Tag Archives: putin

Co zabiło polską delegację?


Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, 28-04-2010

Samolot nie mógł rozpaść się na kawałki

Prezydencki Tu-154 nie mógł ulec tak poważnym zniszczeniom, jeśli jego ostatnie chwile wyglądały tak, jak to przedstawiają Rosjanie – mówi „Gazecie Polskiej” znawca dynamiki lotu i mechaniki płatowców. – Powinien, „ślizgając się” po zagajniku, uderzyć kadłubem o podłoże. Nie zdążyłby się przewrócić. Niemożliwe, by roztrzaskał się na drobne kawałki – dodaje. Jeśli to prawda, co spowodowało rozbicie Tu-154?

Niemal wszystko wokół tej katastrofy jest niejasne, a w całej sprawie więcej jest pytań niż odpowiedzi. Jednak z relacji świadków i informacji ze śledztwa, w tym dotyczących odczytu czarnych skrzynek oraz z opinii specjalistów, wyłaniają się najbardziej prawdopodobne hipotezy.

Śledczy badający przyczynę katastrofy samolotu prezydenckiego będą brali pod uwagę m.in. jako jedną z wersji ewentualny zamach – przyznał to w końcu na konferencji prasowej prokurator generalny Andrzej Seremet.

Niewytłumaczalna skala zniszczeń

Doświadczeni piloci nie kryją oburzenia: – Podchodzenie do lądowania nie w osi pasa, wysokość samolotu kilka metrów nad ziemią na kilometr przed pasem… Co tam się działo, na Boga? – dziwi się emerytowany pilot tupolewów i antonowów.

Naoczni świadkowie, pracownicy bazy i mieszkańcy potwierdzają, że samolot skręcał na bardzo niskiej wysokości, zahaczając niemalże o samochody jadące lokalną drogą. Kierowcy i przechodnie widzieli upadek oraz wybuch i pożar. Niektórzy, według doniesień, twierdzą, że wybuch nastąpił, zanim maszyna rozbiła się o ziemię.

Tupolew 154 jest masywnej konstrukcji. Znane są przypadki awaryjnych lądowań „tutka” na polach. Nie brak opinii, że miał wystarczające zabezpieczenia, aby wylądować awaryjnie nawet na małym lesie (bardzo mocna konstrukcja kadłubowa i wielokołowe podwozie).

Skąd więc taka skala zniszczeń samolotu? W relacjach filmowych widać kilka poszczególnych części samolotu, 10–15 proc. kadłuba. Gdzie się podziała reszta szczątków tej potężnej maszyny? Jest to 80-tonowy samolot, zabierający ponad 100 pasażerów. Skoro maszyna rozbiła się na ziemi, dlaczego części zostały rozrzucone na obszarze 700–800 m? Niewykluczone, że Tu-154 rozleciał się już w powietrzu, a na ziemię spadały pojedyncze szczątki. Przypomnijmy, że prezydencki tupolew zahaczał o drzewa, po ścięciu gałęzi na wysokości najwyżej 5–6 m wzbił się na chwilę w górę, a pilot stracił kontrolę prawdopodobnie dopiero po zetknięciu z większym drzewem, najwyżej 6–8 m nad ziemią. Impet uderzenia pochodził więc głównie od ruchu w poziomie, przy minimalnej prędkości. Rzadki zagajnik – jak widać na zdjęciach, w którym leżą szczątki – nie powinien, według niektórych specjalistów, spowodować tak strasznych skutków przy lądowaniu.

Foto: AFP / Natalia Kolesnikova

Najbardziej zagadkową sprawą jest właśnie stan samolotu. Trudno wyobrazić sobie, by 80-tonowa maszyna lecąca z minimalną prędkością (ok. 280 km/h) na wysokości kilku metrów nad ziemią roztrzaskała się na drobne kawałki.

– Raczej powinien osiąść, ślizgając się po małym zagajniku, jaki tam rośnie. Samolot od razu przechodzi w takiej sytuacji, jak mówią piloci, na obniżanie – więc po prostu powinien uderzyć kadłubem o podłoże. Nawet nie zdążyłby się przewrócić. Naturalne wydaje się właśnie takie zachowanie masywnego tupolewa. Nie jest według mnie możliwe, żeby roztrzaskał się na drobne kawałki, które widać na zdjęciach. Rozmiar zniszczeń wydaje się nieproporcjonalny do sytuacji – mówi nam fachowiec od mechaniki i dynamiki lotu, zarazem zawodowy pilot, który wielokrotnie siedział za sterami Tu-154 (nazwisko i imię do wiadomości redakcji). – To oczywiście muszą potwierdzić badania aerodynamiczne. Nie są one skomplikowane. To, jak prezydencki Tu-154 powinien zachować się przed rozbiciem o ziemię, można obliczyć, wykorzystując odpowiednie wzory i zasady mechaniki i dynamiki lotów, tj. w jakim miejscu samolot o takiej masie i konkretnej w tamtej chwili prędkości, po ścięciu drzew o znanej średnicy, mógł uderzyć w ziemię i w jaki sposób (skrzydłem, podwoziem etc.), jakie było w chwili wypadku przeciążenie i jak powinien zachować się kadłub o konkretnej wytrzymałości po takim uderzeniu. To można obliczyć po uwzględnieniu wszystkich danych – dodaje.

Jak po upadku z kilkuset metrów

„Gazeta Polska” przeanalizowała zdjęcia i artykuły na temat innych, wcześniejszych katastrof z udziałem Tu-154. Wniosek jest jeden: wygląd wraku prezydenckiego samolotu przypomina szczątki tupolewów, które ulegały zniszczeniu, opadając z wysokości kilkuset metrów. 15 grudnia 1997 r. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – 13 km od lotniska – rozbił się Tu-154 należący do linii lotniczych z Tadżykistanu. Piloci tej maszyny, podobnie jak załoga polskiego samolotu, zbyt późno zorientowali się, że są za nisko, tyle że panowanie nad tupolewem stracili całkowicie w wyniku turbulencji, aż 210 m nad ziemią. Po uderzeniu w ziemię samolot rozpadł się – podobnie jak Tu-154 z Lechem Kaczyńskim – na kawałki (fotografia po prawej), ale jedna z 87 osób znajdujących się na pokładzie przeżyła.

4 lipca 2001 r. pod Irkuckiem z wysokości 853 m w ciągu kilkunastu sekund runął Tu-154 będący własnością rosyjskiej Vladivostokavii (nikt nie przeżył). Maszyna spadała bezwładnie przez kilkanaście sekund, mimo to jej szczątki – rozrzucone na obszarze 100 na 60 m – były w niewiele gorszym stanie niż wrak polskiego samolotu (zdjęcia na Niezależna.pl). Pięć lat później – w sierpniu 2006 r. – na terenie wschodniej Ukrainy rozbił się inny rosyjski Tupolew 154. Choć spadał z bardzo dużej wysokości (bezradni piloci wysyłali SOS, gdy maszyna była na 1100 i 900 m), szczątki konstrukcji i ciał rozrzucone były na długości 400 m, a zniszczenia samolotu porównywalne ze skutkami katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jeszcze w powietrzu w rosyjskiej maszynie wybuchł pożar, a po upadku nastąpiła olbrzymia eksplozja, utrwalona na filmie przez świadków).

W lutym 2009 r. trochę lżejszy i mniejszy od Tupolewa 154 boeing 737 tureckich linii lotniczych – w wyniku usterki wysokościomierza i błędu pilotów – uderzył o ziemię z prędkością 175 km/h paręset metrów od lotniska w Amsterdamie. Wcześniej, kilkadziesiąt metrów nad ziemią, w maszynie przestały pracować silniki (wyłączył je autopilot, wprowadzony w błąd działaniem wysokościomierza). Po upadku na błotniste pole samolot przełamał się na trzy części i stracił ogon, ale nie rozpadł się na kawałki (fotografia powyżej); zginęło jedynie 9 ze 135 osób na pokładzie.

Tymczasem w podobnej – jeśli chodzi o tor lotu maszyny – katastrofie pod Smoleńskiem (jedyna zasadnicza różnica to obrót polskiego Tu-154 przed upadkiem o 180 stopni) zginęli wszyscy pasażerowie i cała załoga. Z samolotu zostało tylko kilka większych części, reszta konstrukcji została rozrzucona (jak już wspominaliśmy) na obszarze 700–800 m. Tylko 24 z 96 ciał udało się zidentyfikować bezpośrednio przez rodziny ofiar, jak powiedziała minister zdrowia Ewa Kopacz. W wypadku innych ciał najczęściej potrzebne były testy DNA. Dlaczego część osób znajdujących się w samolocie została – jak stwierdził Sergiej Szojgu, minister obrony cywilnej Rosji – spalona? Silniki Tu-154 są na ogonie i – według zdjęć – brak jest śladów wybuchu silników. Samolot przy lądowaniu ma mało paliwa. Zdjęcia tuż po tragedii pokazują, że nie było dużego pożaru, co potwierdził rosyjski wicepremier Siergiej Iwanow podczas spotkania polskich i rosyjskich przedstawicieli rządu („Nie było pożaru ani wybuchu”).

Nie wiedział, ile jest metrów nad ziemią

Przyczyną tragedii pod Smoleńskiem była zbyt mała wysokość lotu prezydenckiego samolotu Tu-154M w ostatniej fazie lotu – krótko przed posadzeniem maszyny na płycie lotniska. A więc kluczowym pytaniem jest, dlaczego 2 km od początku pasa lotniska samolot znajdował się na dramatycznie niskiej wysokości? Pilot obniżył pułap do 2,5 m nad ziemią, co przy jego doświadczeniu jest wręcz nieprawdopodobne.

Piloci nie rozpoczęliby podejścia do lądowania, gdyby wiedzieli, że znajdowali się na niebezpiecznej wysokości. Ślady katastrofy – szczątki samolotu wskazują, że samolot w ostatniej chwili zmienił prawidłowy kurs, a nie – jak sugerowano zaraz po wypadku – próbował trafić w pas startowy. Przy widoczności 500 m pilot musiał dostrzec zabudowania. Po co miałby więc skręcać w lewo?

Żeby odczytywać prawidłową wysokość lotu, piloci powinni ustawić na barometrze wielkość ciśnienia obowiązującą w tym czasie na ziemi podawaną załodze przez kontrolera z wieży. – Jeśli Rosjanie mówią: „dawlienije” (ciśnienie), to znaczy, że podają QFE (ciśnienie lotniska startu). Mogło nastąpić tragiczne nieporozumienie – kontroler podał wartości ciśnienia np. w jednostkach QFE, a piloci przyjęli je w jednostkach QNH, jak się przyjmuje w systemie zachodnim. Różnica między QNH i QFE w przeliczeniu na wysokość to 255 m. Bo to lotnisko jest 255 m nad poziomem morza. QNH daje po wylądowaniu wysokość elewacji (lotniska), czyli na wysokościomierzu będzie 255 m. Jeżeli będzie podane QFE, to po wylądowaniu na lotnisku będzie 0 m – tłumaczy doświadczony pilot samolotów pasażerskich.

Według jednej z opinii pilot prezydenckiego Tu-154 zbliżał się do lotniska w Smoleńsku w gęstej mgle, dlatego nie widział, że leci nad głębokim wąwozem. Czy myśląc, że znajduje się znacznie wyżej, niż był w rzeczywistości, zaczął zniżać kurs? Przy zbliżaniu się do pasa startowego od wschodu samoloty przelatują nad jarem o głębokości 60 m. Około 1700 m od skraju pasa prezydencki Tu-154, akurat nad najgłębszym miejscem wąwozu, zaczął skręcać w lewo, choć nalatywał dokładnie na pas startowy, gwałtownie zaczął też tracić wysokość, choć przedtem szedł kursem właściwym. Jeśli to wersja prawdziwa, dlaczego inne systemy, przede wszystkim amerykański TAWS (o którym szerzej piszemy w dalszej części artykułu), nie ostrzegły pilota przed bliskością ziemi?

Gen. dyw. pilot dr Antoni Czaban, szef Szkolenia Sił Powietrznych, powiedział w TVN24, że nie wie, dlaczego samolot schodził tak szybko do lądowania, ponad normę dla tego samolotu. Podkreślił, że w samolocie są trzy niezależne i na różnych zasadach działające wysokościomierze, które alarmują od 200 m nad ziemią niezależnie od mgły o zbliżaniu się do ziemi. Jego zdaniem pilot nie ma prawa zejść poniżej 200 m we mgle, bo działają alarmy i zabezpieczenia.

Tu-154M ma trzy niezwykle precyzyjne wysokościomierze ciśnieniowe i jeden radiowysokościomierz, działający dokładnie tak samo jak barometr. Takie wysokościomierze mają dokładność do 1 stopy (ok. 30 cm).

Bezpieczeństwo lądowania na lotniskach określa się w trzystopniowej skali: 1. Można lądować bezpiecznie; 2. Uważaj; 3. Nie wolno lądować. Jeżeli warunki stwarzają ryzyko bezpiecznego wylądowania, obsługa wieży powinna zamknąć lotnisko. Jeśli tego nie zrobi, oznacza to, że lądować można, ale z zachowaniem większej ostrożności.

– Obsługa wieży na lotnisku w Smoleńsku powinna przed lądowaniem prezydenckiego samolotu zamknąć lotnisko. Przed tragiczną próbą wylądowania polskiego Tu-154 próbował wylądować Ił-76. O mało się nie rozbił, w ostatniej chwili poderwał maszynę. To były wystarczające sygnały, by zamknąć ruch na lotnisku – mówi „GP” pilot samolotów pasażerskich. – Warunki do lądowania nie były jednak skrajnie złe. Minimalne warunki do lądowania w czasie mgły na tym lotnisku to 100-metrowa podstawa i kilometr widoczności. W Smoleńsku 10 kwietnia przed godz. 9 widoczność wynosiła 500 m. Na Okęciu dla tupolewów przyjmuje się minimum 550 m, przy systemie naprowadzania ILS. W Smoleńsku nie ma ILS, ale można było tak zgrać informacje z wieży i przyrządów pokładowych, by wylądować – dodaje.

Dlaczego więc doszło do katastrofy?

TVN w jednym z pierwszych wydań „Faktów” umieścił nagranie uwieczniające zatrzymanie rosyjskich kontrolerów lotu. Uciekali oni przed rosyjską milicją, a po zatrzymaniu się wyrywali. Jeden z nich zbiegł, ale go złapano. Czego się bali?

Wypowiedzi pracowników wieży wskazują, że należy przyjrzeć się temu, jak w ostatnich minutach wyglądała komunikacja między wieżą a samolotem. Kłamstwo dotyczące nieznajomości języka rosyjskiego przez kapitana polskiego statku samolotu nasuwa podejrzenie, że powodem katastrofy mogło być złe poinformowanie pilota o warunkach atmosferycznych. To mogło doprowadzić do złej kalibracji urządzeń pokładowych – napisał w internecie jeden ze specjalistów. Jeśli wieża podałaby nieprawdziwe ciśnienie na lotnisku, przełożyłoby się to na różnicę wskazań, mimo prawidłowego działania przyrządów. Żeby odczytywać prawidłową wysokość lotu, piloci powinni ustawić na barometrze wielkość ciśnienia obowiązującą w tym czasie na lotnisku, podawaną załodze z wieży. Wypowiedzi kontrolerów z wieży w Smoleńsku o problemie polskich pilotów ze zrozumieniem liczb zastanawiają, czy wieża nie podała błędnych danych i teraz winę stara się zrzucić na pilotów? Albo wskazania wieży były błędne, albo doszło do awarii urządzeń pokładowych.

Znana rosyjska komentatorka Julia Łatynina w rozmowie z korespondentem RMF FM powiedziała, że o ile wizyta premiera Tuska była przygotowana, o tyle wizytę prezydenta Kaczyńskiego rosyjskie władze traktowały jak zbędną. Na stronie „The Moscow Times” pojawiła się informacja o zainstalowanej na smoleńskim lotnisku dodatkowej aparaturze naprowadzającej samoloty. Taką samą informację podało niezależne radio Echa Moskwy. Tzw. MMLS – Mobile Microwave Landing System – miał pomóc wylądować maszynie, na której pokładzie znajdował się premier Władimir Putin. MMLS, który jest wersją mobilną ILS, umożliwia wylądowanie w najgorszych warunkach pogodowych, ponieważ automatycznie naprowadza samolot na pas. Sprzęt miał być wypożyczony przez smoleńskie lotnisko specjalnie na uroczystości w Katyniu. Po wylocie Tuska i Putina urządzenie zostało zdemontowane. Przed przylotem Putina i Tuska do Smoleńska po katastrofie aparaturę tę ponownie zainstalowano. To dowód, jak strona rosyjska potraktowała wizytę polskiego prezydenta.

Samolot, który nie mógł się rozbić

Na zagadkowość katastrofy pod Smoleńskiem zwrócił uwagę John Hamby, rzecznik producenta urządzenia, zwanego Terrain Awareness and Warning System (TAWS). TAWS zawiera skomputeryzowane mapy świata i ostrzega pilotów za każdym razem, gdy za bardzo zbliżą się do szczytu, wieży radiowej lub innej przeszkody – a także w przypadku zbyt małej odległości do ziemi. Zdaniem Marka Strassenburga Kleciaka – pracującego w Niemczech specjalisty od systemów trójwymiarowej nawigacji – TAWS podaje dane z dokładnością 1:1 m, samolot z tym systemem nie może się więc rozbić.

Od 2005 r. urządzenia TAWS są obowiązkowo montowane we wszystkich nowo wyprodukowanych samolotach linii komercyjnych. Jeśli samolot jest na zbyt małej wysokości, TAWS reaguje głośnym sygnałem dźwiękowym. Dzięki temu doprowadzono do całkowitego wyeliminowania katastrof lotniczych przy lądowaniu. Wystarczy powiedzieć, że od końca lat 90., gdy zaczęto montować ten system w starych i nowych maszynach, żaden wyposażony weń samolot nie uległ katastrofie. Żaden – do 10 kwietnia 2010 r., gdyż tupolew, którym leciał Lech Kaczyński, miał TAWS. Czy w związku z tym mógł się roztrzaskać w wyniku błędu pilota, mgły lub usterki wysokościomierza?

John Cox, znany amerykański konsultant ds. bezpieczeństwa i ekspert od wypadków, stwierdził wprost: „Naprawdę chciałbym wiedzieć, co działo się na pokładzie, ponieważ niezależnie od tego, pod jaką presją byli piloci i z jakimi warunkami pogodowymi mieli do czynienia, nigdy żaden pilot nie zignorował ostrzeżenia TAWS. Czym różnił się ten samolot, że stało się inaczej?”. Jeden z czytelników „GP” z USA potwierdził bezpośrednio w spółce Universal Avionics Systems of Tucson, że wszczęła ona własne wewnętrzne dochodzenie w sprawie tragedii pod Smoleńskiem. Ani Rosjanie, ani Polacy nie zaprosili jednak Amerykanów z Tucson do pomocy w śledztwie prowadzonym na terenie Rosji.

Co ciekawe – po ukazaniu się informacji o obecności TAWS w prezydenckim Tu-154 natychmiast pojawiły się opinie, że system ten mógł być wyłączony lub nie mieć dokładnych map lotniska w Smoleńsku. Pierwsza hipoteza upadła, gdy po odczycie czarnych skrzynek okazało się, że TAWS działał do samego końca; druga wydaje się całkowicie niewiarygodna. – To absurd. To są dokładne mapy robione na zamówienie klienta. W przypadku polskiej maszyny wojskowej byłoby dość dziwne, gdyby nie było na niej rosyjskich lotnisk wojskowych. Przeciwnie: nie trzeba być fachowcem, by domyślić się, że lotniska wojskowe sąsiadującego państwa, które na dodatek nie jest sojusznikiem, lecz potencjalnym zagrożeniem, są najdokładniej opracowywanymi mapami, jakie tylko można zrobić. Tłumaczenie, że mogło być inaczej, pachnie zdradą stanu – mówi nam inny ekspert od systemów nawigacji satelitarnej.

Jeśli zatem TAWS działał poprawnie, a tupolew nie miał żadnych usterek technicznych (np. wysokościomierza), co aż tak bardzo zmyliło doświadczonych pilotów prezydenckiego samolotu? Sposobów, by zakłócić działanie systemów nawigacyjnych i zabezpieczających, jest kilka – ale wszystkie one wymagają świadomej ingerencji osób trzecich. Jedną z nich jest „meaconing”. Polega on na ukradkowym nagraniu sygnału satelity i ponownym nadaniu go (z niewielkim przesunięciem w czasie i z większą mocą) na tej samej częstotliwości w celu zmylenia załogi samolotu. W przypadku Tu-154, podchodzącego właśnie do lądowania, wystarczyłoby niewielkie przekłamanie sygnału, by doprowadzić do tragedii. Dziwne zachowanie się pilotów i maszyny – a więc próba podejścia do lądowania 1,5 km (!) przed lotniskiem i ze sporym odchyleniem od właściwego kursu – wskazywałyby na taką właśnie możliwość. – Katastrofę można było spowodować także przez „spoofing”. Chodzi o wysłanie sfałszowanego sygnału satelitarnego o większej mocy niż prawdziwy i o identycznej strukturze. Takiego ataku można było dokonać zarówno z lasku, w którym rozbił się Tu-154, jak i oczywiście przy użyciu bardziej zaawansowanych metod, z dalszej odległości – twierdzi nasz rozmówca.

Na ślady tego rodzaju ingerencji można natrafić poprzez dokładną analizę zawartości czarnych skrzynek. Niestety – wkrótce po katastrofie trafiły one w ręce Rosjan, którzy mieli i czas, i możliwości, by w razie potrzeby sfałszować zapisy rejestratorów dotyczące działania urządzeń pokładowych.

Naraził się Putinowi

Jeśli katastrofa, w jakiej ginie prezydent państwa oraz szefowie wojsk i najważniejszych instytucji państwowych, zdarzyła się w kraju, który wciąż traktuje Polskę jako swoją strefę wpływów, a skład delegacji to w rozumieniu władz Rosji wrogowie prowadzonej przez nich geopolityki europejskiej, to pierwszą rozpatrywaną hipotezą powinno być umyślne spowodowanie upadku samolotu. Gdy w samochodzie żony Radosława Sikorskiego wybuchł gaz, od razu brano pod uwagę zamach. W przypadku katastrofy pod Smoleńskiem w ogóle nie rozpatrywano takiej możliwości. A w czasach terroryzmu powinna być jedną z podstawowych hipotez. Przyciśnięty do muru polski prokurator wobec piętrzących się niejasności przyznał dopiero kilka dni temu, że również hipoteza o umyślnym spowodowaniu wypadku jest brana pod uwagę.

Warto pamiętać, że w latach 90. w podmoskiewskiej miejscowości Bałaszycha były prowadzone kursy dla funkcjonariuszy KGB (od 1991 r. – FSB), którzy mieli likwidować głowy państw. Niedowiarkom trzeba przypomnieć udział KGB w zamachu na papieża, zatrucie dioksynami prozachodniego kandydata na urząd prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, śmiertelne napromieniowanie izotopem polonu Aleksandra Litwinienki, zastrzelenie opozycyjnej dziennikarki Anny Politkowskiej etc. To pokolenie KGB-istów Putina przeprowadziło atak na pałac Tadz-Bek i zlikwidowało Hafizullah Amina, stojącego na czele Afganistanu, a przed nim jego poprzednika Nur Mohammed Taraka. Oni zlikwidowali pierwszego prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa i przeprowadzili kilka zamachów na prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadze. Wielu przeciwników KGB i FSB zginęło, wiec dlaczego nie brać pod uwagę hipotezy o zamachu?

Rosyjscy przywódcy mieli powody, by nie kochać Lecha Kaczyńskiego. 15 listopada 2006 r. prezydent Kaczyński zaproponował Unii Europejskiej, by wprowadziła sankcje przeciwko Rosji w odpowiedzi na zakaz importu polskich produktów do Rosji – Polska nałożyła weto na decyzje rozpoczęcia negocjacji miedzy UE i Rosją. Podczas rosyjsko-gruzińskiej wojny w 2008 r. prezydent Kaczyński poparł Gruzję i stał się orędownikiem sprawy gruzińskiej w świecie, wspierał przystąpienie Gruzji do NATO. To za prezydentury Lecha Kaczyńskiego zapadła decyzja o rozmieszczeniu amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej na terytorium RP. Polska proponowała też alternatywne drogi pozyskania zasobów energetycznych i uniezależnienie się europy od dostaw rosyjskiego gazu.

Tymczasem w Polsce niemal wszystkie media od razu wykluczyły hipotezę o celowym spowodowaniu katastrofy, zachwycając się zdjęciami premiera Tuska w objęciach Władimira Putina, emisją filmu „Katyń” w rosyjskiej telewizji oraz przyznaniem przez prezydenta Miedwiediewa, że w 1940 r. polskich oficerów wymordowano na rozkaz Stalina. Dopiero w ostatnich dniach, wskutek drążenia tematu przez m.in. „GP” i „Nasz Dziennik”, rozważają przyczyny katastrofy niezależne od polskiego pilota.

Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski

Przygotowując się do tekstu, wysłaliśmy do Naczelnej Prokuratury Wojskowej (NPW) kilka pytań, m.in. „Czy w Rosji dokonano jakiejkolwiek sekcji zwłok ofiar katastrofy? Jeśli tak, ile przeprowadzono takich obdukcji?”. Płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy NPW, nie odpowiedział na pytanie, pisząc jedynie: „W Rosji przeprowadzone zostały oględziny zewnętrzne oraz otwarcie zwłok wszystkich 96 ofiar katastrofy samolotu Tu-154M 101. Czynności tych dokonano w obecności polskich prokuratorów”.

Według informacji „GP”, ani w Rosji, ani w Polsce nie przeprowadzono żadnej sekcji zwłok. Przy założeniu polskiej prokuratury, że w przypadku katastrofy pod Smoleńskiem należy zakładać każdą ewentualność, także możliwość umyślnego spowodowania katastrofy, postępowanie polskich władz i prokuratorów jest – najdelikatniej mówiąc – niezrozumiałe.

Źródło: Gazeta Polska
Foto: AFP / Natalia Kolesnikova

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Jak Tusk oddał śledztwo Putinowi


Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, 28-04-2010

„Nie bardzo wiadomo, co nowego mieliby wprowadzić zagraniczni eksperci do zrozumienia przyczyn katastrofy” – tak rzecznik rządu PO–PSL skomentował pomysł powołania międzynarodowej komisji śledczej ds. katastrofy pod Smoleńskiem. Słowa te najlepiej oddają stosunek Donalda Tuska do zdarzeń, w wyniku których śmierć poniósł polski prezydent, najwyżsi dowódcy sił zbrojnych i wielu ważnych urzędników państwowych.

Polscy prokuratorzy prowadzący dochodzenie w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem zgodnie z prawdą twierdzą, że ewentualne upublicznienie dowodów zależy od zgody „gospodarza” śledztwa, czyli Rosji. Płk Ireneusz Szeląg, rzecznik prokuratury wojskowej, powiedział na konferencji prasowej: „Mimo że braliśmy udział w czynnościach procesowych w Smoleńsku, to stanowią one dowody w postępowaniu karnym prowadzonym przez stronę rosyjską i bez jej zgody nie możemy upubliczniać treści dowodów”. Także prokurator generalny Andrzej Seremet przypomniał, że „gospodarzem” śledztwa jest rosyjska prokuratura i to w jej dyspozycji są wszelkie dowody rzeczowe. Jeszcze wcześniej Krzysztof Parulski, naczelny prokurator wojskowy, przyznał w rozmowie z „Super Expressem”, że „główne śledztwo prowadzi prokuratura rosyjska. Niezależne postępowanie Prokuratury Wojskowej w Warszawie jest uwarunkowane przez śledztwo rosyjskie. Choć i nasze wnioski zostaną uwzględnione”.

Niemoc polskich prokuratorów, którzy robią dobrą minę do złej gry, chociaż zdani są na łaskę i niełaskę Rosjan, to wynik działania, a raczej braku działania polskiego rządu. Wbrew forsowanym przez mainstreamowe media opiniom, Federacja Rosyjska wcale nie musiała bowiem być „gospodarzem” śledztwa i wyłącznym dysponentem dowodów rzeczowych.

Zaskakująca bierność rządu

Wkrótce po katastrofie na miejscu zdarzenia pojawiła się rosyjska straż pożarna, milicja i służby specjalne (FSB). Strażacy dogaszali płonące części samolotu, a milicjanci i agenci zabezpieczali teren. Ciała, rzeczy osobiste ofiar i rejestratory lotu przewieziono do Moskwy. Rosjanie – wykorzystując próżnię prawną (tzw. konwencja chicagowska dotyczy lotnictwa cywilnego, a nie wojskowego) – zastosowali się do własnych przepisów wewnętrznych, co trudno zresztą mieć im za złe.

Dr Anna Konert, specjalistka od prawa lotniczego, która w wywiadzie dla „GP” (str. 10) szerzej uzasadniła wątpliwą użyteczność konwencji chicagowskiej w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem, zwróciła uwagę, że w wyniku porozumienia szefów rządów Polski i Rosji (nawet ustnego) istniała możliwość odstąpienia od wewnętrznego prawa lotniczego Federacji Rosyjskiej i przeprowadzenia śledztwa przez polskich ekspertów na bardziej równoprawnych regułach. Można było np. w ramach szybkiego consensusu oprzeć dochodzenie na zasadach zapisanych w konwencji z Chicago; Polacy mieliby wtedy pełny dostęp do świadków, szczątków samolotu, rejestratorów lotu, wreszcie – zgodnie z załącznikiem nr 13 do konwencji – Rosjanie musieliby zaczekać z wydobyciem czarnych skrzynek do momentu przybycia polskich specjalistów (oczywiście na prośbę rządu Tuska, której nie było).

O tym, że takie sytuacje zdarzają się w praktyce, świadczą chociażby dwa wypadki samolotowe z ubiegłego roku. Najpierw – 30 sierpnia – podczas pokazów lotniczych w Radomiu (a więc na terenie Polski) rozbił się białoruski myśliwiec Su-27 z dwoma obywatelami tego kraju na pokładzie. Oto fragment depeszy Informacyjnej Agencji Radiowej z 1 września 2009 r.: „Rzecznik MON Robert Rochowicz powiedział, że czarna skrzynka została znaleziona tuż po wypadku. Z rozpoczęciem śledztwa wstrzymano się jednak do czasu przyjazdu ekspertów z Białorusi. Rochowicz wyjaśnił, że miejsce wypadku zostało od razu zabezpieczone, przeprowadzono też pierwsze oględziny. Natomiast do przyjazdu strony białoruskiej czekano z zabraniem odnalezionej czarnej skrzynki”. Jeszcze bardziej zadziwiająca jest informacja podana w depeszy IAR pochodzącej z 23 listopada 2009 r.: Śledztwo prowadziła wspólna polsko-białoruska komisja. Robert Rochowicz powiedział, że wyniki raportu może przedstawić jedynie strona białoruska. Według rzecznika, takie postępowanie wynika z międzynarodowych przepisów obowiązujących Polskę. – Mówią one jasno, że to strona, do której należał samolot, decyduje o tym, w jakim stopniu, kiedy i czy w ogóle udostępnione zostaną opinii publicznej informacje nt. ustaleń komisji – wyjaśniał rzecznik polskiego resortu obrony narodowej”. Słowa Rochowicza, jak i zachowanie polskich władz wobec Białorusinów stanowią więc dokładne przeciwieństwo „procedury” stosowanej w przypadku Rosjan – i to w sytuacji, gdy na terenie Federacji Rosyjskiej zginęli najważniejsi polscy urzędnicy państwowi i dowódcy armii.

Tak nie musiało być

– To skandaliczne postępowanie – ocenia nasz rozmówca, do niedawna związany z wojskiem. I podaje drugi przykład dowodzący niewytłumaczalnej uległości polskiego rządu wobec Kremla: – W październiku 2009 r. kilka kilometrów od lotniska pod Mińskiem rozbił się prywatny rosyjski samolot Hawker BAe 125 produkcji amerykańskiej. To typowa maszyna do lotów biznesowych dla kilkunastu osób. W wypadku zginęło pięciu obywateli Rosji. Natychmiast po katastrofie powołano pod naciskiem Moskwy… międzynarodową komisję śledczą – pisały o tym białoruskie media. W jej skład weszli Rosjanie, Białorusini i osoby z państw, w których produkowano samolot lub ważne jego części. Pytam więc, dlaczego w przypadku katastrofy, w której ginie prezydent RP, powołanie takiej komisji uważane jest za niemożliwe lub zbędne?

Zdaniem naszego rozmówcy, tragedia pod Smoleńskiem jest wydarzeniem takiej rangi, że międzynarodowa komisja powinna zostać powołana następnego dnia. W jej skład powinni wejść Rosjanie (w tym konstruktorzy tupolewa oraz osoby odpowiedzialne za remont maszyny w 2009 r.), Polacy (był to polski samolot rządowy), przedstawiciel NATO, a także Amerykanie z firmy Universal Avionics Systems of Tucson produkującej urządzenie TAWS (Terrain Awareness and Warning System). Do utworzenia komisji wystarczyłaby prośba polskiego rządu. Rzecznik prasowy w Kwaterze Głównej NATO Robert Pszczel poinformował „Gazetę Polską”, iż władze naszego kraju nie zwróciły się z prośbą o uczestnictwo przedstawiciela NATO w dochodzeniu. Nie prosiły w ogóle o jakąkolwiek pomoc w śledztwie związanym z wypadkiem pod Smoleńskiem.

Oczywiście Rosjanie mogliby taką prośbę odrzucić, ale postawiłoby to ich w wyjątkowo złym świetle i doprowadziło do wzmocnienia hipotezy o udziale Rosjan w spowodowaniu śmierci 96 Polaków.

Przypomnijmy, że obecnie śledztwo w sprawie katastrofy prowadzą osobno dwie prokuratury: polska i rosyjska. Wypadek bada także Międzypaństwowa (a nie, jak tłumaczą polskie gazety, „Międzynarodowa”) Komisja Lotnicza pod przewodnictwem Tatiany Anodiny; nie ma ona jednak uprawnień śledczych i wbrew powszechnemu mniemaniu nie została ona powołana po 10 kwietnia 2010 r., lecz istnieje od roku 1991 na podstawie porozumienia między Azerbejdżanem, Armenią, Białorusią, Gruzją, Mołdawią, Ukrainą i krajami Azji Środkowej.

Dodajmy także, że dochodzenie dotyczące zdarzenia pod Smoleńskiem ostro skrytykował Edmund Klich, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych przy Ministerstwie Infrastruktury (która nie została dopuszczona do udziału w śledztwie – piszemy o tym obok). Powiedział on w TVN24, że zmuszano go do współpracy z rosyjskimi prokuratorami, ale rząd nie zapewniał jakiejkolwiek pomocy. – Polska jest tylko „petentem” w śledztwie prowadzonym przez Rosję – ocenił i dodał: – Tak nie musiało być.

Leszek Misiak , Grzegorz Wierzchołowski, M.M.

Źródło: Gazeta Polska
Zdjęcie: premier.gov.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Henryk Głębocki: Pierwsi zaczęli snuć teorie spiskowe zwykli Rosjanie


Widok Putina, byłego oficera KGB, wydającego premierowi RP ciało prezydenta RP i geopolityczny kontekst tragedii smoleńskiej – to wywołuje podejrzliwość w wielu krajach, nawet w samej Rosji.

Fronda.pl: Komentatorzy po smoleńskiej tragedii, podkreślają wzruszające pełne solidarności z Polakami reakcje Rosjan i zaangażowanie tamtejszych władz. Jednak prof. Włodzimierz Marciniak nie ma złudzeń. Twierdzi, że rosyjska władza jest przerażona, że może paść na nią cień jakichkolwiek podejrzeń w sprawie katastrofy samolotu z prezydenckim samolotem.

Henryk Głębocki*: Jeśli chodzi o reakcję Rosjan na tę tragedię, to wyraźnie możemy obserwować tam samonapędzający się mechanizm. Władze Rosji starają się zachować tak, jak powinni się zachować przedstawiciele każdego, normalnego, demokratycznego kraju i zatrzeć tym samym wrażenie niezręczności sytuacji. Tym bardziej, że znalazły się nieoczekiwanie w centrum uwagi opinii światowej. Bo, oto znakomita część elity politycznej państwa, które pozostawało w konflikcie z Rosją, tragicznie ginie, właśnie na terytorium Rosji, do tego w rosyjskim samolocie, który niedawno przeszedł serwis w rosyjskich zakładach, i to podczas podróży mającej uczcić rocznicę mordu na polskich oficerach, którego pełnego wyjaśnienia współczesna Rosja uniemożliwiała. Wśród szeregu gestów ze strony oficjalnych władz, istotnym elementem tych prób zatarcia złego wrażenia była emisja „Katynia” w głównym kanale rosyjskiej telewizji, na co przecież przez lata absolutnie nie mogło być żadnego przyzwolenia.

Nie wiem czy jest pan świadom, że wbija klin w głoszony przez wielu moment przełomu i pojednania. Nie ma złudzeń co do postepowania władz. A zwykli Rosjanie, jak może wpłynąć na nich ten wymuszony interwencjonizm władz?

Dla nich sceny filmu Andrzeja Wajdy mogą kojarzyć się przede wszystkim z tragedią samych Rosjan. W rodzinach, które mają ofiary sowieckiej technologii zabijania ta wiedza nie jest obca. Ale w skali całego kraju Katyń pozostaje wciąż nieopowiedzianą historią. Na ile to nagłe i dramatyczne opowiadanie wstrząśnie Rosjanami tak, jak jak w przypadku nas Polaków? Na ile uruchomi mechanizmy zainteresowania prawdą o własnej, tak tragicznej historii? Czas pokaże.

Musimy pamiętać, że ta rosyjska trauma bolszewickiego terroru, którego pierwszymi i najliczniejszymi ofiarami byli początkowo sami Rosjanie, nie została dotąd dostatecznie pokazana i przeżyta w ich kraju. Do wyjątków należą takie filmy jak „Czekist” w reżyserii Aleksandra Rogozina na motywach powieści Władimira Zazubrina – „Szcziopka” (drzazga, wiór), ukazujący technologię mordów w siedzibach tzw. „czrezwyczajek” w epoce rewolucji i wojny domowej, tak uderzająco podobną do metod zastosowanych przy zbrodni katyńskiej i w tylu innych przypadkach komunistycznego ludobójstwa. Film ten powstał na początku lat 90. XX w., gdy w epoce Jelcyna wydawało się jeszcze, że odkrywając prawdę o swej historii, a przy tym prawdę o Katyniu Rosjanie uporają się z własną przeszłością. Jelcyn uruchomił dyskusję o zbrodniach rosyjskiego komunizmu jako element rozprawy ze starym komunistycznym establishmentem a także ze swym przeciwnikiem – Gorbaczowem. Wtedy też, aby go skompromitować, ujawnił i przekazał stronie polskiej część dokumentów dotyczących Katynia, świadczących o ukrywaniu prawdy o tej zbrodni przez władze ZSRS. Musiał jednak tych rozliczeń szybko poniechać. Natomiast epoka rządów Putina i jego ekipy opartej na środowiskach wywodzących się z sowieckich służb specjalnych całkowicie zmieniła wektor w przedstawianiu tych spraw.

Rozgrywającymi stały się osoby, ośrodki związane ze służbami?

Nie będzie to dziwne, jeśli przypomnimy, że jak oceniali zachodni analitycy, być może nawet ok. 80% establishmentu współczesnej Rosji jeśli nie wywodziła się, to przynajmniej miała jakiś związek z tymi strukturami. Zjawiska te przyniosły rehabilitację rosyjskiej pamięci o sowieckim imperium – ostatniej formie imperium, które pozostało w pamięci wielu Rosjan jako wyznacznik ich globalnej pozycji supermocarstwa. Ten resentyment części społeczeństwa był umiejętnie wykorzystywany, podtrzymywany i rozwijany na zamówienie samego Kremla, jako legitymizacja nowej władzy. Usiłowano wręcz zbudować nową tożsamość Rosji odwołując się do neoimperialnego resentymentu, łącząc tradycje imperium białych carów i czerwonych komisarzy. Władze rosyjskie dokonywały w ostatnich latach szeregu gestów, które miały połączyć te tradycje, przywracając np. stary sowiecki hymn, a równocześnie akceptując kanonizacje ostatniego cara Mikołaja II i jego rodziny, i sprowadzając z zagranicy prochy przywódców antybolszewickiego ruchu „białych”.

Jednak najważniejszą warstwą tej „nowej tradycji” była apoteoza imperializmu sowieckiego, jego symboli, bohaterów i najbardziej zbrodniczych instytucji jak NKWD i jego następca KGB czy „Smiersz”. Apologia „czekistów”, bohaterów „cichego frontu”, przejawiała się w praktyce we wszystkich sferach życia, szczególnie w kulturze masowej, telewizji, etc. Wszystko to wiązano ściśle z mitem zwycięstwa podczas II wojny światowej, które stało się fundamentem globalnej pozycji imperium sowieckiego i przy użyciu którego można było usprawiedliwić wszelkie zbrodnie. Zarazem II wojna światowa pozostaje wciąż najważniejszym mitem narodowym współczesnej Rosji. Pamięć o Katyniu i co za tym idzie o innych zbrodniach, także na Rosjanach, stała w oczywistej sprzeczności z tą linią propagandy historycznej.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

„Zamach” – słowo tabu


10 kwietnia był takim wstrząsem, że można częściowo zrozumieć, iż przez ostatni tydzień stosunkowo niewiele mówiło się o możliwych przyczynach katastrofy prezydenckiego samolotu. Pora zacząć domagać się odpowiedzi.

Na początek kilka uwag ogólnych. W przypadku każdej katastrofy lotniczej, a już z całą pewnością katastrofy, w której ginie wielu ważnych polityków, w tym znaczna część tych, którzy odpowiadali za prowadzenie określonej polityki zagranicznej wobec ościennego państwa, z którym stosunki bywają trudne, a które dalekie jest (wbrew bajaniom ministra spraw zagranicznych) od demokracji, normalne byłoby uznanie zamachu za jedną z podstawowych hipotez. Po katastrofie tupolewa słowo „zamach” zostało uznane za tabu. Nie wiem, czy którykolwiek z przedstawicieli władz użył go choćby raz w oficjalnej wypowiedzi, nawet po to, aby poinformować, że i to brane jest w śledztwie pod uwagę i że na obecnym etapie nie ma powodu, aby tę hipotezę uznać za prawdopodobną.

Niektórzy w gorącej wodzie kąpani zwolennicy Prezydenta Kaczyńskiego wydają się mieć już pewność, że zamach miał miejsce. Jego przeciwnicy z kolei a priori uznali, że na pewno mieliśmy do czynienia z wypadkiem; no, może jeszcze z niewielkim udziałem samego Lecha Kaczyńskiego, który na pewno zmuszał pilotów do lądowania. Obie postawy są nieracjonalne. Racjonalne i wskazane jest w tym momencie stawianie pytań, wyłapywanie wątpliwości i domaganie się odpowiedzi.

Uprawnia nas do tego nie tylko zasada, że zamach powinien być jedną z hipotez niejako z automatu, ale też czysto hipotetyczne rozważenie zysków i strat, jakie mogłyby dotyczyć potencjalnych sprawców. Polska, przez swoje zaangażowanie choćby w Afganistanie, może się teoretycznie stać celem klasycznych islamskich terrorystów i również tej hipotezy nie można wykluczać. Bardziej oczywista jest jednak hipoteza o jakiejś formie rosyjskiego udziału w katastrofie. Sceptycy lekceważąco stwierdzają, że Lech Kaczyński nie stanowił już żadnego zagrożenia dla ewentualnych planów rosyjskiej ekspansji (oczywiście nie militarnej, Rosja posługuje się innymi metodami), bo przecież jego kadencja dobiegała końca, szanse na ponowny wybór miał małe.

To myślenie nie uwzględnia kilku czynników. Po pierwsze – małe nie oznacza: żadne. Wynik wyborów nie był w żadnym stopniu rozstrzygnięty. Po drugie– wraz z prezydentem zginęła znaczna część jego współpracowników, ludzi, którzy mieli do odegrania w polskiej polityce znaczącą rolę, a podzielali poglądy Lecha Kaczyńskiego na politykę zagraniczną oraz innych uczestników polskiego życia publicznego, którzy z rosyjskiego punktu widzenia mogli być problematyczni. Po trzecie– na pokładzie miał być także Jarosław Kaczyński, który wycofał się w ostatniej chwili. Wszystko to wystarczyłoby jako odpowiedź na pytanie cui prodest.

Trzeba też pamiętać, że fizyczna likwidacja politycznych przeciwników – coś, co w naszych europejskich głowach może się dzisiaj nie mieścić – nie jest dla rosyjskich elit rządzących niczym niezwykłym. To wręcz część rosyjskiej tradycji politycznej. Mój znajomy powtórzył mi słowa pewnego eksperta od terroryzmu, którego spytał o katastrofę: „Zrób coś tak bezczelnego, żeby nikt nie uwierzył, że to ty zrobiłeś”. W Tu 154M wszyscy byli podani jak na tacy. Gdzieś w Moskwie mogło paść pytanie, czy wolno zmarnować taką okazję.

Ale nie idźmy od razu zbyt daleko. Możliwe są trzy stopnie rosyjskiego zaangażowania w katastrofę.

  1. Zwykłe niedbalstwo, bylejakość i lekceważenie. Samolot mógł się rozbić, bo kontroler na wieży mógł być pijany, a żarówki w lampach nie wkręcone.
  2. Nie chodziło o doprowadzenie do katastrofy, ale o utrudnienie Prezydentowi udziału w uroczystościach poprzez uniemożliwienie mu lądowania w Smoleńsku. Gdyby polscy piloci uznali, że nie mogą tam wylądować, Lech Kaczyński musiałby lecieć do Mińska lub Moskwy, tam musiałby zostać zorganizowany transport, trzeba by przejechać kilkaset kilometrów i cała ceremonia zostałaby rozwalona. Dodatkowo Janusz Palikot mógłby znowu kpić, że Lech Kaczyński nawet do Katynia nie potrafi zdążyć. Katastrofa byłaby zatem swoistym „wypadkiem przy pracy”.
  3. Chodziło o to, aby samolot się rozbił. Tu istnieją dwie możliwości: albo sprawa odbywała się za wiedzą najwyższych władz, albo była inicjatywą którejś ze zwalczających się frakcji w rosyjskiej elicie władzy, mającą potencjalnie zaszkodzić przeciwnikom być może bardziej niż Polsce.

Wśród wielbicieli teorii spiskowych krąży niestety całe mnóstwo kompletnie nieprawdopodobnych hipotez, które sprawiają, że łatwo wykpić tych, co stawiają zasadne pytania. Kwintesencją tej szkodliwej roboty jest legenda, jaką otoczony jest filmik, nakręcony telefonem komórkowym przez jakiegoś Rosjanina, który trafił na miejsce katastrofy prawdopodobnie kilka minut po niej. Także w Salonie24 pełno jest egzegez tego materiału. Gdyby im uwierzyć, trzeba by przyjąć, że po katastrofie część pasażerów przeżyła, była w stanie chodzić, a nawet dość donośnym głosem nakazywać sobie spokój, zaś po lesie dziarsko biegały oddziały rosyjskich morderców, strzałami z pistoletów, przy wielu świadkach (i kręcącym filmik), dobijając rannych. Egzegeci filmiku słyszą na nim błaganie „Nie zabijajcie nas!” oraz widzą machające lub czołgające się postacie.

W rzeczywistości filmik jest tak kiepskiej jakości, że usłyszeć można na nim i zobaczyć dosłownie wszystko, co się chce. Dopiero obróbka specjalistycznymi programami, którymi dysponują jedynie służby specjalne, mogłaby dać odpowiedź, czy widać na nim coś podejrzanego czy nie. Żaden zdrowo myślący sceptyk nie zobaczy tam nic niezwykłego. Polskie nawoływania to prawdopodobnie głosy delegacji z ambasadorem Bahrem na czele, a strzały to milicjanci, odstraszający gapiów. I tyle. Rosjanie zaś musieliby być niespełna rozumu, aby najpierw zadać sobie trud doprowadzenia do katastrofy, a potem wysyłać na miejsce, położone obok ruchliwej drogi, oddział siepaczy do dobijania rannych.

Apeluję więc o pozostawienie na boku teorii z dziedziny fantastyki, a zajęcie się pytaniami, które faktycznie budzą wątpliwości. Wiemy już raczej na pewno, że bezpośrednią przyczyną katastrofy był fakt, iż samolot znalazł się zbyt blisko ziemi. Pozostaje wyjaśnić, czemu się tak stało. Żadne z dotąd przedstawionych wytłumaczeń nie jest przekonujące. Początkowe zwalanie winy na mgłę nie przekonuje. Mieliśmy pilota, który lądował na tym lotnisku dwa dni wcześniej jako drugi, miał tysiące godzin doświadczenia, a sam samolot wyposażony był w dwa wysokościomierze i system TAWS, mierzący odległość od ziemi na podstawie zawartych w pamięci danych o ukształtowaniu terenu wokół lotnisk na całym świecie. Lotnisko w Smoleńsku też powinno tam być. TAWS jest tak skuteczny, że podobno od pięciu lat żaden wyposażony w niego samolot nie rozbił się przy lądowaniu.

Najnowsze wyjaśnienia strony rosyjskiej są kompletnie niedorzeczne. Mówią o tym, że pilot nie wziął pod uwagę specyficznych cech rosyjskiej maszyny. Kapitan samolotu prezydenta miał na nim wylatane dobrze ponad 1000 godzin. Piloci z rządowego pułku to najlepsi fachowcy w Polsce. Sugerowanie, że mogli nie znać zachowań kierowanej przez siebie maszyny jest niepoważne.

Poniżej umieszczam listę pytań, które budzą moje wątpliwości. Nie wykluczam, że część spośród nich ma całkiem racjonalne, przypadkowe wyjaśnienia, których nie znam m.in. dlatego, że wymagają specjalistycznej wiedzy, niemniej uważam, że na wszystkie powinniśmy uzyskać odpowiedź.

  1. Z jakiego powodu już kilkadziesiąt minut po katastrofie strona rosyjska zaczęła przedstawiać bardzo daleko idące tezy, dotyczące przebiegu wypadku, które następnie nie znalazły potwierdzenia (m.in. teza o pięciokrotnej próbie podejścia do lądowania)?
  2. Czy z punktu widzenia meteorologii wytłumaczalna jest sytuacja, w której mgła pojawia się nie rano, ale później, przy generalnie nie zmienionych warunkach? Mgły zwykle zalegają rano (czyli np. w porze lądowania jaka z dziennikarzami), a następnie ulegają rozproszeniu. Sytuacja odwrotna wydaje się niezwykła.
  3. Czy nad lotniskiem zalegała mgła czy też mieliśmy tylko do czynienia z niską podstawą chmur?
  4. Jaki był cel czterokrotnego okrążenia lotniska przez polskiego pilota? Tu istnieją bardzo rozbieżne wersje, włącznie z tym, że samolot zrzucał paliwo.
  5. Czy wiemy coś o działaniu systemów pomiaru wysokości w tupolewie?
  6. Jak wygląda elektroniczna mapa lotniska w Smoleńsku, zawarta w systemie TAWS?
  7. Jak wyglądała kwestia dostępu przedstawicieli RP do miejsca katastrofy? Jak szybko Polacy mogli włączyć się w prace nad zabezpieczeniem szczątków maszyny?
  8. Jak ścisła była kontrola strony polskiej nad tym, co robiła strona rosyjska na miejscu?
  9. Dlaczego polski rząd nie zaproponował powołania międzynarodowej komisji ds. zbadania katastrofy?
  10. Jakie jest wyjaśnienie kwestii dwóch „dodatkowych” ciał, znalezionych ma miejscu katastrofy (pisała o tym „Rzeczpospolita”)?
  11. Czy to prawda, że po wizytach Tuska i Putina została zdemontowana dodatkowa aparatura naprowadzająca? Jeśli tak, to dlaczego i czy mogłaby ona pomóc pilotowi prezydenckiego samolotu w lądowaniu?
  12. Dlaczego strona polska nie postawiła żądania, aby wszystkie odnalezione ciała zostały natychmiast przetransportowane do Polski, gdzie równie dobrze można by – przy współudziale rosyjskich śledczych – dokonać ich identyfikacji?
  13. W jakim zakresie przedstawiciele Polski mogli mieć kontrolę nad tym, jak przebiegało poszukiwanie ciał oraz nad tym, jaki był los tych już odnalezionych?
  14. Dlaczego nie było ani jednej sekcji zwłok?
  15. Andrzej Seremet stwierdził, że piloci mieli świadomość, iż samolot się rozbije, jakieś trzy do pięciu sekund przed katastrofą. Najnowsze informacje (dziś znów dementowane) mówią o tym, że „szum” z kabiny pasażerskiej narastał na nagraniu z czarnej skrzynki kilkadziesiąt sekund przed katastrofą, co może świadczyć o tym, że pasażerowie już wówczas mieli świadomość, iż coś przebiega nie tak. Co mogło spowodować taką reakcję kilkadziesiąt sekund przed rozbiciem się maszyny?
  16. Jak wytłumaczyć niespójne i rozbieżne wypowiedzi rosyjskiego kontrolera lotów ze Smoleńska na temat przebiegu lądowania?
  17. W jakim stopniu od komunikacji z wieżą zależał przebieg lądowania?
  18. Jakie są wnioski z analizy wspomnianego wyżej filmu (prokuratura miała go badać, rezultatów nie znamy do dziś).
  19. Jak ścisłą kontrolę strona polska sprawowała nad czarnymi skrzynkami? Czy hipotetycznie strona rosyjska mogła dokonywać w nich manipulacji? Dlaczego skrzynki trafiły do Moskwy, a nie do Warszawy?
  20. Jaki wpływ na przebieg śledztwa mogło mieć to, że na czele komisji stanął Władimir Putin? Czy to nie paraliżowało np. zgłaszania uwag przez stronę polską i czy nie oznaczało to upolitycznienia komisji? Czy to normalne, że na czele komisji ds. zbadania wypadku lotniczego staje premier państwa?
  21. Jak wyglądały procedury kontroli rządowych samolotów po wizytach remontowych w Rosji? Czy strona polska brała pod uwagę możliwość ingerencji w jakiekolwiek układy i instalacje samolotu przez Rosjan? (Te wątpliwości były w przeszłości podnoszone wiele razy, ale po katastrofie jakoś zamilkły.)
  22. Czy polscy śledczy przeprowadzili wizję lokalną na miejscu? Czy mieli możliwość przesłuchania okolicznej ludności np. w celu zorientowania się, czy w pobliżu lotniska w czasie lądowania tupolewa działo się cokolwiek podejrzanego (parkował jakiś budzący podejrzenia pojazd, widać było jakąś niezwykłą aktywność itp.)?
  23. Czy została podjęta próba dotarcia do autora wspomnianego filmiku, umieszczonego w Internecie?

Podobnych pytań zebrałoby się zapewne sporo więcej (wyłączając te naiwne lub mało rozsądne). Niestety, zachowanie polskiego rządu sprawia jak najgorsze wrażenie. Samo unikanie słowa „zamach” każe sądzić, że została podjęta polityczna decyzja, aby tego wątku w ogóle w śledztwie nie uwzględniać, a jeśli nawet, to wyłącznie nieoficjalnie, co oznacza, że gdyby miało się okazać, iż Rosjanie odegrali jednak w katastrofie jakąś rolę, to i tak wszystko to zostanie zamiecione pod dywan.

Obawiam się, że lukier rzekomego polsko-rosyjskiego porozumienia ma przykryć wszelkie żądania wyjaśnienia wątpliwości. Bredzenie Radosława Sikorskiego o „emocjonalnym przełomie” we wzajemnych stosunkach pokazuje, jaka jest obowiązująca oficjalnie linia.

Źródło: lukaszwarzecha.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Zastanawiam się, dlaczego Putin stanął na czele tej komisji


Z prof. Peterem Redpathem, wykładowcą filozofii z Uniwersytetu Świętego Jana w Nowym Jorku, rozmawia Łukasz Sianożęcki

Jak w Stanach Zjednoczonych odebrano informację o katastrofie samolotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie?
– Oczywiście większość Amerykanów wiadomość o katastrofie przyjęła z wielkim niedowierzaniem. Dla wielu z nich był to prawdziwy wstrząs, a jednocześnie coś odkrywczego, gdyż dopiero po raz pierwszy usłyszeli, czym jest Katyń. Większość mediów przeprowadzała dość neutralne relacje z wydarzeń, nie wspominano w ogóle o politycznych sympatiach prezydenta Kaczyńskiego, mówiono jedynie o żalu, jaki zrodził się w Polakach i trwa do dziś. Z drugiej strony wszystkie wiodące media powtarzają doniesienia rosyjskich agencji o tym, że do katastrofy doprowadził błąd pilota. Podchwyciły ten wątek bardzo szybko i zgodziły się z taką właśnie konkluzją. Natomiast media alternatywne, jak internet, a zwłaszcza blogi, również wyrażały współczucie dla Polaków, jednakże nie chciały tak jednoznacznie przyjąć wiadomości, że do tragedii doprowadził błąd pilota.

Jak ta strata, Pana zdaniem, wpłynie na jakość polskiej i europejskiej polityki?
– Na chwilę obecną jest to tragedia powodująca wręcz dewastujące skutki dla całej Europy. Prezydent Lech Kaczyński był jednym z niewielu liderów europejskich, którego postępowanie i rozumowanie nie było oderwane od rzeczywistości. Wielokrotnie przecież wyrażał swój sprzeciw wobec próby zmian Unii Europejskiej i całej zachodniej części Starego Kontynentu w jedno wielkie państwo socjalistyczne. Jego strata dla Europy jest tym, czym była strata Sokratesa dla starożytnych Aten. Kaczyński chciał odwieść Europę od popełnienia zbiorowego samobójstwa, od samozniszczenia. Niestety, był w tych działaniach odosobniony. Jego głos był niemal jak głos wołającego na pustyni. Wielu europejskich liderów czuło się dotkniętych jego słowami. Wynikało to jednak z prostej przyczyny – kiedy bowiem okłamujemy siebie samych, najbardziej nie lubimy osoby, która mówi nam o nas prawdę prosto w oczy. W dalszej perspektywie zaś największe znaczenie będą miały nadchodzące wybory prezydenckie, które pokażą, czy śmierć prezydenta Kaczyńskiego przyczyni się do ożywienia w Narodzie Polskim ducha patriotyzmu. Mam nadzieję i przypuszczam, że tak właśnie będzie. Właśnie w głębokiej duchowości Polaków spoczywa ostatnia nadzieja na moralne i metafizyczne odrodzenie Zachodu. Los Europy zależy od moralnej odnowy Polski. A żaden inny kraj nie jest w stanie wpłynąć na nią tak, jak by mogła to zrobić Polska. Czyli jednym słowem, los Europy leży w rękach Polaków i ich wewnętrznej siły. Mam nadzieję, że podstawowym wnioskiem, jaki wyciągną ludzie z tej tragedii, będzie stwierdzenie, że to Bóg, a nie istoty ludzkie, ostatecznie determinuje bieg historii człowieka. Bez względu na to, czy śledztwa wykażą sabotaż, próby zacierania śladów, czy może zwykły wypadek, dyskusji nie podlega fakt, że do katastrofy doszło w czasie wielkanocnym, dzień przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego, co według mnie wskazuje na działanie niewidzialnej ręki Boga, który jeszcze raz chce wskazać na specjalną rolę Polaków, jaką mają oni do odegrania, aby bronić i zachowywać dorobek zachodniej cywilizacji.

Przed 70 laty w Katyniu Sowieci wymordowali polską elitę odpowiedzialną za podtrzymywanie dorobku kultury polskiej i tożsamości Narodu.
– Porównywanie tej katastrofy do tragedii w Katyniu z 1940 roku jest nieuniknione. Znów tracicie tak wielu liderów politycznych, wojskowych i religijnych. Znów istnieje możliwość, że Rosja nie będzie chciała ujawnić wszystkich szczegółów tragedii. Wiele rzeczy jest zagadkowych. Dlaczego wszystkie media establishmentowe tak łatwo przyjęły wersję o błędzie pilota, nie czekając na wyniki śledztwa. Taka konkluzja była zdecydowanie zbyt przedwczesna i niemająca praktycznie żadnego oparcia w informacjach, którymi w chwili tragedii dysponowali dziennikarze. To znów przypomina propagandowe działanie, próbę wpłynięcia na opinię publiczną, a nie próbę ustalenia faktów. Zastanawia mnie też, dlaczego Władimir Putin stanął na czele komisji badającej tę sprawę. Według wszelkiej dotychczasowej praktyki była to niezależna grupa śledcza. Zastanawiająco długo trwało odnalezienie czarnych skrzynek i swoista niechęć strony rosyjskiej do przekazania ich Polakom. Przez wszystkie lata mojego życia nauczyłem się, że pozory w polityce często okazują się rzeczywistością.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: Nasz Dziennik

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized