Monthly Archives: Luty 2011

O nieprawdopodobieństwie


28.02.2011 19:46

Min. A. Macierewicz w Monachium przypomniał, że od 10 Kwietnia było aż 7 katastrof z tupolewem 154m i w żadnej z nich nie doszło do takich zniszczeń, jak te, które widać na Siewiernym (http://gloria.tv/?media=133702). Co więcej, samolot zwykle, bez względu na przyczynę katastrofy, rozpadał się na 3, 4 kawałki – i nie zginęło więcej niż 1/10 ilości osób na pokładzie. Tymczasem na Siewiernym nie ma (poza resztkami) kadłuba, kokpitu, a śródpłacie jest rozerwane na dwie części itd. Samolot, zdaniem Macierewicza, musiał się rozpaść nad ziemią.
Można by roboczo przyjąć takie rozwiązanie i ja sam przez długie miesiące drążyłem właśnie taki scenariusz (biorąc pod uwagę nawet wariant taki, że spowodowano we mgle kolizję z tupolewem (http://freeyourmind.salon24.pl/219683,medytacje-smolenskie)). Pojawiają się tu jednak dwie bardzo poważne wątpliwości. Jeśli samolot zostałby trafiony (zestrzelony) w powietrzu podczas próby podchodzenia do lądowania, to runąłby z wielkim hukiem natychmiast, tworząc lej. Jeśliby zaś wysadzono tupolewa w powietrzu, to wrak i szczątki zostałyby rozrzucone wokół epicentrum wybuchu.
Schemat rozkładu szczątków na Siewiernym (pokazany na zmanipulowanych zdjęciach w „raporcie komisji Burdenki 2”) jest natomiast taki, jakby maszyna twardo przyziemiała i rozpadła się podczas tego manewru. Zwłoki zaś (tu wiarygodnej dokumentacji nie ma żadnej, jedynie niezbyt spójne zeznania świadków (http://freeyourmind.salon24.pl/278778,syrena-ruska)) umiejscowione są w jednym sektorze… bez foteli (M. Wierzchowski twierdzi, że widział… przynajmniej jeden fotel). Zwracam uwagę na kwestię braku fotograficznej, dokładnej (medyczno-sądowej, kryminalistycznej) dokumentacji dotyczącej Siewiernego, właśnie jeśli chodzi o zwłoki, ponieważ taka dokumentacja dostarczyłaby przesłanek, co do przebiegu tragedii oraz przyczyn zgonu ofiar oraz… ewentualnej maskirowki. Ta kwestia braku dokumentacji sygnalizowana jest zresztą w „polskich uwagach do raportu”.
z
Ale są jeszcze inne kwestie. Na jednym z kadrów z filmu S. Wiśniewskiego widać, że strażak przechodzi obok zupełnie zimnego sporego fragmentu wraku. Czy jest możliwe takie wychłodzenie się części sporej wielkości samolotu, skoro jeszcze chwilę temu cała maszyna była w powietrzu po kilkudziesięciominutowym locie? Nie spadła ona przecież do pokrytego lodem jeziora. Już pomijam fakt, że te szczątki nie płoną ani nie dymią – palą się jedynie jakieś ogniska w okolicy. Albo więc wrak tupolewa pokazany na Siewiernym został błyskawicznie wystudzony przez strażaków (co wydaje się mało prawdopodobne, bo przecież Ruskim zależało na tym, by miejsce wyglądało na „powypadkowe”), albo części zostały tam ulokowane w inny sposób, czyli NIE znalazły się tam w wyniku katastrofy o godz. 8.39/8.41. Ja przynajmniej nie znajduję obecnie innego rozwiązania tego problemu.
To zaś jest tylko wierzchołek góry lodowej. Mamy zmanipulowane zapisy CVR, mamy ogłoszone zagrożenie atakiem terrorystycznym (9 kwietnia o godz. 10-tej wieczorem) na jakiś samolot unijny i (co przecież Macierewicz podkreśla) niesprawdzenie lotniska na Siewiernym przez polskie służby, mamy dziwne roszady na Okęciu rankiem 10 Kwietnia, mamy dyskusje między Siewiernym a innymi ruskimi ośrodkami na temat konieczności odesłania delegacji prezydenckiej na zapasowe lotnisko, mamy też informację na samym Siewiernym, przekazaną czekającym tam polskim dyplomatom, że delegacja została odesłana. No więc te choćby przesłanki nakazałyby jednak poddać w wątpliwość to, co Ruscy usiłują nam od pierwszych minut po „ogłoszeniu katastrofy”, wbić do głowy – a więc, że tam, a nie gdzie indziej, właśnie do katastrofy doszło.
Pragnę jeszcze raz zwrócić uwagę na jedną, najważniejszą rzecz związaną z czekistowską maskirowką: jeśli Ruscy jedynie zainscenizowali katastrofę (a wg mnie wiele na to wskazuje), to osoby badające tragedię smoleńską wyłącznie na podstawie ruskich dowodów, nigdy nie dowiodą żadnego zamachu i nigdy nie dojdą do rzeczywistych przyczyn tragedii. Nigdy. Oczywiście, hipoteza głosząca, że na Siewiernym tylko zainscenizowano katastrofę (po to, by prawdziwy zamach i prawdziwa zbrodnia pozostały tajemnicami), może się okazać fałszywa – problem tylko w tym, że jak na razie coraz więcej znajdujemy przesłanek do jej przyjęcia.
Jeśli jednak min. Macierewicz twierdzi, że jest ona nieprawdopodobna, to powinien wskazać, na ile prawdopodobna jest – biorąc to wszystko, co już wiemy, te wszystkie sprzeczności i znaki zapytania, te brali dowodów, ekspertyz, zapisów itd. – wersja z katastrofą na Siewiernym. Jeśli bowiem argumentem ma być rozpoznanie ciała Prezydenta przez premiera J. Kaczyńskiego, to jest to stanowczo za mało, gdyż jak doskonale wiemy, ciało zabitego Prezydenta mogło zostać na Sewiernyj dostarczone z innego miejsca. To zaś, że doszło wcześniej do telefonów i Prezydenta, i p. Tomaszewskiej i p. Deptuły, wcale nie kłóci się z hipotezą maskirowki. Katastrofę ogłoszono o godz. 8.56 – od godz. 8.20, kiedy były te dwa pierwsze telefony (pora ostatniego jest nieokreślona) jest więc 36 minut. Czy mamy dane dotyczące miejsc, z których telefonowano? Czy mamy bilingi wszystkich telefonów, za pomocą których łączono się z Polską 10 Kwietnia w czasie tragedii?
Gdyby mi ktoś powiedział 9 kwietnia, że następnego dnia będzie drugi Katyń, też bym powiedział, że to nieprawdopodobne, a nawet niemożliwe. Nie mówmy więc p tym, gdy ten drugi Katyń jest od 10 m-cy historycznym faktem, o tym, co nieprawdopodobne, tylko badajmy sprawę, jak bardzo mroczna i tragiczna by ona nie była.
http://vimeo.com/19046104 (uwaga zdjęcia drastyczne związane z katastrofami lotniczymi w Irkucku; tu widać jak dymią części rozwalonego samolotu)
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Oko żaby 3


25.02.2011 12:27

Z obszernych zeznań S. Wiśniewskiego (w skrócie SW) przed parlamentarnym zespołem A. Macierewicza wyłania się następujący obraz, moim zdaniem, niezwykle ważny z punktu widzenia obywatelskiego, niezależnego śledztwa dotyczącego zamachu przeprowadzonego na polskiej delegacji w dn. 10 Kwietnia. Proszę to, co napiszę poniżej, przeczytać bardzo uważnie.
Po pierwsze, SW ani przez chwilę nie miał świadomości, że „zdarzenie” z godz. 8.38-8.48 (tego czasu, a dokładniej 11-tu minut „zdarzenia” nie uchwyciła kamera SW) dotyczy polskiego tu-154m z delegacją prezydencką.
Po drugie, SW był przekonany (jeśli nie: pewny), że doszło do katastrofy małego, wojskowego samolotu(jeśli nie… śmigłowca; 101′ materiału (http://www.polityczni.pl/smolensk,audio,51,5708.html)) i z tego powodu wzdragał się przed wyjściem i sfilmowaniem „zdarzenia” na ruskim, wojskowym lotnisku („Wolę być żywym tchórzem niż martwym bohaterem”, „a jak mnie odstrzelą albo coś”, „człowiek dostaje usztywnienia”, „a jak mi coś się stanie”, planowanie „drogi ucieczki”, przygotowywanie zapasowych materiałów, „rutyna” itd.). Powiedział zresztą wprost, że gdyby wiedział, że to katastrofa z polską delegacją, to „usiadłby i płakał”, „nawet kamery bym do ręki nie wziął”. Mały słup dymu, niewielki ogień itd.
Po trzecie (i najważniejsze), SW nawet przybywszy na pobojowisko, obszedłszy je, obejrzawszy i sfilmowawszy szczątki samolotu, NIE miał świadomości, że to wrak tego statku powietrznego, którym leciała prezydencka delegacja. („Prawie żadnego ognia” i brak zniszczeń w okolicy, a „powinny być zniszczenia na 200 metrach” przynajmniej, jeśliby spadł samolot z dziesięcioma tonami paliwa – tłumaczył w sejmie, odwołując się do swoich wspomnień z Lasu Kabackiego).
Po czwarte, SW NIE miał świadomości, że doszło do katastrofy „prezydenckiego” samolotu, nawet gdy montażystę zwinęło FSB, FSO z Grzegorzem Cyganowskim z polskiej ambasady na czele (ten ostatni już 10 Kwietnia powinien zostać zatrzymany przez polską prokuraturę, a jak znam życie, do tej pory pewnie nawet nie składał zeznań; może nawet spokojnie pełni swoje odpowiedzialne funkcje nadal w ambasadzie?).
Po piąte, SW dopiero będąc przetrzymywanym przez Rusków w aucie miał od znajomej z Polski otrzymać sms-a, który „uświadomił mu”, co się stało, czyli, co SW nie tak dawno „mógł widzieć” na pobojowisku. Tu zresztą intrygujący, ale nie przedstawiony szczegółowo epizod z W. Baterem (mam nadzieję, że ten dziennikarz, skoro tak szybko 10 Kwietnia dowiedział się o „zdarzeniu”, także zostanie dokładnie przesłuchany przez zespół Macierewicza), z którym SW miał zamienić parę zdań po wyjściu z ruskiego samochodu.
Po szóste, SW z wyrozumiałością podszedł do ruskiej opieszałości, jeśli chodzi o akcję ratunkową. Jego zdaniem bowiem służby medyczne już przed swoim przyjazdem musiały wiedzieć(tzn. zostać uprzedzone), że „coś się stało potwornego”; „wiedzieli, jaki to samolot się rozbił” i że „nie było już do czego się spieszyć”. Jest to o tyle ciekawe spostrzeżenie, że zarazem sam SW przyznał, iż „karetki nie miały szans podjechania, bo nie ma drogi bitej” (na pobojowisko), a zatem, że służby medyczne nie mogły sprawdzić tego, do jak wielkiej doszło tragedii. Co więcej, w takiej sytuacji (tj. gdy nie można autami dotrzeć na miejsce katastrofy z udziałem blisko stu osób), to narzucającym się logistycznym rozwiązaniem byłoby natychmiastowe wysłanie śmigłowców ratunkowych – czego, jak wiemy, wcale nie uczyniono.
Po siódme, SW sądził, że… delegacja prezydencka wylądowała i gdzieś odleciała godzinę wcześniej (58′ materiału). Wrak, jego zdaniem wyglądał, jakby pusty samolot uległ zniszczeniu, stąd też brak nerwowości u strażaków nie wydał się SW podejrzany czy niepokojący.
Po ósme SW wielokrotnie powtarzał, że (ów niewielki, wojskowy, nieznaczny) samolot spadał.
Jednocześnie SW, nie proszony przez nikogo i nawet nie prowokowany do tego pytaniami, z wyjątkową starannością zajął się – powołując się na wojskowych fachowców – rozmaitymi dementi, które przy różnych okazjach wczorajszego przesłuchania, wygłosił. Zdementował, by była sztuczna mgła, zdementował, by za spotkania Tuska-Putina zainstalowano specjalną aparaturę (choć go tam wtedy na lotnisku nie było!), zdementował meaconing (nie użył tego słowa, lecz dokładnie mówił o możliwych zakłóceniach komórek, Sieci i innej aparatury), zdementował nawet pogłoskę o jeżdżeniu karetek bez sygnału.
A. Macierewicz tę najważniejszą chwilę w hotelu, gdzie był SW i gdzie pojawili się „smoleńscy blacharze”, skomentował tak: „słyszy pan huk samolotu, widzi pan słup ognia i sprawdza pan, co się nagrało (w kamerze – przyp. F.Y.M.), to jasne”. Nawiązywał w ten sposób do tego, że od dwóch godzin SW miał włączoną kamerę i czatował na przylot delegacji, ale akurat w chwili „zero”, nie tylko kamerę wyłączył, ale i zaczął sprawdzać, jakby to było najważniejsze. SW przeszedł nad tym niezwykłym faktem do porządku dziennego, ubolewając, że pierwszy raz w życiu wyłączył kamerę przed czasem. (Siedział sobie zresztą wyluzowany na przesłuchaniu sejmowym, mając nogi swobodnie wypuszczone pod stołem i co chwilę sypiąc uprzejmymi uwagami, a nawet zabawnymi powiedzonkami.)
No ale to nie było przed czasem, bo 11 minut później SW kręci film swojego życia, czyli relację z Siewiernego. Czy jednak nakręcił tam film dokumentujący katastrofę polskiego samolotu z delegacją prezydencką? Sam SW o tym nie wiedział, dopóki mu koleżanka z Polski sms-em sprawy nie wyjaśniła.
Można by tu mówić o tzw. refleksie szachisty, choć zdawałoby się, że szachownica na zabłoconym stateczniku, pokazana na całym świecie, wyjaśniała wszystko i nie mogła budzić niczyich wątpliwości. „Z Rosjanami nie ma dyskusji”, parokrotnie przypomniał SW, pewnie dlatego nie dyskutowano 10 Kwietnia z tym, że na Siewiernym doszło do katastrofy z udziałem polskiej delegacji. Nie dyskutowano też z tym, że komunikat „wsie pogibli” przekazano stronie polskiej, zanim ktokolwiek policzył zwłoki.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Efekt motyla


24.02.2011 17:12

Wydaje się, że największą „zagadką smoleńską” jest czas. Nie chodzi tylko o to, że sami świadkowie mają problemy z dokładnym ustaleniem wydarzeń, lecz także oficjalne instytucje, które powinny mieć zupełnie precyzyjne dane, mają z tym problem. Zagadkę tę usiłuje rozwikłać już od dłuższego czasu kilkoro blogerów (arturb, intheclouds, MMariola, Markowski), lecz wciąż dalecy są od ostatecznych rozstrzygnięć. Dlaczego czas jest taki ważny? Dlatego, że zmiana parametrów czasowych pozwala kontrolować przebieg zamachu oraz (ex post) uruchomić akcję dezinformacyjną pn. „wypadek”.

Zacznijmy od Okęcia. Wiemy, że osoby zaproszone do uczestniczenia w uroczystościach miały tam się zacząć stawiać 10 Kwietnia już o 4 rano. Tymczasem wylot, wedle danych komisji Millera, miał nastąpić niemal 3 i pół godziny później. P. Świąder twierdzi, że był na lotnisku nawet „przed 4 rano”, gdyż mieli odlatywać o 5-tej (http://www.rmf24.pl/opinie/komentarze/pawel-swiader/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706). „Dopiero na Okęciu okazało się, że dziennikarze mają lecieć Jakiem, a dopiero godzinę po nas wystartuje Tupolew.” I dopiero na Okęciu, tzn. „tuż przed startem”, jak podaje Świąder, wręczono dziennikarzom książeczkę dotyczącą uroczystości.
Nietrudno więc się domyślić, że wcześniejszy scenariusz był inny, skoro dziennikarze byli zaskoczeni. Na Okęciu rano zaczęły zachodzić dziwne roszady. Jak pamiętamy, dziennikarzy nie tylko nie wsadzono do tupolewa, lecz i po wsadzeniu do jaka-40 grzecznie przeproszono i skierowano do innego jaka-40, podczas gdy, jak twierdzi Świąder, jeszcze trzeci jak-40 czekał w hangarze. Były zatem na warszawskim lotnisku trzy jaki-40 i jeden tupolew. Ciężko uwierzyć, by którykolwiek z nich był przed wylotem polskiej delegacji na tak ważne uroczystości niesprawdzony i niesprawny. Przesiadka dziennikarzy musiała mieć zatem związek z innymi względami aniżeli „brak miejsc w tupolewie”. Po wylocie dziennikarzy nie wiemy niestety dokładnie, co się działo na Okęciu. Dziennikarze przylatują na Siewiernyj i „po godzinie” (relacja Świądra) są w Katyniu – odległym od Smoleńska zaledwie o kilkanaście km.
Teraz kwestia jaka-40. Miał on wylecieć koło 5.30 a wylądować koło 7.20, dlaczego więc blisko godzinę później, tj. o 8.25 (wg ruskiego „oficjalnego” czasu 10:25) miałby drugi pilot tu-154m pytać: „A wyście wylądowali już?” Czy takie pytanie nie byłoby właściwsze o… 7.25 (http://MMariola.salon24.pl/279373,strefa-czasowa-czas-letni-czas-zimowy#comment_3999679)?
„– Rządowe maszyny mają kilka różnych radiostacji, które umożliwiają zarówno łączność z krajem, jak i innymi statkami powietrznymi. Wystarczy ustawić odpowiednią częstotliwość – wyjaśnia Andrzej Kiński, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”. – Nie dziwi mnie więc, że załogi dwóch samolotów z tego samego pułku, lecąc w to samo miejsce, wymieniały się informacjami.
Jak ustaliła „Rz”, załogi rozmawiały, gdy prezydencki tupolew był w powietrzu, a jak-40 już wylądował na pasie lotniska i następnie z niego odkołował.
Rozmówcy „Rz” twierdzą, że kontakt urwał się 10 minut przed katastrofą Tu-154, która wydarzyła się o godz. 8.56. O czym rozmawiały załogi obu maszyn? Piloci jaka przekazywali kolegom informacje o pogodzie w Smoleńsku. Mówili, że z minuty na minutę się pogarsza – twierdzą nasi informatorzy. Dodają, że załoga samolotu, który już wylądował, ostrzegała kolegów szczególnie przed gęstniejącą mgłą”,
podawała „Rz” kilka dni po „wypadku” (tj. 23 kwietnia 2010), co sugerowałoby, że kontakt między załogami trwał do 8.46, tymczasem wiemy, że ostatni komunikat przekazany przez „Remka”, pojawia się (wedle „stenogramów” CVR) o 8:37.
Rozmowa między polskimi załogami jest jednym z najważniejszych elementów pozwalających ułożyć smoleńskie puzzle, problem tylko w tym, że ktoś wyjątkowo mądry wpadł na to, by zapisy CVR jaka-40 z 10 Kwietnia uległy skasowaniu podczas drogi powrotnej do Polski. Nie wiem, czy to była inicjatywa samej załogi jaka-40, czy ktoś z „wyższych sfer” życzliwie doradził załodze, by nie zawracała sobie gitary tym CVR-em. Bezcenny doprawdy dowód uległ w ten sposób zniszczeniu, a sprawa jest przecież o tyle poważna, że bez tego dowodu nie sposób umiejscowić w czasie właśnie tej rozmowy. Trudne jest więc także ustalenie, czy i w jaki sposób Ruscy dokonali nowej „parametryzacji” czasu w urządzeniach (i na wieży, i tych przypisanych do tupolewa).
Dialogu jak-40-tu-154m nie słychać w zapisach rozmów „wieży” na Siewiernym. Oczywiście można ten fenomen tłumaczyć sobie w ten sposób, że Polacy porozumiewają się na częstotliwości 123,45 w przeciwieństwie do częstotliwości 124,0 używanej przez „Korsaż-a” i załogę tutki, ale przynajmniej w dwóch miejscach, tj. o godz. 8:24:16 („oficjalna” ruska 10:24:16) „Rafał” z jaka-40 zgłasza się poza tą częstotliwością – podobnie „Remek” o godz. 8:37 informujący o widoczności 200 m:
Tak, to jest ostatnie, co w ogóle przez nasze radio do nich wyszło. Nawet nie przechodziłem już na częstotliwość 123,45, która jest taką umowną częstotliwością do pogaduch, zwykle nieokupowaną przez jakiś radar, czy kogoś, kto prowadzi.
Stenogramy z „wieży” nie tylko nie uwzględniają 1) korespondencji między jakiem-40 a tupolewem, ale też 2) nie obejmują słynnej wymiany zdań dotyczącej „zrzutu”, a przecież powinna być tam słyszalna, skoro samolot (samoloty?) jest (są?) w pobliskiej przestrzeni powietrznej. Po trzecie, stenogramy te pomijają część wypowiedzi załogi tu-154m, które zapisane są na „kopiach zapisów” CVR w ostatnich chwilach „przed wypadkiem”. Po czwarte, jak pamiętamy z relacji Plusnina, „oni nie kwitowali”, a nawet urwała się z nimi (tj. Polakami) łączność w końcowej fazie lotu. Po piąte, o czym już w postach wspominałem, tu-154m dwukrotnie znika z radarów na Siewiernym, co dla „ruskich szympansów” nie stanowi większego problemu. Znika też z radarów jak-40 (o godz. 8:55:38 „Kudat etot Polskij propał?”).
Można więc zasadnie podejrzewać, iż stenogramy z „wieży” to materiał spreparowany, a nie rzetelny i być może z tego właśnie powodu pozwolono go Polakom „metodą chałupniczą” przegrać. Do wniosku dot. spreparowania skłania też analiza wypowiedzi technika pokładowego jaka-40, który miał twierdzić, że „kontrolerzy” zachęcali załogi jaka-40, iła-76 oraz tu-154m do schodzenia do wysokości 50 m (w stenogramach jest 120 m w przypadku iła-76 oraz 100 m w przypadku tupolewa) oraz że Wosztyl zrazu nie mógł się dogadać z kontrolerem i prosił o powtarzanie komunikatów (tego także nie ma w stenogramach, aczkolwiek padają tam wypowiedzi, że Polacy z jaka-40 nie odpowiadają (8:59:19: „Ja jemu skazał, on nie gawarit”)).
Zwróćmy jednak uwagę na ten, moim zdaniem, bardzo ważny fragment korespondencji między wieżą a „kontrolą” (wytłuszczenia pochodzą ode mnie):
„08:39:14 (czyli 6:39 pol. czasu) KL – Podpowiedzcie proszę, macie jakieś informacje na temat Polaków, co?
08:39:20 KL – A zapiszcie taki oto telefon: 231-56-93, to główne centrum Kierowania Ruchem Lotniczym, tam powinni wiedzieć wyleciał, czy nie wyleciał. (na Siewiernym nie ma więc do tej pory jeszcze informacji o wylocie polskiej delegacji – przyp. F.Y.M.)
08:39:36 KL – Zadzwońcie tutaj (niezrozumiałe)
08:42:06 KL – Podpułkownik Plusnin.
08:42:08 KL – Tak.
08:42:10 KL – A jeszcze nie wylatywali?
08:42:16 KL – Jasne.
08:43:13 KL – Odpowiedział/odpowiedziałem.
08:43:15 Dyspozytor – 8:33 Frołow, z Wnukowa.
08:43:19 KL – Zrozumiałem.
08:44:14 A (nierozpoznany) – Zapytałem go o to samo (niezr.).
08:45:42 A – (niezr.)
08:46:00 A – (niezr.)
08:46:08 A – Słucham.
08:46:09 KL – Tak, póki co jest informacja, że tylko IŁ leci. Innych informacji nie ma. Gdzieś dwadzieścia po dziewiątej.
08:46:33 A – A? (Co?)
08:46:41 KL – Bóg wie kiedy. Może zaspał, dziś przecież jest sobota. Pomyślał i powiedział, jaka różnica godzinkę wcześniej, godzinkę później, a może w ogóle (niezr.).”
Coś tu ewidentnie nie gra. Siewiernyj ma być docelowym lotniskiem, a tymczasem, jeśliby wierzyć tej wymianie zdań, „wieża” nie otrzymuje informacji o wylotach (mimo że na Okęciu trwa już krzątanina od 2 i pół godziny). Co więcej, szczątkowe wieści, jakie docierają do Siewiernego, wskazują, że i tak nic konkretnego o czasie wylotów nie wiadomo – „jedna godzina wcześniej, godzinkę później, a może w ogóle”, a to ma niby być za piętnaście siódma polskiego czasu, czyli gdy jak-40 z dziennikarzami wyleciał o godz. 5.30. Na tym nie koniec. Niedługo później, co wynika z tychże stenogramów z „wieży”, załoga jaka-40 zgłasza przecież swoje dochodzenie do ASKIL (godz. 8:52), a Plusnin łączy się z nią, pytając, czy wzywała „Korsaż-a”.
Chwilę wcześniej, na co już zwracano w blogosferze uwagę (http://freeyourmind.salon24.pl/277507,dziwne-szpule-2), odbywa się taka zaskakująca wymiana zdań:
„08:50:09 (czyli 6:50 pol. czasu)) Dyspozytor/Kontroler Obszaru – Pawle Waleriewiczu, za 55 minut na ASKIL pierwszy Polak 0-31 PLF.
08:50:16 KL – Zrozumiałem.
08:50:17 D – Spytaj go, czy strefa zezwoliła go nam przejąć?
08:50:20 KL – Zrozumiałem.”
Za 55 minut to nie za 5 minut ani tym bardziej za 2 minuty, w ciągu których do ASKIL podchodzi jak-40 z dziennikarzami. Czy więc nie jest to informacja o tym, że w końcu (tj. po dotychczasowych sprzecznych doniesieniach) wystartował „prezydencki” jak-40? Jeśli jak-40 Wosztyla pokonał trasę z W-wy do ASKIL w 82 minuty (5.30-6.22), to zakładając podobną prędkość w przypadku „prezydenckiego” jaka-40 i biorąc pod uwagę tę podaną wyżej porę „za 55 minut od 8.50”, tj. 9.45 (czyli 7.45 polskiego czasu), to ów drugi jak-40 miałby start z Okęcia o godz. 6.50. To zaś całkowicie zgadzałoby się z tym, co twierdził Paszkowski przekazujący tej treści informację do mediów już w okolicach 9-tej.
Przypomnę za blogerem AlanPolish, który spisał to, co na żywo relacjonował od godz. 9.19 10 Kwietnia J. Kuźniar na antenie TVN24 (http://lubczasopismo.salon24.pl/katastrofa/post/221234,oficjalne-rozporzadzenie):
Wiadomość sprzed chwili dosłownie, mamy informację bardzo ogólne o tym, że były kłopoty z lądowaniem Prezydenckiego samolotu JAK 40 na lotnisku w Smoleńsku. Polska delegacja z osobami, które wspólnie z Panem Prezydentem leciały do lasy katyńskiego na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiejwyleciały z Polski o godz 6.50 (…) Według tego oficjalnego Rozporządzenia to był JAK 40…. (…)Samolot Prezydencki JAK 40 który wystartował z Warszawy o 6.50 z wojskowego Okęcia nie wylądował, nie przyziemił
(…)
I przed sekundą dosłownie otrzymałem informację od rzecznika sz… rzecznika polskiej dyplomacji, rzecznika MSZ-u, Pana Piotra Paszkowskiego, który potwierdził, że prezydencki samolot JAK 40 rozbił się niedaleko lotniska wojskowego w Smoleńsku. JAK 40 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku… (…) Przypomnę raz jeszcze: informacja sprzed kilku sekund dosłownie: rzecznik MSZ-u Pan Piotr Paszkowski potwierdza w rozmowie z TVN24 że według wstępnych informacji prezydencki samolot JAK 40 którym Prezydencka Para, prezydencka delegacja leciała na 70 rocznicę zbrodni katyńskiej, rozbił się podchodząc do lądowania niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. Mamy dwa źródła REUTERS i rzecznik MSZ-u: Prezydencki JAK 40 rozbił się niedaleko lotniska, na lotnisku w Smoleńsku. Ta informacja dotarła do nas około godziny 9-tej. Nie chcieliśmy jej Państwu podawać bo nie mieliśmy żadnych sprawdzonych informacji. Nie robimy tego nigdy.
Teraz mamy potwierdzenia z 2 źródeł z agencja Reutera na którą powołuje się także Polska Agencja Prasowa i od rzecznika MSZ-u Piotra Paszkowskiego:maszyna polska Rzeczpospolitej Polskiej JAK 40 z Prezydencką Parą z innymi gośćmi których Para Prezydencka zabrała na pokład i leciała do Katynia na uroczystości 70 rocznicy zbrodni katyńskiej, rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. (…) 2 źródła potwierdzają, agencja Reutera i rzecznik MSZ: maszyna JAK 40 (…) rozbiła się niedaleko lotniska w Smoleńsku…. (…) Przypomnę Państwu informację sprzed chwili, potwierdzoną już informację, która dotarła do nas około godz 9ej, ale nie było oficjalnego TAK POTWIERDZAM. Teraz już wiemy: rządowy JAK 40 z Prezydencką Parą, z gośćmi Pary Prezydenckiej rozbił się niedaleko Smoleńska.
No i w tym momencie, tj. po wydeklamowaniu wiele razy frazy „prezydencki jak-40”, zaczynają się schody, które odkrywa sam Kuźniar na antenie. Trzyma bowiem w ręku (podaną pewnie przez kogoś ze studia) „książeczkę” dotyczącą obchodów i popada w konsternację:
Wiemy, że… Chociaż ja nie chcę spekulować… bo w tej oficjalnej rozpisce programu udziału Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej jest napisane: (…)o 6.50 ta maszyna w… s… wspólnie z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i małżonką, którzy przyjechali jako ostatni na Okęcie miała wystartować i o 7 ten samolot wystartował… y… w… s… wystartował… y… w… w tej rozpisce jest też taka… y… yhm… nie wiem właśnie czy mylna, nie… nie… nie… nie…. nie potwierdzona wiadomość, żeo 7 wystartował także Tupolew z Prezydentem Lechem Kaczyńskim, małżonką do Smoleńska
Jak wiemy zaś z dalszych medialnych doniesień z 10 Kwietnia, ta „autokorekta” Kuźniara wcale nie jest poprawna, gdyż potem zostają zdementowane i informacje o wylocie „prezydenckiego jaka-40”, i o wylocie o godz. 6.50, i o wylocie o godz. 7.00 – wszak „prezydencki tupolew” ma lecieć dopiero o 7.27.
Skąd ten narastający problem z czasem i te nieustające zmiany wydarzeń z przeszłości, niemalże jak na filmie „Efekt motyla”? Przede wszystkim stąd, że pierwsze informacje o „zdarzeniu” pochodzą sprzed godz. 9-tej polskiego czasu. Kuźniar podaje na antenie, że wtedy właśnie dostali wiadomość, zaś niedługo po 9-tej w PolsatNews przekazana jest informacja o „awarii” polskiego samolotu. Nie muszę dodawać, że skoro katastrofa oficjalnie wydarzyła się o 8.56 (wg ruskiego czasu 10:56), to trochę za szybko jak na przekaz medialny, prawda? Zaczyna się więc medialna „podróż w czasie” i godzina „zdarzenia” zaczyna się przesuwać wstecz. Ale do której w końcu?
S. Wiśniewski zeznając dziś przed „komisją Macierewicza”, jak to w mainstreamie przechrzczono zespół parlamentarny badający tragedię smoleńską, odsłania jeszcze bardziej zagadkowy obraz tego, co się działo w okolicach Siewiernego. Ma on wprawdzie od dwóch godzin włączoną w hotelu kamerę, by zarejestrować przylot prezydenckiej delegacji, ale jakimsik cudem w okolicach tego przylotu, tj. niedługo po 8.30, pojawiają się „na dachu” jacyś „pracownicy”, tudzież „robotnicy”, przestawiając jakieś „blachy”, zaś polski montażysta w trosce o kamerę wyłącza ją „na dwie minuty” przed „zdarzeniem”, czyli o 8.37/8.38.
Okazuje się więc, że nawet jednego drobnego dźwięku „zdarzenia” nie ma na bezcennych materiałach Wiśniewskiego. „Zdarzenie” słyszane jest przez niego, ale reakcja samego montażysty jest zgoła inna niż ta, którą przedstawiał w swych głośnych wywiadach z 10 Kwietnia. Wiśniewski słyszy jakieś dźwięki, ale wcale się nie spieszy z tym, by wystawić kamerę i filmować dalej. Wpada w nastrój wprost refleksyjny: „widzę, słucham, zastanawiam się, o co chodzi”. A o co mogłoby chodzić, skoro na chwilę przylotu prezydenckiej delegacji miał facet czekać aż dwie godziny ze swoją kamerą wystawioną w oknie, niemalże jak astronom amator na powrót komety Halleya? Potem dopiero, jak Wiśniewski stwierdza, uruchamia się u niego „mechanizm dokumentalisty”. Zmienia kasetę, sprawdza, czy kamera nagrywa, ubiera się i schodzi kręcić swój legendarny materiał na pobojowisku. Zastrzega jednak, że do strefy zero nie dotarł, tylko do strefy „technicznej”. Domyślamy się, że o strefie zero dowiedział się już od życzliwych ruskich oficerów. Czy jest tu jakaś gorączkowa gonitwa? Nie wygląda na to. Jeśli więc spokojnym krokiem dociera on na pobojowisko, gdzie filmuje o godz. 8.50, to co tam się dzieje przez dwadzieścia kilka minut od „zdarzenia”? Podejrzewam, że nic.
Jak wiemy, w ramach podróży wehikułem czasu i w wyniku efektu motyla, katastrofa zostaje czasowo umiejscowiona w okolicach godz. 8.40/8.41, czyli 10.40/10.41 ruskiego czasu. Tymczasem na ruskim forum motoryzacyjnym pojawiają się relacje o „zdarzeniu” już od 10.25 (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100429&typ=po&id=po22.txt). Trudno więc byłoby podejrzewać, iż internauci wiedzą o „zdarzeniu” i deliberują na jego temat, zanim do „zdarzenia” doszło. Czy zatem godz. 10.40/10.41 jest właściwa, czy też w toku dalszych badań nastąpi jeszcze jeden skok w czasie?
Z zeznań „Remka” wynika, że nikt z załogi jaka-40 nie słyszał korespondencji między załogą tu-154m a „Korsaż-em” od godz. 8.37. O tej samej więc godzinie (koincydencja chyba zupełnie losowa) Wiśniewski wyłącza kamerę, zaś cała załoga jaka-40 czeka na lotnisku i nasłuchuje. Co było dalej, wiemy, bo wielokrotnie było to analizowane.
Tymczasem o 8.20 śp. Prezydent dzwoni do swego brata. Rozmowa trwa bardzo krótko (wcześniejszy telefon jest o 6-tej). Nie wiemy dokładnie, o której zadzwonili ludzie Sikorskiego (i sam Sikorski), ale JK twierdzi, że było to niedługo później. Kwadrans? Dwadzieścia minut? Załóżmy optymistycznie, że pół godziny, czyli nieco wcześniej, zanim Paszkowski zawiadomił nieoficjalnie media. No ale skąd od razu ta wiadomość „wsie pogibli”, kiedy jeszcze nie zostało zbadane pobojowisko? Skąd już wtedy wiedziano w MSZ-ie, że wszyscy zginęli, jeśli dopiero o 9.41 pojawia się oficjalna ruska informacja o śmierci 87 osób?
Może stąd, że tragedia nastąpiła w innym czasie niż 8.40/8.41 i miała inny przebieg? Oczywiście o miejscu i przebiegu tragedii musieli wiedzieć czekiści, bo „polskiej stronie” przekazano już wersję „wypadkową”.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100617&typ=po&id=po01.txt (polscy piloci o stenogramach CVR i o „niestandardowej taśmie” na dziwnej szpuli)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100729&typ=po&id=po01.txt (wywiad z Amielinem, „głównym rekonstruktorem” zdarzeń poruszającym się wehikułem czasu trzy dni po „wypadku”)
http://www.tvn24.pl/1,1663248,druk.html wywiad z R. Musiem z Jaka

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

„Korona Himalajów” dla Turowskiego


kokos26, 24 lutego, 2011 – 11:42

– Każdemu prezydentowi
bym życzył na przyszłość – i w przeszłości również – żeby mógł się pochwalić
zrobieniem dla Polski czegoś takiego, jak ja: w sensie kontaktów zagranicznych
to jest korona Himalajów –
powiedział Bronisław Komorowski.

Niestety, trzeba zmartwić naszego Pana Prezydenta. „Koronę Himalajów” odebrał mu jego ponoć bliski przyjaciel, ambasador Tomasz Turowski, zaprzyjaźniony również z ważnymi kościelnymi hierarchami..

Nie ma chyba takiej drugiej osoby na świecie, która byłaby 13 maja 1981 roku na Placu św. Piotra podczas zamachu na papieża Jana Pawła II oraz 10 kwietnia 2010 roku na płycie lotniska w Smoleńsku podczas katastrofy rządowego samolotu z prezydentem na pokładzie.

Smaczku temu rekordowi Turowskiego dodaje jeszcze ta cała godna scenariusza filmowego mistyfikacja. W 1981 roku Tomasz Turowski występował pod przykrywką polskiego Jezuity, a w 2010 polskiego dyplomaty.

Grupa oszołomów twierdzi, że to skandal i powinny posypać się natychmiastowe dymisje łącznie z ustąpieniem premiera.

Polska to jednak poważny kraj i żadnych dymisji nie będzie.
Co najwyżej jakaś wysokonakładowa gazeta rzuci pomysł zgłoszenia wyczynu
Turowskiego do Księgi Rekordów Guinnessa, …

niepoprawni.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Fabryka sztucznej mgły


23.02.2011 18:33

Fot. 1: Chmury i mgła nad Smoleńskiem (czerwony punkt), 10 kwietnia, 9.00 czasu polskiego.

„Czy da się wytworzyć sztuczną mgłę?”

To pytanie postawił, w kontekście smoleńskiej mgły, profesor Krzysztof Haman w swoim liście eksperta z 1 lutego. Profesor Haman jest znawcą fizyki atmosfery, chmur i mgieł. List eksperta, choć nie pozbawiony pewnych założeń, jest świetnie napisany i do bólu logiczny. Odpowiedź na tytułowe pytanie jest jednoznaczna: nie da się. Zacytuję kluczowy argument profesora Hamana:

Nie posiadam wprawdzie szczegółowych danych dotyczących warunków atmosferycznych panujących wówczas w Smoleńsku, ale na podstawie opublikowanych relacji świadków a zwłaszcza znanego stenogramu rozmów w kabinie Tu-154 oraz ogólnie dostępnych zdjęć satelitarnych [np. Fot. 1] można wnosić, że obszar zajmowany przez mgłę na pewno znacznie przekraczał 500 km kwadratowych a jej grubość 200 m, a więc objętość powietrza zajętego przez mgłę przekraczała 100 km sześciennych i jest to szacunek raczej bardzo zaniżony. Przyjmując, że wilgotność względna powietrza przed pojawieniem się mgły już była bardzo wysoka i wynosiła 90 proc., dla uzyskania nasycenia i wystąpienia mgły przy panującej wówczas temperaturze 2-3 stopni C należałoby do każdego metra sześciennego powietrza wprowadzić około pół grama wody w postaci pary.

Proszę policzyć, ile wody trzeba by wprowadzić do 100 km sześciennych powietrza, by to uzyskać. Podpowiem: wychodzi około 50 tysięcy ton. I proszę sobie wyobrazić maszynerię, przy pomocy której dałoby się to zrobić na tak dużym obszarze, w tak krótkim czasie i w dodatku niemal niepostrzeżenie.

To dobry, mocny argument ilościowy, oparty na solidnie przeprowadzonych obliczeniach. Oczywiście, zawiera pewne założenia, takie, jak występowanie grubych chmur i mgły na całym obszarze, który nas interesuje. No a jeśli mgła smoleńska była naturalna i całkiem nietypowa w tym czasie i miejscu, to typowe scenariusze zamachu w Smoleńsku natrafiają na dość poważną trudność – bez mgły – bardzo trudno uzasadnić przypadkową katastrofę, ukrywać ważne ślady itp. Bez mgły – wiele scenariuszy zamachu traci prawdopodobieństwo. Przy okazji, odnotowuję trafną konstatację profesora Hamana: w sprzyjających warunkach dość wysokiej wilgotności, wystarczy wprowadzić od pół grama do jednego grama wody do metra sześciennego powietrza, by wytworzyć mgłę.
Z drugiej strony – mgła smoleńska jest niezwykle intrygująca. Pojawiła się dość nagle i niespodziewanie. Do godziny 9:00 czasu Moskwy widoczność wynosiła 4 kilometry, a wilgotność powietrza – poniżej 90%. Jeszcze o 9:15 czasu Moskwy meteorolog z Tweru przekazał prognozę pogody dla Sewiernego – z widocznością 1500 – 2000 metrów, mgiełką i podstawą chmur – 150 – 200 metrów. Pojawienie się mgły zaskoczyło załogę wieży konrolnej w Smoleńsku, zarządzanej przez pułkownika Krasnokutskiego, pojawiły się nawet mało wybredne komentarze wobec meteorologa i żądania skorygowania prognozy, już nieaktualnej, w momencie dosfarczenia. O pojawieniu się mgły tak mówił „Naszemu Dziennikowi” ambasador Bahr:
Gdy doszło do katastrofy, był Pan z pozostałymi członkami komitetu powitalnego na lotnisku…
– Tak. Stałem wówczas na płycie lotniska w miejscu, gdzie znajdowały się obie delegacje oddzielone od siebie o kilkanaście metrów.

Oddzielone?
– Tak, Polacy stali w jednej grupie, a Rosjanie w drugiej.

Jaka była wówczas pogoda?
– Kiedy przyjechałem na lotnisko, pierwsze zdanie pani wicegubernator brzmiało: „Mamy dobrą pogodę”. Osobiście powiedziałbym jednak, że na początku pogoda była znośna. A to dlatego, że było dość ciemno. Jednak już 20-25 minut później pogoda całkowicie się zmieniła. Stojąc na tej płycie, byłem jednak przekonany, że musimy stać i czekać na samolot z prezydentem tak długo, jak będzie trzeba. Osobiście liczyłem się bowiem z tym, że przylot naszej delegacji ulegnie opóźnieniu.

Mgła pojawiła się nagle?
– Tak. Pojawiła się niespodziewanie i gwałtownie i – można powiedzieć – kładła się bezpośrednio na płytę lotniska. Była to bardzo wyczuwalna zmiana, niosąca ze sobą pogorszenie warunków meteorologicznyc
h.

Pojawieniu się mgły o godzinie 10.00 dziwił się także major pilot Grzywna:„Ale dziesiąta i mgła?”. Minimum widoczności przypadło dokładnie na czas lądowania polskiej delegacji, potem mgła dość szybko ustąpiła. Mamy więc mgłę nieprzewidzianą, pojawiającą się nagle, o nietypowej porze, dokładnie w czasie lądowania. Dużo zbiegów okoliczności, ale przecież zdarzają się koincydencje. Przecież proste rozumowanie eksperta pokazało, że nie da się zrobić chmury, czy mgły na obszarze 500 kilometrów kwadratowych.
Nie ma takiej maszynerii, która wyrzuciłaby w powietrze 50 tysięcy ton wody na przeciągu, dajmy na to, połowy doby. Naprawdę? To sprawdźmy.
Weźmy, dla przykładu, jakąś typową, dużą, rosyjską elektrownię jądrową. Na przykład tę z Desnogorska. Elektrownia jądrowa w Desnogorsku ma trzy reaktory RMBK-1000, z których każdy produkuje moc elektryczną 1000 Megawatów. Ze względu na dość niską sprawność tego typu reaktora, całkowita moc cieplna reaktora musi być znacznie wyższa, wynosi ona 3200 Megawatów. W sumie, dla całej elektrowni, mamy prawie 10 Gigawatów mocy cieplnej, w tym co najmniej 6.5 Gigawatów które musi być uwalniane z reaktora w postaci ciepła wyprowadzanego przez czynnik chłodzący. Załóżmy, że cała moc cieplna takiej elektrowni byłaby zużyta do odparowywania wody, której ciepło parowania wynosi około 2.5 Megadżula na kilogram. Nasza przykładowa elektrownia można maksymalnie odparować 4 tysiące litrów na sekundę. 4 tony wody na sekundę. W tym tempie problem profesora Hamana – wyrzucenie 50 tysięcy ton wody do atmosfery – zostaje rozwiązany w ciągu 4 godzin. Oczywiście, realistyczna wydajność odparowywania wody byłaby na pewno niższa, ale w ciągu kilkunastu godzin dałoby się zrobić całkiem rozległą i grubą chmurę. Przykład tego, jak elektrownia jądrowa tworzy chmurkę jest pokazany na Fot. 2. To tylko ilustracja zasady, bo wygląda na to, że wilgotność powietrza w czasie robienia tego zdjęcia była niska, więc i chmura to raczej obłoczek. Nie wiemy też, czy elektrownia pracowała z pełną mocą. Tym niemniej, możliwość produkcji chmurek jest dowiedziona.
Nasza przykładowa elektrownia jądrowa w Desnogorsku (Fot. 3) nie jest, jednak, chłodzona przez odparowanie wody, nie ma charakterystycznych grubych chłodni kominowych. Jest chłodzona wodą z pobliskiego jeziora, o powierzchni około 30 kilometrów kwadratowych. Elektrownia potrzebuje tak dużego zbiornika, ponieważ typowy przepływ wody chłodzącej reaktory przekracza sto tysięcy ton na godzinę. Jezioro odbiera ciepło z reaktora, a strumień tego ciepła może osiągać 5 – 10 Gigawatów. Ta ilość ciepła, oczywiście, musi pogrzewać wodę, a podgrzana woda paruje. To dlatego, typowe zdjęcia z Desnogorska i okolic są „za mgiełką”, na przykład zdjęcie jeziorka, widoczne na Fot. 4. Oczywiście, tempo parowania wody z rośnie z temperaturą wody, a ta rośnie z mocą, z jaką pracuje elektrownia. Dane elektrowni w Desnogorsku pokazują, że – średnio – pracuje ona z 1/5 mocy maksymalnej. Praca z pełną mocą przez dłuższy czas z pewnością zwiększa znacznie temperaturę wody w jeziorze i tempo parowania z ponad  30 kilometrów kwadratowych powierzchni jeziora.
Elektrownia w Desnogorsku to nie całkiem abstrakcyjny przykład. Tak się składa, że nosi nazwę „Smoleńsk”, jest położona w odległości około 100 kilometrów od lotniska Smoleńsk – Siewiernyj, na południowym wchodzie, w kierunku 130 stopni w względem lotniska. To oznacza, że 10 kwietnia, gdy wiał wiatr z południowego wschodu – 120 – 140 stopni, lotnisko Siewiernyj było dokładnie na linii wiatru z Desnogorska (Fot. 5). Poprzedniego dnia, 9 kwietnia, w Smoleńsku też było mglisto. Wiatr zmieniał się od północno-wschodniego do południowo wschodniego. Zastanawia korelacja miejsca występowania dwu grup chmur z kierunkami wiatru z Desnogorska (Fot. 6). Na koniec analizy pogody z 10 kwietnia, ilustracja z raportu MAK, pokazująca występowanie mgieł (Fot. 7). Desnogorsk można znaleźć pomiędzy czerwonymi punktami, na dole. Raport MAK mówi o czasie wystąpienia mgieł: im bliżej Desnogorska i linii wiatru, tym mgła była wcześniej.
Zatem, jest wiele przesłanek pośrednich, że powierzchnia dość dużego jeziora w Desnogorsku, z wodą rozgrzaną ciepłem z trzech reaktorów dużej elektrowni jądrowej, parując – zwiększyła wilgotność przepływającego powietrza. Ta wilgoć, unoszona z wiatrem i rozpływająca się, mogła przyczynić się do istotnego zwiększenia poziomu zamglenia i zachmurzenia w okolicach Smoleńska, 9 i 10 kwietnia 2010. Warto byłoby sprawdzić, z jaką mocą pracowała w tamtych dniach elektrownia jądrowa „Smoleńsk”.
Stawiając kropkę nad „i” w sprawie lokalnej, smoleńskiej mgły. Gdybyśmy założyli, że zadaniem IŁa 76 było silniejsze „domglenie” okolicy lotniska w Siewiernym, to można oszacować, na jakim obszarze mogłoby być takie domglenie skuteczne. IŁ 76 może zabrać około 40 ton ładunku. Przy wilgotności powietrza 90% (za prof. Hamanem), taka ilość wody pozwalałaby „domglić” objętość powietrza o grubości 100 metrów, szerokości 300 metrów i długości 2.5 kilometra. Przy wyższej wilgotności wyjściowej – większy.
Wyciągam z tej analizy trzy wnioski:
1. Pytanie o możliwość zwiększenia poziomu zamglenia i zachmurzenia, nawet na sporym obszarze, nie jest absurdalne i może mieć pozytywną odpowiedź. „Sztuczna mgła” i „sztuczne chmury” dość często towarzyszą elektrowniom jądrowym.
2. W konfiguracji warunków atmosferycznych 9 i 10 kwietnia  – jest możliwy spory wpływ elektrowni jądrowej i ogrzanego przez nią jeziora w Desnogorsku na pogodę w Smoleńsku i okolicach.
3. Myślę, że należy sprawdzić dane elektrowni w Desnogorsku: aktywność elektrowni przed 10 kwietnia 2010 roku i zmienność temperaturę woda w jeziorze  w tamtym okresie.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Dziwne szpule 3


23.02.2011 09:07

Gdy się słucha „kopii zapisów CVR” tupolewa, to poza buczeniem ruskiego prądu rzuca się w uszy jeszcze jedna dziwna rzecz – głos śp. mjr. A. Protasiuka prawie w ogóle nie jest słyszalny, w przeciwieństwie np. do głosu „kontrolera” czy nawet innych głosów w kokpicie. Gdyby tak słabym głosem odzywał się dowódca statku, to chyba nikt by jego komunikatów nie mógł wychwycić w kokpicie, sądzę więc, że ów efekt wyciszenia jest rezultatem pracy „realizatora dźwięku”, który obrabiał skrawaniem zawartość rejestratorów, zwłaszcza że rozmowy przez długi czas toczą się spokojnie, a więc bez przekrzykiwania maszyn.
A że do takiej obróbki doszło to więcej niż pewne, skoro ruska taśma nagrała bonusowo ok. 40 minut lotu, a nie 30. To oczywiście absolutny przypadek i nikt nie podejrzewa, żeby „oryginalne nagranie” miało 50 min. lub nawet 60 i stanowiło np. kompilację różnych zapisów różnych kanałów z różnych lotów.
Zadałem sobie zatem, nie podejrzewając, rzecz jasna, braci Moskali, o żadne manipulacje dowodami, trud ponownego przeanalizowania ruskiego „konferencyjnego” materiału (http://www.youtube.com/watch?v=XR6Xg_hJjA4&feature=player_embedded) i tak mi się wydaje, że w 11’08” słychać „pyknięcie”, jakby po ponownym włączeniu zapisu (każdy, kto miał do czynienia z magnetofonem szpulowym i nagrywaniem na taśmę magnetyczną, wie, o co mi chodzi) – może to być też pyknięcie związane z użyciem jakiegoś przełącznika w kokpicie. Tak czy tak po nim pada (anonimowa) i sprawiająca wrażenie ewidentnie uciętej, wypowiedź:
W Moskwie” (10:27:31)
a po niej, wedle polskiej rekonstrukcji: „Nie da się bliżej?” (10:27:32) (jak na moje ucho, to tam pada jakieś inne zdanie, a potem pojawia się śmiech).
Te wypowiedzi o tyle są zaskakujące w ruskiej „rekonstrukcji” (w której jest wiele niespójnych zupełnie fragmentów, tak jakby ludzie rozmawiali, nie słysząc się lub ignorując się nawzajem), że… nie ma ich w stenogramach (http://www.naszdziennik.pl/tu154m.pdf, s. 23), są tam zakwalifikowane do „niezr.”, a zrekonstruowali je specjaliści współpracujący z komisją Millera (http://www.tvn24.pl/-2,1689277,0,1,niech-pan-zapyta-szefa–co-bedziemy-robili,wiadomosc.html)). Gdyby Ruscy byli tak skrupulatni, że chcieliby uwzględnić wszystkie zrekonstruowane przez polską stronę wypowiedzi, to ich „rekonstrukcja” zaprezentowana na „konferencji MAK” wyglądałaby nieco inaczej (choćby pod względem skali załgania). Ale też nie możemy od kremlinów wymagać zbyt wiele, bo oni posługują się tzw. czekistowskim kryterium prawdy.
Jak na moje ucho to ta wspomniana wyżej fraza brzmi „…i w Moskwie”, i stanowi końcówkę czyjejś wypowiedzi (proszę fragment sobie odtworzyć parokrotnie – intonacja opada w tym zdaniu, jakby zawierało ono jeszcze jakieś wypowiedziane wyrazy; może lordJim wytnie materiał od 11’05” do 11’15” i wklei ;)). Oczywiście mogę być przewrażliwiony i nadmiernie wsłuchiwać się w jakiś arbitralnie wyróżniony kawałek rozmów, jednakże, podkreślam, wtedy (tj. w okolicy godz. 10:29) mogła zapaść decyzja o odejściu na zapasowe lotnisko.
Na tym materiale 11’35/11’36 słychać zaraz po „Artur, jesteś tam jeszcze?” najpierw komunikat jednego ruskiego pilota: „Zakończyłem zrzut. Zniżanie na wschód” i – sądząc po stopniu zniekształcenia głosu – odpowiedź innego ruskiego pilota (czy zarazem z innego samolotu?), gdyż jest to inny głos: „Pozwolili” (11’42”). Ta zagadkowa wymiana zdań nie występuje na „stenogramach z wieży”, choć przecież wieża musi słyszeć komunikaty samolotów znajdujących się w pobliskiej przestrzeni powietrznej.
O 13’25” materiału wcina się ze swoimi „wykładami rzeczy” ruski lektor. Po rozmowie polskich załóg wtrąca on swoje ważne trzy słowa na temat 1) znakomitego i rozsądnego pilota iła-76, który mimo doskonałej znajomości lotniska, zdecydował się odejść na lotnisko zapasowe w przeciwieństwie do polskiej załogi, która, jak doda on za chwilę (14’41”), popada w coraz gorszy stan psychiczny z powodu 2) braku decyzji polskiego Prezydenta, co dalej z delegacją. Ruski lektor nie wchodzi, no bo i po co, w szczegóły dotyczące tego, co ruski ił na „aerodromie” wyprawiał. Z kolei, wspomniany, fatalny stan psychiczny w kokpicie ma się wyrażać w ten sposób, że 3) – jak ruski lektor stwierdza, odwołując się tym razem do enigmatycznych badań „polskich specjalistów” związanych z TVN24 – pada hasło (15’07”) „Ja nie znaju, no jesli my zdies nie siedim, to on budiet k’ mnie pristawliat’”. Ono zapewne jest ruską wersją legendarnej frazy „Jak nie wyląduje(my), to mnie zabije(ą)” (http://www.tvn24.pl/0,1664953,0,1,jak-nie-wyladujemy–to-mnie-zabijeja,wiadomosc.html).
To zaś o tyle zabawna i naprawdę warta odnotowania korelacja między „ruską” i „polską” rekonstrukcją, że wydawało mi się do tej pory, iż to raczej TVN24 jako jeden z głównych, obok Czerskiej, filarów Ministerstwa Prawdy pełni funkcję Radia Erewań w Polsce, a nie że Radio Moskwa (czyli tu MAK) się akurat na TVN24 musi w swych arcyważnych badaniach powoływać, ale jak widać człowiek się uczy przez całe życie i komunizmu, i neokomunizmu. Najwyraźniej też oryginały czarnych skrzynek są w posiadaniu (choćby od czasu do czasu) ekspertów z TVN24, no chyba że wszyscy eksperci promoskiewscy pracują zgodnie w jakimś kremlowskim laboratorium.
Od 13’46” słychać tę wymianę zdań w kokpicie:
Słyszałeś?
Tak.”
Kto tam jest?
U ciebie też?”,
która musi się odnosić do czegoś nietypowego albo w obszarze nasłuchu radiowego (trwający czyjś dialog – kontynuacja wymiany zdań dotyczącej „zrzutu”?), albo w obszarze zakłóceń komunikacji załogi z innymi ośrodkami. Innego dialogu (takiego jak ze „zrzutem”) nie słychać (chyba że został przy studyjnej obróbce skrawaniem „wyciszony”, choć byłoby to bardzo trudne na tle wypowiadanych kwestii przez Polaków), podejrzewam więc, że załoga odkrywa, że ktoś uruchamia jakieś dodatkowe zakłócenia w słuchawkach.
Od 14’15” słychać znowu „Korsaż-a”.
Zostawmy w tym miejscu tupolewa, skoro zasadnie możemy przypuszczać, że następne części zapisu są pokiereszowane. Markowski w swoim komentarzu zamieszczonym wczoraj u mnie (http://freeyourmind.salon24.pl/280780,teatr-jednego-rezysera#comment_4014449) zacytował jedną z intrygujących „uwag” zamieszczoną w „raporcie komisji Burdenki 2” na s. 153 (wersji polskojęzycznej), która brzmi następująco:
O 09:15 na lotnisku Smoleńsk „Północny” wykonał lądowanie samolot Jak–40 Rzeczpospolitej Polskiej, lecący po tej samej trasie. Start tego samolotu z Warszawy był wykonany o 07:28. Analiza rozmów zarejestrowanych na magnetofonie kontrolera, wykazała,żeżadnej informacji o wylocie danego samolotu ani jego locie na lotnisko Smoleńsk „Północny” ażdo 8:50 nie było w grupie kierowania lotów lotniska Smoleńsk „Północny”. Pierwsze nawiązanie łączności z kontrolerem lotniska Smoleńsk „Północny”, załoga samolotu Jak-40 wykonała o 08:53.
Markowski interpretuje to tak: „Tak to nie o Jaku Wosztyla rozmawiali na wieży, lecz o innym polskim samolocie. Pytanie o jakim?” – być może jest to całkiem słuszny trop, eksplorowany zresztą przez nas po pierwszym odkryciu Markowskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/277507,dziwne-szpule-2).
Pojawiają się tu jednak pewne problemy. Problem pierwszy – co sygnalizowałem już parę razy – Ruscy uniemożliwili Polakom przechwycenie pełnych zapisów rozmów z wieży. Jak wiemy, ludzie związani z komisją Millera, zdołali w dn. 17-20 kwietnia nagrać „metodą chałupniczą” to, co się działo 10 Kwietnia w wieży (czy nagrali to, bo im pozwolono, czy nie, to w tej chwili nieistotne). Zapisy jednak, nie wiedzieć czemu, obejmują czas od 8.38 do 10.45, gdy tymczasem rejestracja uruchomiona była (jeśli wierzyć „raportowi”) już od 7.15. Brakuje więc niemal półtorej godziny materiału. Nie jest to przypadek, gdyż właśnie wtedy na Okęciu rozgrywały się przedziwne roszady, przesiadki i „zmiany planów”. Te działania musiały być obserwowane przez Rosjan nie tylko oficjalnie (w ramach obowiązkowej korespondencji między portem w Wwie a „kontrolą” w Moskwie), lecz i nieoficjalnie, tj. w ramach kontrwywiadowczego rozpoznania przez FR całego lotu polskiego Prezydenta, o czym wspominali kiedyś polscy wojskowi prokuratorzy (a co miało stanowić jeden z czynników podwyższających zagrożenie bezpieczeństwa lotu z 10 Kwietnia (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20100927&id=po01.txt)).
A skoro tak, to informacje o tym, co się dzieje na Okęciu powinny były być przekazywane także do Siewiernego, zwłaszcza gdyby nagle miało dojść do rozdzielenia delegacji, a szczególnie, gdyby już na Okęciu pojawiła się decyzja o skierowaniu jednego z samolotów (np. „prezydencki jak-40”, o którym zrazu informował Paszkowski) na zapasowe lotnisko lub, gdyby na Siewiernyj miały początkowo lecieć trzy samoloty:
Sześcioosobowa drużyna rosyjskich poborowych zabezpieczających teren lotniska w Smoleńsku miała zakaz używania jakichkolwiek urządzeń rejestrujących. Powiedziano im o tym w trakcie porannej odprawy. Wszyscy żołnierze musieli zdać własne telefony komórkowe do depozytu. Żołnierzy poinformowano, że przylecą trzy samoloty z Polski, w jednym z nich będzie prezydent RP
Problem drugi jest taki, że Ruscy po prostu nie mogli nie wiedzieć o tym, co się dzieje na Okęciu, ponieważ to oni mieli być gospodarzami przyjmującymi polską delegację, więc psim obowiązkiem polskiego MSZ-u było ich informowanie o przygotowaniach. Najwyraźniej więc Ruscy znowu zniszczyli albo utajnili jakieś ważne materiały dowodowe związane z 10 Kwietnia. Problem trzeci natomiast (chyba najpoważniejszy) jest taki, że o niszczenie materiałów dowodowych możemy podejrzewać także „stronę polską”. I z tego przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę. Do tej pory bowiem nikt nam nie przedstawił z detalami całej procedury, która odbyła się na Okęciu, nie ma też stenogramów rozmów między Okęciem a wylatującymi samolotami ani informacji o tym, co (jakie komunikaty) przekazywano z Okęcia do Rosji drogami dyplomatycznymi.
Niemożliwe wydaje się to, co czytamy w „raporcie komisji Burdenki 2”, tj. że Ruscy NIE byli informowani o wylotach polskich statków powietrznych (kłóci się to zresztą całkowicie z treścią rozmów „na wieży”). Gdyby bowiem założyć (optymistycznie), że polska strona, biorąc pod uwagę ruskie zagrożenie terrorystyczne, dokonała utajnienia i rozdzielenia delegacji, i startu „prezydenckiego jaka-40”, i trasy jego przelotu (włącznie ze zniszczeniem śladów po tychże działaniach) – to tym bardziej nieprawdopodobne byłoby skierowanie takiej maszyny na Siewiernyj.
Czasami spotykam się w debacie wokół Smoleńska z głosami niedowierzania formułowanymi na zasadzie: czemu Ruskom (i ewentualnie współpracującym z nim zdrajcom z Polski) miałoby się chcieć urządzać cały ten dezinformacyjny szum, przygotowywanie fałszywych ekspertyz, powoływanie fałszywych świadków, niszczenie dowodów itd.? To znaczy: czy nie prościej byłoby nam przyjąć, że „mimo wszystko” (tzn. mimo tego, co już wykryto, jeśli chodzi o „ruskie śledztwo” i „ruskie badania”) jednak… doszło po prostu do wypadku? Że sprawa jest „arcyboleśnie prosta”? Czemu miałoby się czekistom chcieć wkładać tyle wysiłku w zadymianie kwestii zamachu?
Odpowiedź jest „arcyboleśnie prosta” – dlatego, by uniknąć odpowiedzialności, kary i zemsty za to, co się stało. Czy złodziej kradnie po to, by wylądować zaraz w więzieniu? Czy seryjny morderca zabija po to, by trafić na krzesło elektryczne? Cały ten zgiełk produkowany przez Moskwę ma naprawdę bardzo głęboki sens i pełne strategiczne oraz logistyczne (w ramach psychologicznej wojny) wyjaśnienie – chroni zamachowców, chroni instytucje fałszujące dokumenty, chroni Kreml.

P.S.

W materiale proszę jeszcze posłuchać między 14’00” a 14’02”. Tam też zapis jest ewidentnie ucięty.

freeyourmind.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Co się nie zgadza i co z tego wynika


20.02.2011 01:11

1. Drzewa

Na początek nowe opracowanie ścięć drzew przy autokomisie. Spotkał je smutny los, wszystkie oprócz świerka, który stał przy samej budce, zostały wycięte. Można rzec, taki los niewygodnych świadków, gdyby nie to, że rosły w nieodpowiednim miejscu 10 kwietnia roku pamiętnego, dalej zieleniłby się w najlepsze na smoleńskich polach.

Zdj.1 Rozmieszczenie ściętych drzew (w większej rozdzielczości: link)

Zdj.2 Panorama

 

Zdj.3 Widok od strony wschodniej (od leżącego kawałka skrzydła)

 

Zdj.4 Widok od strony zachodniej (od drogi)

 

2. Amielinowo-makowe bajania

Niektórym muzyka nie przeszkadza w tańcu. S.Amielinowi, jak wykazywaliśmy wcześniej z Kaczazupą, w snuciu jego opowieści nie przeszkadza fizyka. Teraz, jak zobaczycie poniżej, okazuje się, że również i materialne fakty nie stanowią przeszkody. I nie jest to brak spostrzegawczości, problemy z zauważeniem pewnych rzeczy możemy mieć my, bazujący na zdjęciach, a nie mieszkaniec Smoleńska, który zawsze mógł iść na miejsce, by jeszcze raz sprawdzić jak się sprawy miały. Nie wiem jak to oceniać, czy to tylko zafiksowanie na przyjętej tezie poczciwca, któremu nie mieści się w głowie inny przebieg wydarzeń, czy świadoma manipulacja. Na to drugie wskazuje, że MAK idzie jego śladami. Za Amielinem świadczy jednak to, że wykonał jednak jakąś dokumentację, czego nie można powiedzieć na przykład o polskich dziennikarzach – ci kompletnie zawiedli.

Zobaczmy trzy rysunki S.Amielina, które pokazują rosnący przechył Tu-154 na lewe skrzydło

.

Tu widzimy samolot w miejscu widocznym również na przywołanym przeze mnie zdjęciu nr 3. Pomijając już to, że Tu-154 nie jest tu w skali, Amielin pominął zupełnie ścięcia świerków, które ja oznaczyłem wysokością 9,4 m.

Co uszkodziło tą brzózkę z prawej strony? Na tym zdjęciu to ścięcie jest słabo widoczne, proszę jednak spojrzeć znów na zdjęcie nr 3 – brzózka oznaczona wysokością 16,2 metry, dla ślepych zaznaczyłem jeszcze czerwonym kolorem hipotetyczny element.

Tutaj to już idzie na bezczelnego. Samolot jest za mały i za wysoko w stosunku do widocznego ścięcia świerka. Jak widać na zdjęciu nr 4, ścięcie jest na wysokości 8,5-9 m od podłoża, pod kątem ca 91 stopni. Była co do niego pewna niepewność, bo patrząc od strony ulicy, to ścięcie jest słabo

widoczne, jednak wszelkie wątpliwości znikają jeśli spojrzy się na zdjęcie nr 3 . Jak ustalaliśmy wcześniej, według modelu trajektorii, ścięcie tego drzewa nie pasuje do innych, jest to za nisko i kąt za duży. Dodatkowym problemem są wymiary samolotu (https://picasaweb.google.com/104944261643779189381/Roznosci#5559925322117919842), stąd ta kombinacja ze zmniejszeniem modelu na rysunku Amielina i umieszczeniem go wyżej. Odcinek skrzydła od końca statecznika do miejsca urwania ma 6-7 metrów. Dla kąta obrotu 91 stopni, przy założeniu że oś kadłuba była poziomo, koniec urwanego skrzydła poruszałby się w tym miejscu na wysokości, w najlepszym przypadku 3 metry (9-6), z innych ścięć wynika, że powinno być co najmniej 4 metry wyżej. Można to skorygować nachyleniem osi kadłuba w górę, ale wychodzi kąt aż 20 stopni.

Ale to wszystko nie jest najważniejsze. Spójrzmy jeszcze raz na zdjęcie nr 3 i to zaznaczone przeze mnie dla ślepych (bez obrazy, o sobie też tak mogę powiedzieć, bo też to dopiero niedawno zobaczyłem) ścięcie brzozy pod pod kątem ca 89 stopni. Tworzy ono całość ze ścięciem świerka przy budce, o którym była mowa powyżej. Na pierwszy rzut oka, wszystko jest w porządku, ale te drzewa dzieli odległość 22 metry!!! Czyli ścięcie brzozy i świerka wykonał samolot, który się praktycznie nie obracał (89 stopni – 91 stopni a uwzględniając konstrukcję statecznika czy skrzydła -nachylenie powierzchni- jeszcze mniej). Dla porównania, według koncepcji Amielina, obrót na tym odcinku musiał wynosić około 10 stopni. Na zdjęciu nr 1, pomarańczową linią został zaznaczony odcinek, gdzie występował ruch nie rotującego elementu samolotu.

Powyżej opisane niezgodności wskazują, że interpretację przedstawioną przez Amielina, potwierdzoną przez MAK,należy odrzucić w całości i rozpocząć analizę od nowa.

3. Hipotezy badawcze

A. Dwa samoloty

Pierwszy narzucający się pomysł na rozwiązanie powyższych sprzeczności jest taki, że ślady pozostawiły dwa samoloty – główni podejrzani to Tu-154 i Ił-76, którego rola w dalszym ciągu nie jest jasna. Przypomnę dwie moje notki jeszcze z kwietnia:

http://tommy.lee.salon24.pl/174185,il-76-i-godzina-katastrofy-w-smolensku

http://tommy.lee.salon24.pl/174472,il-76-drugie-podejscie

W dalszym badaniu należałoby rozdzielić ślady zostawione na drzewach i od nowa określić charakter ruchu Tu-154. Na podstawie pozostałych śladów można będzie, być może, przeanalizować jak poruszał się drugi samolot. Naturalnym rozwinięciem tej hipotezy jest możliwość kolizji w powietrzu.

Istnieje dodatkowa przesłanka potwierdzająca, że ta hipoteza jest prawdziwa – miejsce gdzie na ulicy Kutuzowa znajdowały się ścinki gałęzi. Zwrócił na to uwagę this and thatw komentarzach (http://tommy.lee.salon24.pl/254936,zadra-w-odwloku#comment_3621797, http://tommy.lee.salon24.pl/254936,zadra-w-odwloku#comment_3653433), nie było jednak dobrych, dających pewność, zdjęć. Znalazłem takowe w Misji Specjalnej z września, w filmiku do którego autorstwa przyznawał się Wołodia Safonienko.

 

Obszar gdzie leżały ścinki został zaznaczony na zdjęciu nr 1 czerwonym kolorem. Jest to, jak widać, poza maksymalnym zasięgiem lewego skrzydła, który wyznaczają dwie małe topole przy drodze, oznaczone kolorem seledynowym (według Amielina, skrzydło przeszło między nimi).

Polecam również analizę Greczyna, mówiącą o dwóch samolotach:

http://ndb2010.wordpress.com/ostatni-odcinek-lotu-od-13-km-do-rozbicia.

Nie wszystko tam się jeszcze zgadza, ale może stanowić punkt wyjścia do dalszych rozważań

.

B. Inny charakter ruchu Tu-154 niż przedstawia Amielin i MAK

Na zdjęciu nr 1, pomarańczową linią został zaznaczony odcinek między brzozą i świerkiem, gdzie samolot nie rotował wzdłuż osi kadłuba i prosta będąca jego przedłużeniem. Zakładając, że ścięcie to wykonał statecznik Tu-154, skrzydło znajdowało się wówczas w odległości 8,5 metra – stąd narysowana została druga prosta w tej odległości, równoległa do pierwszej. Odpowiada to sytuacji, w której samolot bardzo wolno rotował w lewą stronę i poruszał się po prostej (w przeciwieństwie do interpretacji Amielina, w której samolot szybko zmieniał kierunek ruchu na południe). I co się okazuje? Otrzymujemy, co widać na zdjęciu nr 1, całkiem dobrą zgodność ze ścięciami drzew, przynajmniej jeśli chodzi o ruch w poziomie (chociaż wciąż trzy ścięcia nie pasują). Jeśli chodzi o ruch w pionie, chyba będzie ciężej, być może pomocne byłoby rozważenie znacznego odchylenia osi kadłuba od kierunku ruchu. To wszystko jednak, to tylko wstępne pomysły – hipoteza wymaga dalszej, pogłębionej analizy.

C. Błędy w mistyfikacji

Tu nie będę się rozpisywał, wiadomo o co chodzi. Hipoteza inscenizacji jest analizowana na innych blogach, których jestem uważnym czytelnikiem. Zainteresowanym polecam: Free Your Mind, arturb.

tommy.lee.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized