inny jeszcze wtedy) NIE widział ciała śp. L. Kaczyńskiego (co więcej, Sasin stwierdzi w sejmie, że nie otrzymał wiadomości o znalezieniu ciała Prezydenta do czasu swego wylotu z Siewiernego (koło godz. 15.) (1h57′) – co w pewnym sensie kłóci się z relacją Wierzchowskiego albo stawia ją pod znakiem zapytania, no chyba że Sasina nie poinformowano by o tego typu wydarzeniu).
Jak więc to swoje zawiadomienie Sasin tłumaczy? Dość podobnie jak tłumaczył swoje relacje z pobojowiska Wierzchowski. „Tak wywnioskowałem po prostu z tego, co zobaczyłem, z tego, że… jak to wygląda.” W sytuacji więc, w której należało uznać Prezydenta za zaginionego i wszcząć poszukiwania tegoż Prezydenta (wcale nie przesądzając, iż NIE żyje), Sasin po pobieżnych oględzinach wraku „wywnioskowuje”, że Prezydent zginął.
Ale to nie koniec – teraz będzie najważniejsze i najciekawsze (podobna wypowiedź pojawia się w filmie „Mgła”, ale jest nieco bardziej lakoniczna). Sasin zastanawia się bowiem, co robić (dzwoni też wtedy A. Duda, prosząc, by szukali na pobojowisku ciała Prezydenta 0h28’/0h29′):
„…stwierdziłem, że nie jestem w stanie ani nikogo tutaj zidentyfikować (…) zdecydowana większość tych ciał, nie widziałem ich zbyt wielu, stwierdziłem, wiedziałem, że na pokładzie było 96 osób, a widziałem zaledwie kilka ciał, które były rozrzucone.” (Potem powie: „Tych ciał było dziesięć, kilkanaście” (1h37′))
Tego rodzaju widok skłania Sasina do następnego wniosku:
Więc stwierdziłem, że większość ciał znajduje się gdzieś tam, prawda, w samolocie czy pod tymi częściami samolotu (…) Nie będziemy, nie będę w stanie w żaden sposób się tam dostać.
Sasin widzi KILKA/KILKANAŚCIE CIAŁ na pobojowisku po katastrofie samolotu z blisko stu osobami na pokładzie. Jest to wprawdzie postęp w stosunku do tego, co widział Wołodia, Alosza (leśny dziadek z teczką), Igor i moonwalker Wiśniewski (a nawet Bahr przecież), którzy NIE widzieli żadnych ciał (Wołodii, Aloszy i Igora relacje są w „Superwizjerze”), no ale przecież nie jest to chyba normalny widok w takiej sytuacji. Mniejsza jednak z tym – potraktujmy miejsce zdarzenia przez chwilę na serio, a więc tak, jak traktowali zapewne i Sasin, i Bahr, i Wierzchowski i inni przybyli tam przedstawiciele strony polskiej (pomijam, naturalnie, udziałowców w zbrodni). Co nasi bohaterowie robią? Co robi Sasin z Bahrem?
Zaczęliśmy stać i przez dłuższą chwilę tak żeśmy się przyglądali temu, co się dzieje.”
Gdyby to nie było tragiczne, to można by w tym momencie wybuchnąć jakimś histerycznym śmiechem. Dwóch najwyższych wtedy (w Rosji) rangą urzędników państwowych z Polski stoi przed pobojowiskiem po katastrofie samolotu z delegacją prezydencką i się po prostu przygląda temu, co się dzieje. Sasin tłumaczy ten stan odrętwienia i zdezorientowania także w ten sposób, że „miał zahamowanie moralne” tego typu, że „nie chciał chodzić po szczątkach osób”. Proszę tego mojego zapisu nie traktować jako szyderstwa – jestem w stanie zrozumieć skrupuły polskich wysokich urzędników, ale pod warunkiem, że cały teren „po wypadku” zostałby natychmiast otoczony i zabezpieczony przed jakimikolwiek intruzami, do czasu przybycia (śmigłowcami czy samolotami z Polski) polskich lekarzy sądowych i specjalistów kryminalistyki. I nie robiono by na tym terenie przez ten czas zupełnie nic. Absolutnie nic. Tak przecież się jednak nie stało. Na pobojowisko wlazła cała masa ruskich funkcjonariuszy w mundurach i cywilu. I to na oczach skamieniałych polskich urzędników. Co zatem dzieje się dalej? Bahr z Sasinem znajdują osobliwe wyjście z sytuacji.
W pewnym momencie on (Bahr – przyp. F.Y.M.) mówi, zapytał mnie: co my powinniśmy teraz zrobić w stosunku do ludzi, którzy są na cmentarzu? (…) Doszliśmy do takiego przekonania, że powinniśmy pojechać na cmentarz i powinniśmy poinformować jakby wszystkich o tym, że zdarzyła się taka katastrofa.”
Pomijając już kwestię telefonicznego zawiadomienia o tragedii kogoś np. z wojskowych będących w Katyniu (co byłoby zupełnie zrozumiałe w związku z powagą chwili), problem jedynie w tym, że skali tej katastrofy wcale na razie nie oszacowano. Żadnej identyfikacji nie dokonano, ciała Prezydenta ani Prezydentowej nie znaleziono itd. Mimo to, Bahr z Sasinem decydują się na powrót z Siewiernego (autem ambasadora) do Katynia, tak jakby tam w takiej chwili było ich najważniejsze miejsce. Gdyby tego było mało Bahr stwierdza nawet, że podjął decyzję, iż „należy tą uroczystość jakby odbyć, (uroczystość – przyp. F.Y.M.) która była zaplanowana”, odbyć, ponieważ… są tam w Lasku Katyńskim… przedstawiciele Rosji (0h31′). (Dosłownie włos się jeży na głowie, gdy się to słyszy w relacji Sasina – cała ta sytuacja przypomina jakąś Gombrowiczowską opowieść a la polska placówka dyplomatyczna w Argentynie po wybuchu II wojny – w „Trans-Atlantyku”). Bahr decyduje złożyć wieniec na cmentarzu rosyjskim (Sasin uda się na cmentarz polski), potem zaś ma być nabożeństwo, ale Sasin ma w planie za jakiś czas jednak powrócić na północne smoleńskie lotnisko. Przedtem zaś dojdzie do wystąpienia przed kamerami telewizji i osobami zebranymi w Lesie Katyńskim, któremu to wystąpieniu towarzyszyć będzie przedziwne doprawdy rozumowanie Sasina. On wspomina to tak (0h32′):
„…cały czas miałem taką podświadomą nadzieję, że może ktoś się uratował z tej katastrofy (!! – przyp. F.Y.M.) i stwierdziłem, że ogłaszanie jakby w tym momencie, że Prezydent zginął, nie jest właściwym działaniem (…) W momencie, kiedy nie widziałem ciała Prezydenta, to jakby nie powinienem tej informacji publicznie podawać do wiadomości. W związku z czym ograniczyłem się do powiedzenia o tym, że była tragiczna katastrofa, że delegacja, która miała dotrzeć, nie dotarła i o Prezydencie… że nie ma go w tej chwili tutaj z nami. Natomiast nie stwierdziłem tego, że Prezydent nie żyje.
Jest to zupełnie kuriozalne przedstawienie sprawy. To przecież tenże Sasin był władny pozostać na lotnisku i szukać ciała Prezydenta, by je ujrzeć i mieć wiedzę do tego, by móc ogłaszać, co się z Prezydentem stało. Jeśli więc tego nie uczynił, to w jakim celu się zasłaniał takimi okrągłymi zdaniami? Co one zmieniały, skoro wiadome już było od Rusków, że „wsie pogibli”?
I w tej sytuacji obaj z Bahrem zamiast przedsięwziąć jakieś kroki pozostają na mszy świętej w Katyniu i dopiero po 20 minutach nabożeństwa Sasin decyduje się na działanie – dzwoni do stolicy, a Duda namawia go do powrotu, bo w Warszawie gajowy urządza już zamach stanu (z kolei Bahr będzie namawiał Sasina do pozostania w Smoleńsku). Sasin zatem wróci na Siewiernyj, a tam po różnych perypetiach (wedle relacji Kwiatkowskiego spowodowanych przez Turowskiego)… przesiedzi w jaku-40 dwie godziny, nim faktycznie wyleci do Polski.
Wróćmy na koniec do przygotowań do prezydenckiej delegacji. Sasin opowiada (1h13′): „Na etapie przygotowań, wstępnym etapie przygotowań w ogóle nie zakładano dwóch samolotów. Zakładano, że będzie jeden samolot, w którym pomieszczą się wszyscy – cała delegacja i towarzyszący dziennikarze. Następnie w trakcie tworzenia tej delegacji po pierwsze okazało się, że sama delegacja z przyczyn (…) ogromnego zainteresowania udziału musi być większa. Między innymi bardzo szeroka grupa parlamentarzystów się w tej delegacji znalazła na wniosek marszałka sejmu (…) Po drugie było ogromne zainteresowanie dziennikarzy udziałem w tych uroczystościach (…).
Powstał pomysł taki, żeby był jeszcze drugi samolot, żeby więcej osób przeleci tam na miejsce. No, w dyspozycji drugim samolotem, który mógł być w tym czasie, to był tylko i wyłącznie ten jak-40, ten mały samolot. I zaczęliśmy dyskutować, jak ta delegacja powinna być podzielona, czyli kto leci z Prezydentem, kto leci jakiem (…). Stwierdziliśmy, że rozsądnym będzie, że jakiem lecą dziennikarze, bo wtedy też przylatują wcześniej na miejsce, czyli mają czas na to, aby np. wcześniej udać się na cmentarz (…), a cała delegacja w pełnym składzie poleci oddzielnie. Nigdy na żadnym etapie nie była dyskutowana kwestia jakiegoś oddzielnego lotu jakiejkolwiek części delegacji, tym samym również, generałów.
o
Poniżej na prośbę Rolexa zamieszczam Apel:
NA POMOC RZĄDOWI TUSKA!
Nie grajmy w piłkę, tłumaczmy raporty!
Rządowi trzeba pomagać, to truizm. Więc i w nas, sygnatariuszach niniejszej inicjatywy, pomysł ten wykwitł jak młody przebiśnieg.
Nie tak dawno, złoto-ustami ministra Grasia „izwienitie pożałujsta, eto była takaja prosta oszibka”, rząd ogłosił, że w wypełnianiu swoich podstawowych obowiązków wyjaśnienia śmierci głowy państwa, pierwszej damy, ostatniego prezydenta Polski na uchodźstwie, senatorów, posłów, najwyższych urzędników, generałów oraz ludzi zasłużonych dla Polski, wyasygnuje z budżetu kwotę na wykonanie koniecznej, a przy tym prostej, operacji: tłumaczenia polskich uwag do końcowego raportu MAK.
Czynność to potrzebna, bo zbliża się rok od tragedii i pół roku od opublikowania raportu, a świat dalej może badać rosyjską, pełną zakłamań, jawnych szyderstw, złej woli wersję rosyjską, (o czym wiemy chociażby od dnia, w którym nakazano wycofać z eksploatacji wszystkie Tu-154), w wersji powszechnie zrozumiałej na świecie, a więc wersji angielskiej, a nie może czytać pełnego trafnych uwag dokumentu polskiego, gdyż konia z rzędem temu, kto w świecie Zachodu rozszyfruje choćby tytuł dokumentu.
Rzecz jasna jesteśmy najdalsi od tego, żeby podejrzewać rząd, że swoim zwlekaniem chce najzwyczajniej w świecie dostarczyć dodatkowej porcji komfortu pułkownikowi KGB Władimirowi Putinowi, ober-prokuratorowi Czajce, czy innym rosyjskim oficjelom.
Nie sądzimy również, żeby kancelaria prezydenta Komorowskiego i w tym przypadku bała się, że dokonanie tłumaczenie oficjalnego dokumentu sygnowanego dostojnym imieniem Rzeczpospolitej Polskiej może zdenerwować naszego wielkiego sąsiada, tak jak mogła zdenerwować go tablica o wydatnej pomocy jakiej udzieliła nam tuż po stłumieniu sowieckiej rewolty Beli Kuna Republika Węgier, przysyłając pociągi z amunicją i sprzętem wojskowym.
To są podejrzenia niegodne aż do bólu!
Sądzimy, że rząd polski znalazł się zwyczajnie w sytuacji rozrzutnego alkoholika, który po wyprzedaniu rodowych sreber i zrealizowaniu zaciągniętych zobowiązań wobec elektoratu w formie zawarcia wielu najkosztowniejszych na świecie kontraktów infrastrukturalnych, zatrudnieniu dziesiątków tysięcy krewnych i znajomych królika w administracji rządowej pod pretekstem podniesienia stawki VAT-u, co wzrost tej stawki znakomicie skonsumuje, znalazł się krawędzi bankructwa.
Jak każdy uzależniony od czegokolwiek, a w tym przypadku od narkotyku władzy i zabicia strachu przed odpowiedzialnością, rząd stacza się moralnie skupiając się na zdobyciu kolejnej porcji używki, sprawy honoru, prestiżu, prawdy, zadośćuczynienia, naprawienia krzywd, zostawiając na wieczne nigdy.
Stan wycieńczonego narkotykiem organizmu rządowego nie może pozostawić nas obojętnymi. Wobec totalnej niemożności rządu RP do wykonywania swoich konstytucyjnych, nawet najbardziej podstawowych obowiązków, zmuszeni jesteśmy, w akcie obywatelskiego poczucia lojalności wobec wspólnoty, przejąć i wykonać część podstawowych zadań państwa polskiego.
Blogerzy, komentatorzy, przy wydatnym wsparciuStowarzyszeniaRodzin Katyń 2010, podjęlidecyzję o sfinansowaniu części koniecznych do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej badań i ekspertyz ze składek i datków tej części polskiego społeczeństwa, która jest przywiązana do idei posiadania własnego państwa i uczestnictwa w życiu wspólnoty, jaką jest naród.
Pierwszą z szeregu czynności eksperckich musi być dokonanie najwyższej klasy tłumaczenia polskich uwag do raportu MAK.
Ponieważ chodzi tutaj o dokument rządowy musieliśmy wybrać firmę o międzynarodowej renomie, która gwarantuje absolutnie profesjonalną jakość prac.
Wybór padł na brytyjską firmę TransPerfect. Koszt tłumaczenia został wyceniony na GBP 7.500. Jak widzimy, jest to suma która przerasta połączone budżety rządu, kancelarii prezydenta i kieszonkowe rzecznika rządu z racji wykonywania czynności konserwacji powierzchni płaskich na niemieckiej parceli.
Wszystkich, którzy chcieliby przyłączyć się do naszej inicjatywy prosimy o wpłacanie dowolnych kwot na kontaStowarzyszeniaRodzin Katyń 2010z dopiskiem: “tłumaczenie”.
Każdy, kto będzie posiadał udokumentowany dowód wpłaty (nawet jeśli będzie chciał pozostać anonimowy, a skontaktuje się poprzez podane adresy mailowe:pomniksmolensk.artur@gmail.comlub in.konrad@yahoo.co.uk)uzyska prawo do korzystania z tłumaczenia w zakresie i w sposób określony w prawie autorskim. Zostanie, krótko mówiąc, współwłaścicielem dokumentu z prawem jego pobrania, przetwarzania i rozpowszechniania.
Liczymy na Waszą wspaniałomyślność i zaangażowanie!
W przypadku gdy kwota zebranaze składek przekroczy planowane koszty prac, zostanie przeznaczona na kolejne, wykonywane za granicami kraju, badania i ekspertyzy, w tym i te kluczowe dla wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej.
Zaufajcie nam! My tę sprawę doprowadzimy do końca!
Blogerzy, komentatorzy iStowarzyszenie Rodzin Katyń 2010
Numery kont:
Przy wpłatach z Polski:
StowarzyszeniaRodzin Katyń 2010
PKO BANK POLSKI S.A.
25 1240 1109 1111 0010 3809 7044

41 1240 1109 1787 0010 3809 7682

89 1240 1109 1978 0010 3809 7259

Prosimy przy wpłatach o dopisek “Tłumaczenie”
Przy wpłatach z zagranicy:
StowarzyszeniaRodzin Katyń 2010
PKO BANK POLSKI S.A.
PL25 1240 1109 1111 0010 3809 7044

PL41 1240 1109 1787 0010 3809 7682

PL89 1240 1109 1978 0010 3809 7259

SWIFT: PKO PPL PW.
Prosimy przy wpłatach o dopisek “Tłumaczenie”

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Trójkąt bermudzki na Siewiernym


27.03.2011 10:20

Mamy trzy dość podejrzane osoby 10 Kwietnia w tym samym miejscu w dniu tragedii. Pierwszą z nich jest peerelowski agent T. Turowski, o którym wiele pisali „Rz”, „GP” oraz A. Ścios, drugą – pracownik ambasady, G. Cyganowski, który, jak wiemy z relacji moonwalkera S. Wiśniewskiego, w zupełnie zaskakujący, obcesowy sposób reaguje na obecność polskiego montażysty na „miejscu katastrofy”, nakazując czekistom zatrzymać Polaka i zniszczyć mu sprzęt. Za trzeci z wierzchołków tego „bermudzkiego trójkąta” należy uznać D. Górczyńskiego z MSZ, który nie tylko zajmował się logistyką przebiegu wizyt z 7 i 10 Kwietnia, ale też miał już o godz. 10.43 ruskiego czasu telefonować do Bartkiewicza, T. Stachelskiego oraz W. Batera z informacją o „wypadku”. Godzina 10.43 to dosyć wcześnie, prawda? To trochę podobna historia, jak z tym niesamowitym zdarzeniem, które zaobserwować mieli równocześnie i Wiśniewski, i gubernator obwodu smoleńskiego o godz. 8.38 (http://freeyourmind.salon24.pl/286838,bilokacja-o-8-38).
Biorąc poprawkę na wyciągnięcie telefonu, wybranie numeru i połączenie z kimkolwiek, to można by przyjąć, że już o 10.42 Górczyński miał tę pierwszą wiadomość, że doszło do tragedii. Nie za szybko jednak ta cyrkulacja takiej wiadomości, skoro polski samolot miałby się roztrzaskać o godz. 10.41 (już pomijam to, że tupolew miał ponoć zniknąć z ruskich radarów dopiero o 10.50, jak głosiły ruskie „oficjalne czynniki” 10 Kwietnia)? W jaki sposób możliwe jest, by już w minutę po katastrofie rozsyłać jakieś zawiadomienie „o wypadku”? Nie wiem, czy człowiek po takim zdarzeniu byłby w stanie od razu zebrać myśli, a co dopiero brać się za informowanie innych o zaistniałych faktach. Poza tym chyba potrzebny jest wcześniej jakiś choćby pobieżny rekonesans po miejscu zdarzenia i wstępna ocena sytuacji, nim się do kogokolwiek z wiadomością o tak poważnym wypadku zadzwoni, a to z kolei także wymaga przynajmniej paru minut czasu.
Jak więc możliwe jest tak wczesne zawiadomienie innych o Zdarzeniu? Wydaje mi się, że tylko w taki sposób, że otrzymało się informację od kogoś będącego na miejscu zdarzenia i kto dokonał w/w rekonesansu oraz oceny lub też samemu było się na miejscu zdarzenia i się dokonało tychże dwóch czynności. Albo więc news Górczyńskiego pochodzi od Cyganowskiego, albo Górczyński był w siewiernieńskim lasku wraz z Cyganowskim (Wiśniewski wspomina w jednym ze swych wczesnych, kwietniowych wywiadów o tym, że widział „polskich dyplomatów” (http://www.rp.pl/artykul/460798.html): „Dopóki byli strażacy, wszystko było OK. Zapytali, kim jestem; gdy powiedziałem, że z telewizji, nie robili żadnych kłopotów. Potem jednak pojawili się ludzie z Federalnej Służby Ochrony. Na filmie słychać, jak krzyczą: „Federalna Służba Ochrony. Oddawaj kamerę!”. Doszło do szarpaniny. Dwa byczki wzięły mnie pod pachy. W międzyczasie widziałem, że przez las od strony lotniska przybiegło kilku naszych dyplomatów w garniturach.”), a nie z delegacją oczekującą przy bramie wjazdowej i pomniku z ruskim samolotem. Gdyby bowiem był z tą delegacją, to przecież przekazałby J. Bahrowi i M. Wierzchowskiemu informację, i nie musieliby oni wróżyć z fusów i ugiętych ruskich kolan tudzież panicznego zachowania ruskich służb, że – jak to miał dramatycznie ubrać w słowa kierowca Bahra – „coś się stało, coś się stało”. Niemożliwe, by takiej informacji wtedy na gorąco Górczyński NIE przekazał, prawda, tylko telefonował do osób w Katyniu?
„Rz” w lipcu ub. roku pisała o mailach słanych przez Górczyńskiego, a dotyczących… braku informacji o tym, na jakim lotnisku ma lądować polski Prezydent ze swoją delegacją http://www.rp.pl/artykul/516122.html?print=tak„Rz” dotarła do e-maili wysyłanych przez urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych między 8 a 9 kwietnia w sprawie planowanego na 10 kwietnia lotu prezydenckiego Tu-154 do Smoleńska. Wynika z nich, że lotnisko Siewiernyj mogło dopiero w ostatniej chwili otrzymać informacje dotyczące lądowania polskiej delegacji. „Lotnisko w Smoleńsku nic nie wie o zgodzie na lądowanie samolotu z prezydentem. Będę wdzięczny za przekazanie e-mailem numeru zgody na przelot i lądowanie” – alarmował po południu 8 kwietnia Dariusz Górczyński, naczelnik wydziału MSZ odpowiedzialnego za sprawy rosyjskie, Jerzego Bahra, polskiego ambasadora w Moskwie.
Czy zatem, stosownie do braku rozpoznania ze strony BOR, którego funkcjonariusze nie zostali przez Rusków dopuszczeni do dokonania rekonesansu po lotnisku, NIE było decyzji o tym, że polska delegacja będzie skierowana na Siewiernyj? Czy nie podawano tej informacji ze względu na podwyższony stopień zagrożenia, jeśli chodzi o bezpieczeństwo Prezydenta? Oczywiście miałoby to całkowite uzasadnienie, niestety jednak nie mamy do tej pory jasności, co do tego, jakie w takim razie planowano by docelowe miejsce lądowania polskiej delegacji (zwłaszcza gdyby zostało ono utajnione ze względów bezpieczeństwa).
Sejmowe zeznania J. Sasina (mimo że nie jest podany w nich precyzyjny czas, to przynajmniej przytoczona jest pewna, istotna z punktu widzenia śledztwa, chronologia), rzucają tu pewne światło na całą tę tajemniczą sytuację z Górczyńskim (zeznania od 0h12′ materiału). Sasin twierdzi, że będąc w Lasku Katyńskim najpierw dostał informację od A. Kwiatkowskiego, że (ten z kolei dostał informację od Stachelskiego), że polski samolot nie wyląduje „na lotnisku Smoleńsku z powodu trudnych warunków atmosferycznych”, a zostanie skierowany do Moskwy. Stachelski zaś, gdy Sasin idzie do niego upewnić się, o co chodzi, otrzymuje już wtedy telefon o „wypadku w samolocie” (Sasin przysłuchuje się jego telefonicznej rozmowie). Sasin sądzi wtedy jeszcze, że nic poważnego się nie stało, po prostu samolot wyląduje w innym miejscu, „samolot wyląduje gdzie indziej i w związku z tym będziemy mieli tutaj (w Katyniu – przyp. F.Y.M.) opóźnienia w rozpoczęciu uroczystości”.
I Sasin opowiada teraz tak: „Kiedy skończył tę rozmowę, rozłączył się. Zaczął się tak na mnie badawczo patrzeć (…) „Dostałem (mówi Stachelski – przyp. F.Y.M.) jakąś dziwną informację, że zdarzył się jakiś wypadek (…) Wypadek w samolocie”. To pamiętam dokładnie, to stwierdzenie, bo ono mnie niezwykle zaskoczyło. Co może oznaczać „wypadek w samolocie”? Skala czy zakres wypadków, które się mogą zdarzyć na pokładzie samolotu, no, jednak jest dosyć ograniczona. No więc moja taka myśl była, że być może stało się coś któremuś z pasażerów (…) (I Stachelski dalej – przyp. F.Y.M.:) „…jakiś wypadek przy lądowaniu (…) samolot zjechał z pasa czy coś takiego”.” Z dalszych zeznań Sasina wynika, że zadzwonił zaraz do Wierzchowskiego, ten jednak NIE odbierał telefonu. Sasin skontaktował się z oficerem BOR w Katyniu, ten jednak nic „o wypadku” nie wiedział ani nawet, jak wyznał, nie miał do kogo na lotnisko zadzwonić. Zaczynają więc po naradzie w budynku przy cmentarzu organizować wyjazd samochodów do Smoleńska pod ruską milicyjną eskortą. Sasin usiłuje się jeszcze dodzwonić do dwóch osób z kancelarii Prezydenta oraz telefonuje z uspokajającym komunikatem do swojej żony. I dopiero w chwili, gdy gotowa jest kolumna do wyjazdu oddzwania do Sasina Wierzchowski ze swym wstrząsającym przekazem (skróciłem tę wypowiedź, całość do odsłuchania na stronie smoleńskiego zespołu Macierewicza):
„…nie był w stanie nawet słów za bardzo z siebie wydobyć. To była taka niezwykle dramatyczna relacja. On krzyczał, płakał (…) Zacząłem go uspokajać (…) On zaczął mówić: nie, słuchaj, jest w ogóle masakra, samolot jest rozbity, koła do góry i w ogóle samolot jest całkowicie rozbity (…) w lesie koło lotniska.
Wynika stąd, że najpierw do Katynia „lotem błyskawicy” dociera informacja Górczyńskiego, a długo potem, co można sądzić z opisanych wyżej wydarzeń, czyli jakieś kilkanaście minut po tymże pierwszym telefonie, dociera nerwowa i znana nam już aż za dobrze relacja Wierzchowskiego. Wynikałoby stąd też (z szacunkowych obliczeń w stosunku do godz. 10.42/10.43), że Wierzchowski faktycznie był na miejscu dopiero w okolicach 8.56 i „oficjalnego” wycia ruskiej syreny (http://freeyourmind.salon24.pl/278778,syrena-ruska).
Zwróćmy jednak na koniec uwagę na jeden istotny element informacji Górczyńskiego (pomijając jej nadzwyczajną, jak na okoliczności towarzyszące, „świeżość”) – chodzi mi o czas podany wedle ruskich współrzędnych. Jaka była wtedy realna godzina, to jest pytanie (http://freeyourmind.salon24.pl/286238,w-ruskiej-zonie)?

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Briańsk i okolice


26.03.2011 11:08

Jak zwróciła niedawno uwagę Intheclouds na blogu Amelki222 drążącej wątek Briańska (http://lamelka222.salon24.pl/288288,briansk-watki-smolenskie-cz-13) jako potencjalnego „drugiego (autentycznego) miejsca” tragedii – 17 maja 2010 r. Kreml wypuszcza dezę, natychmiast powtórzoną przez bratnią „GW”, która to deza brzmi w skrócie tak: „Rosjanie ostrzegali podczas przygotowań do wizyty, o słabym wyposażeniu technicznym lotniska w Smoleńsku i proponowali oddalony o 250 km port w Briańsku.” Wątek ten wtedy, w maju ubiegłego roku, dość szybko zniknął z mediów i właściwie przeszedł niezauważony (choć jak tę zacytowaną frazę wrzuci się w google, to ukazuje się kilkanaście stron z linkami do powtórzonej informacji o Briańsku), gdyż wedle „oficjalnych relacji”, wśród zapasowych lotnisk dla „upartej polskiej załogi podlegającej naciskom” wymieniano od 10 Kwietnia tylko Witebsk i Mińsk, ewentualnie podmoskiewskie Wnukowo (http://superwizjer.tvn.pl/36952,kontroler-lotow-ze-smolenska_-czy-kogos-sie-boi_,archiwum-detal.html). Nie wymieniano wcale Briańska. Nazwa ta pojawia się wprawdzie w dziwacznej rozmowie (przywoływanej przeze mnie niedawno (http://freeyourmind.salon24.pl/289298,obraz-nedzy-i-rozpaczy)) prowadzonej przez ludzi rzekomo monitorujących przelot tupolewa (piszę: rzekomo, gdyż ich rozmowa sprawia wrażenie, jakby nie wiedzieli, co się dzieje), ale, o ile dobrze pamiętam, nie pojawia się ani w „stenogramach CVR”, ani „stenogramach z wieży” ruskich szympansów.
Owa deza szerzej wyglądała tak: „Rosjanie ostrzegali podczas przygotowań do wizyty, o słabym wyposażeniu technicznym lotniska w Smoleńsku i proponowali oddalony o 250 km port w Briańsku – ujawnia „Gazeta Wyborcza”. Strona polska uznała to za celowe utrudnianie wizyty i wymusiła lądowanie w Smoleńsku.
Jak powiedział „Gazecie” urzędnik biorący udział w polsko-rosyjskich rozmowach organizacyjnych przed obchodami rocznicowymi, Rosjanie ostrzegali, że nie mogą dać pełnej gwarancji bezpieczeństwa ciężkim maszynom lądującym w wyposażonym w prymitywny system naprowadzania samolotów na pas startowy porcie lotniczym Siewiernyj w Smoleńsku.
Jednak jak twierdzi rozmówca „Gazety”, prowadzący rozmowy Andrzej Kremer, wiceminister spraw zagranicznych, oraz Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (obaj zginęli w katastrofie 10 kwietnia), zarzucali gospodarzom, że chcą utrudnić Polakom dostęp do Katynia. Nakłonili Rosjan do wyrażenia zgody na lądowanie w Smoleńsku.
Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski powiedział „Gazecie”, że gdy rozmawiał z ministrem Kremerem na temat lotu delegacji do Smoleńska, nigdy nie pojawił się temat zmiany lotniska. Dodał też, że „powątpiewa”, aby postulat zmiany lotniska znalazł się w jakiejś dokumentacji.”
Jak widzimy więc, opakowana i zabezpieczona jest w taki sposób, że nawet, jakby ktoś szukał śladu w oficjalnej dyplomatycznej dokumentacji, to go nie znajdzie. Zaś wpuszczająca dezę do medialnego obiegu Czerska zawsze może się zasłaniać tym, że „chciała dobrze”, zaś „taką informację po prostu” najlepsze mózgi z Ministerstwa Prawdy uzyskały od „urzędnika biorącego udział w rozmowach organizacyjnych”. Nawiasem mówiąc J. Bahr nic o takim wariancie nie wspomina (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,9032683,Bahr__Lotnisko_w_Smolensku_nie_nadawalo_sie_do_uzycia_.html). Do tej dezy jeszcze za chwilę wrócę.
Informacja o Briańsku pojawia się już w parę dni po tragedii:
Z powodu wciąż zamkniętego lotniska w Smoleńsku rzeczy ofiar katastrofy będą przewiezione do Briańska, dokąd przyleci po nie Jak-40. Już w Polsce trafią do magazynów ABW lub Żandarmerii Wojskowej, gdzie 60 techników kryminalistycznych będzie je suszyło i opisywało. ” (http://www.rp.pl/artykul/460652.html)
Znajduje to zresztą potwierdzenie w relacji oficera „Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych” M. Osipienki), z którym przeprowadzali w pierwszych dniach po zamachu, wywiad reporterzy „Superwizjera”:
Robi się spis, ogląd wszystkich zebranych kawałków samolotu, po to żeby zebrać szczątki ciał. Wszystkie zebrane rzeczy (dosł. „wszystko, co się tam znajduje” – przyp. F.Y.M.) zbieramy, pakujemy do worków i wywozimy do Briańska, gdzie stoi wsza samolot gotowy do odlotu.
Dlaczego akurat oddalony od Smoleńska o tyle kilometrów Briańsk miałby być takim „najbliższym” miejscem do transportowania szczątków „po katastrofie”? Nie mogło to być jakieś (np. wojskowe) lotnisko gdzieś bliżej, skoro i tak specsłużby i mundurowe jednostki zajmowały się tym transportowaniem? Nie mógł to być też np. Witebsk, by było łatwiej i bliżej przerzucać szczątki do Polski?
I teraz cofnijmy się do dezy przywołanej na początku, tylko w nieco szerszym kontekście wydarzeń z tragicznego dnia mordu dokonanego przez czekistów na polskiej delegacji. Jak pamiętamy, 10 Kwietnia w pierwszych godzinach „po katastrofie” ruscy wysocy urzędnicy i wojskowi zaklinali się, że polskiej załodze proponowano zapasowe lotniska W CZASIE lotu do Smoleńska, wprost odwodzono załogę od lądowania na Siewiernym. Oficjalnie na konferencji prasowej przed dziennikarzami z całego świata głosił to choćby ruski generał Alioszyn (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/lotnisko-2.html). Jak wiemy zaś z lektury i sfałszowanych stenogramów CVR, i niepełnych (więc pewnie też sfałszowanych) stenogramów z wieży ruskich szympansów, NIE MA ŻADNEGO ŚLADU w nich po składaniu polskiej załodze takich propozycji. Nikt, żadna ruska jednostka, NIE proponuje załodze lądowania 10 Kwietnia w innym miejscu. W dezie z 17 maja natomiast jest mowa o proponowaniu zapasowego lotniska jeszcze długo PRZED wylotem do Smoleńska.
Z tych dwóch osobliwych dez (tej z 10 Kwietnia i tej z 17 maja) można wywnioskować, dokonując, rzecz jasna, analitycznej dekonstrukcji załganego neosowieckiego przekazu, że ów Briańsk zaproponowano polskiej załodze ni mniej ni więcej tylko jako zapasowe miejsce do lądowania już podczas lotu do Smoleńska, (zwłaszcza że na tymże lotnisku polskie samoloty nie raz lądowały).
Jeśliby bowiem dezę z Briańskiem potraktować serio, to dla delegacji prezydenckiej i jej obsługi medialno-logistycznej byłoby to zupełnie bezsensowne rozwiązanie, skoro lotniskiem zapasowym mógłby być z powodzeniem Mińsk, z którego do Smoleńska prowadzi „autostrada” (odległość ca. 280 km), nie mówiąc o Witebsku, który właściwie jest rzut beretem Hypkiego od Smoleńska (odległość ca. 110 km) – w przeciwieństwie do położonego o 250 km na południowy wschód Briańska. Po drugie, jeśli na Siewiernym mógł lądować (załadowany ponoć autami mającymi przyjąć polską delegację) wielki i ciężki samolot typu ił-76, to tym bardziej lotnisko mogło przyjąć mniejszego i lżejszego tupolewa.
Dziwne zresztą, że Tusk z Putinem tam swoimi maszynami wylądowali, skoro lotnisko się nie nadawało do użytku, prawda, skoro „Rosjanie ostrzegali, że nie mogą dać pełnej gwarancji bezpieczeństwa ciężkim maszynom lądującym w wyposażonym w prymitywny system naprowadzania samolotów na pas startowy porcie lotniczym Siewiernyj w Smoleńsku”? No ale tak to jest z dezami, że robią przez chwilę wrażenie, a jak się kłamstwo weźmie w imadło jakiejś poważniejszej refleksji, to zostają z tego kłamstwa jedynie flaki.
Czy jest jakiś ślad dotyczący Briańska z „raporcie komisji Burdenki 2”? Jest oczywiście (na s. 103), wskazała na niego także Amelka222, aczkolwiek jej zdaniem informacja dotyczy wyjazdu ekip z Briańska:
W Smoleńsku 10. kwietnia mogły pracować też jakieś ekipy z Briańska –raport MAK zaznacza, że o 11:30 stwierdzono pełną gotowość personelu federalnych służb ratunkowych regionu Briańsk i Kaługa do wyjazdu do Smoleńska. Wykazy dotyczące czasu pracy różnych służb w Smoleńsku nie są dokładne, więc nie wiadomo, czy briańskie służby ostatecznie do Smoleńska zostały wysłane, a jeśli tak, to do kiedy pracowały. Musiała jednak funkcjonować chociażby cała logistyka połączeń między Brańskiem i Smoleńskiem, skoro rzeczy ofiar gromadzono właśnie w Brańsku.”
Moim zdaniem nie musiało chodzić o żaden wyjazd. To, co możemy bowiem wyczytać w załganym „raporcie”, to (pisownia oryg.): „11:40 – wprowadzenie do GOTOWOŚCI nr 1 w pełnym składzie Kierownictwa RC, CUKS RC, CRPSO, GU MCzS Rosji dla okręgów Brańska i Kaługi”. Nie ma tu więc ani słowa o czyimkolwiek wyjeździe. Raczej chodzi o wprowadzenie alarmu dla służb i jednostek specjalnych w tychże „okręgach”. Następna po tej informacja z „raportu” to, przypomnę: „11:40 – ustalenie faktu braku żywych poszkodowanych na miejscu zdarzenia lotniczego, odjazd 7 brygad medycznego pogotowia ratunkowego”. I niedługo potem Ruscy ogłaszają ponoć alarm w centrali: „12:15 – wprowadzenie do GOTOWOŚCI nr 1 w pełnym składzie GU MCzS Rosji dla okręgu Moskiewskiego;”, co zapewne znaczy, że zachodzi już pełna koordynacja działań po przeprowadzeniu zamachu. Dodajmy, że wcześniej, tj. o 11-tej ruskiego czasu alarm ma być ogłoszony w samym okręgu smoleńskim, jeśli, rzecz jasna, te dane są w ogóle wiarygodne i chronologia nie jest, z racji rangi wydarzenia, odwrotna (najpierw, np. po wkroczeniu polskiej delegacji w ruską przestrzeń powietrzną, alarm w Moskwie, a potem w podrzędnych obwodach). W ten sposób zostaje zamknięty swoisty czworokąt: Moskwa, Smoleńsk, Briańsk i (położona mniej więcej w połowie odległości między Briańskiem a stolicą Rosji) Kaługa (proszę sprawdzić na mapie), będący najprawdopodobniej obszarem, na którym należy szukać śladów zamachu.
Mogło być więc zatem tak, że nie tyle z Briańska (czy Kaługi) ktoś kursował „do pomocy” na Siewiernyj, co ze Smoleńska jakieś ekipy udawały się do Briańska (jeśli tam – tj. w mieście lub w obwodzie – doszło do terrorystycznego zamachu). Na przykład po ciała.
http://www.tvn24.pl/-1,10901,0,1,tragedia-pod-smolenskiem-prezydent-nie-zyje,raport.html (tu warta obejrzenia „symulacja katastrofy” a la mędrcy z TVN)

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized