Monthly Archives: Maj 2011

„Milicjanci przecząco kręcą głowami”


31.05.2011 11:45

O godz. 9.43, gdy już oficjalnie jest już w polskich mediach powiedziane, że „zginęło 87 osób w katastrofie lotniczej”, na antenie TVP Info dochodzi do pierwszego telefonicznego na żywo połączenia z J. Olechowskim udającym się na Siewiernyj. Jego relacja (pomijam nieistotne fragmenty) brzmi tak:
No, my w tej chwili jedziemy samochodem do Smoleńska, bo wszystkie ekipy telewizyjne były w Katyniu, w Lesie Katyńskim, tu na cmentarzu wojskowym. (…) Jedziemy samochodem, to jest mniej więcej pół godziny drogi takiej spokojnej jazdy. My oczywiście w tej chwili jedziemy jako do pożaru, nomen omen, tak więc być może nawet szybciej uda się nam tam dotrzeć. Ja mam na tę chwilę dwie informacje. Po pierwsze: wiemy o tym, że samolot (jaki? – przyp. F.Y.M.) – tutaj na cmentarzu w Katyniu to wiemy (no więc jedzie, czy jest jeszcze w Katyniu? – przyp. F.Y.M.), tak że to też uczulam na to, że to ciągle są nieoficjalne informacje – samolot podchodząc do lądowania (gdzie? – przyp. F.Y.M.)zahaczył o drzewa i się rozbił (drzewa na lotnisku? przed lotniskiem? za lotniskiem? – przyp. F.Y.M.).Według jednej wersji udało się tak pilotowi wylądować, że tam w zasadzie do strat wielkich nie doszło.
Druga wersja, bardziej pesymistyczna, jest taka, że samolot już po wylądowaniu, po uderzeniu w ziemię przypominał kulę ognia. Tak mieli tutaj przekazywać naoczni świadkowie tego zdarzenia (proszę zauważyć, że nie ma ani słowa o gęstej mgle – przyp. F.Y.M.).Która z tych wersji jest prawdziwa? Mam nadzieję, że w ciągu tych piętnastu, góra, dwudziestu minut, dotrzemy na miejsce i będziemy mogli te informacje zweryfikować, potwierdzić. Co ważne – jeżeli rzeczywiście prezydent podróżował tupolewem (skąd ten znak zapytania – skoro chodzi o „wypadek tupolewa”?),to 6 kwietnia, 7 kwietnia do Katynia przyleciał premier Donald Tusk z całą rządową delegacją. Oni nie przylecieli tupolewem. Ponieważ ten tupolew był niesprawny, skorzystano z pomocy wojska – delegacja przyleciała w części rządowymi CASami oraz innymi statkami powietrznymi, jakimi dysponuje polski rząd, czyli jakami, też starymi, wysłużonymi samolotami. Oni nie podróżowali tupolewem.
Parę minut później (9.45) na antenę TVP Info wchodzi ze stand-upem z Katynia P. Prus:
„(…) Tutaj 5 minut temu dosłownie (a więc o 9.40, tj. wtedy gdy w mediach ogłoszono komunikat smoleńskiego gubernatora – przyp. F.Y.M.) w jednej chwili na tym cmentarzu zapanowała wielka cisza (…) – w tej chwili ta informacja dotarła już chyba do wszystkich. Widzę ludzi rozmawiających przez telefony, widzę kobiety płaczące w tej chwili, więc wszyscy są trochę zdezorientowani (tu Prus się ogląda i strzyże uszami – przyp. F.Y.M.)… Właśnie w tej chwili słyszę, ktoś głośno przez głośniki podaje właśnie te informacje, że prawdopodobnie ten samolot się rozbił, że jeszcze nie mamy potwierdzenia (…) Na razie chyba jeszcze nikt nie wierzy w to, co się stało (…)
I po tej relacji Prusa, prezenter TVP Info mówi, zaglądając do kartki:
Zdarzyło się coś, szanowni państwo, niezwykłego, przypomnijmy, że z informacji, które docierają do nas z różnych stron, ale jednocześnie potwierdzonych przez MSZ i jej rzecznika Piotra Paszkowskiego – prezydencki samolot jak… tu-154 podczas lądowania na lotnisku w Smoleńsku zahaczył o drzewa, spadł, zapalił się, pożar został ugaszony, ale są ogromne zniszczenia (…) tak ogromne, że jak powiedział nam w TVP Info Piotr Paszkowski: trudno przypuszczać, by ktokolwiek wyszedł z tej katastrofy żywy. Tymczasem 87 osób, to podaje już kilka agencji, było na pokładzie. Wiemy na pewno, że był tam Prezydent Lech Kaczyński wraz z małżonką, prawdopodobnie było tam także wiele innych postaci, czołowych postaci życia politycznego w naszym kraju. Nie chcę wymieniać nazwisk. Nie wiemy jeszcze dokładnie, wiadomo jednak, że to ogromny dramat nas wszystkich, całego naszego narodu (…)
O 9.47 następuje połączenie z W. Łuczakiem z „Raportu” (stawiającym pytanie, czy brat Prezydenta był na pokładzie, ale przy okazji, mimo że, jak twierdzi, „trzęsą mu się nogi”, to rozwodzi się nad kiepskim stanem samolotów wożących VIP-ów, złymi warunkami pogodowymi w Smoleńsku i tym, że oprócz usterek technicznych mogą się przy takich katastrofach pojawiać błędy ludzkie wśród przyczyn), a w trakcie rozmowy z nim pokazywane są archiwalne migawki z… tupolewem 154m 102.
1
2
O 9.54 mowa jest na antenie (znowu z powołaniem się na rzecznika MSZ) o katastrofie tupolewa, „a nie jak wcześniej podawano jaka-40
3
i wymieniane jest „między innymi” nazwisko J. Kaczyńskiego wśród ofiar („Chcę jednak od razu zastrzec: te informacje nie są potwierdzone. Nawet MSZ nie jest w stanie podać nam pełnej listy osób, które mogły się znaleźć na pokładzie prezydenckiego samolotu”). O 9.55 podawana jest informacja (za ruskim gubernatorem), że „w tym wypadku nikt nie przeżył”.
Oczywiście nie ma żadnej migawki z Siewiernego, ale jest (9.55) połączenie z Marcinem Śmiałowskim, który ma być w Smoleńsku, który jakby mówił jednak z Katynia (bez kamery):
Nikt nie jest w stanie uwierzyć w to, co się wydarzyło na lotnisku w Smoleńsku. Jest tutaj na cmentarzu w Katyniu kilkaset osób (…) wszyscy mają w oczach łzy (…)”, bo dotarła tam także wiadomość o tym, że nikt nie przeżył, ale dziennikarz TVP dodaje taką jeszcze wersję wydarzeń (9.56): „Mówiło się też, że samolot tu 154 przy lądowaniu odbił się od płyty lotniska i uderzając w nią ponownie zapalił się. Pojawiały się określenia „kula ognia”. Ja w tej chwili jestem w drodze (kolejny korespondent „w drodze” – przyp. F.Y.M.) na lotnisko i będę się starał jak najszybciej przekazać kolejne informacje.
Czemu Śmiałowski nie pojechał z Olechowskim kilkanaście minut wcześniej? Czy kontaktował się z Olechowskim? Gdzie jest Prus? Nic nie wiemy. Pokazywane są za to migawki z rozpoczynających się modlitw różańcowych za poległych 10 Kwietnia. Strach pomyśleć, co by telewizja robiła, gdyby nie miała tych kamer w Lesie Katyńskim lub (potem) na Krakowskim Przedmieściu, gdzie palono znicze. Czy cały czas antenowy zapełniałaby dyskusjami z T. Hypkim i innymi radzieckimi ekspertami? W dobie „łączy satelitarnych” i innych wynalazków hi-tech NIE MA ŻADNYCH MIGAWEK Z „MIEJSCA KATASTROFY”, nie ma korespondencji na żywo, nie ma fotoreporterów, nie ma wywiadów. Nie ma kompletnie nic. Aż do godziny 10.18, kiedy pojawiają się pierwsze migawki R. Sępa towarzyszącego P. Kraśce (który nie był w Katyniu, lecz został w Smoleńsku rano 10 Kwietnia (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/oko-zaby-4.html)). Podkreślam więc – zakładając, że do „wypadku” miało dojść (jak chce oficjalna ruska wersja) o 8.41, to przez 1,5 godziny nie ma ani jednego widzialnego śladu z „miejsca zdarzenia” – NIE MA ŻADNEGO OBRAZU WYPADKU. Wszystkiego widzowie TVP Info muszą się dowiadywać z relacji telefonicznych i to nawet nie z samego Siewiernego!
O 10.11 pojawia się za to pierwszy „stand-up” z Krakowskiego Przedmieścia i reporterka (Karolina Lewicka) mówi (stojąc obok zagadniętego warszawiaka, który akurat „nie jest zwolennikiem Pana Prezydenta Kaczyńskiego”), że rozmawiała z „prezydenckimi ministrami”, choć nie podaje nazwisk. Nie wiadomo więc, czy chodzi jej o tych pozostałych w Polsce, czy o tych będących w Smoleńsku. Podejrzewam, że o tych pierwszych. Na ekranie są równolegle przebitki z Katynia i Krakowskiego Przedmieścia.
Migawki Sępa pojawiają się zaraz po obrazach z różańcem w Lesie Katyńskim tj. o godz. 10:18. Ciut wcześniej jednak (ale też o 10:18) jest połączenie z ruskim korespondentem Włodzimierzem Pacem z Polskiego Radia, „który jest tam na miejscu”:
„(…) Ja obserwuję te wydarzenia trochę z pewnej perspektywy, z Moskwy, wiem już na przykład, że miejscowa rosyjska prokuratura, komitet śledczy rosyjskiej prokuratury, przedstawiciele tej prokuratury przybyli już na miejsce katastrofy (nie ma żadnych zdjęć ilustrujących to przybycie, Pac więc relacjonuje za agendami prasowymi Kremla to, co podano do relacjonowania – przyp. F.Y.M.) są już w Smoleńsku i podjęli oni czynności potrzebne do wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Rosyjskie ministerstwo ds. nadzwyczajnych poinformowało, że zginęło 87 osób. Wg portalu internetowego „Gazieta. Runa pokładzie prezydenckiego samolotu znajdowały się 132 osoby… I w tym momencie pojawia się pierwsze zdjęcie drogi prowadzącej od remizy strażackiej (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/straz-pozarna-przy-siewiernym.html), do zony Koli – Sęp biegnie z kamerą, a obraz jest bardzo rozchwiany i nieostry (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/tvp-info-10iv-od-940.html).
S
Są to wedle mojego rozeznania historycznie pierwsze zdjęcia z Siewiernego na antenie polskiej telewizji. Wnet po nich pojawią się, oczywiście, legendarne migawki moonwalkera S. Wiśniewskiego, niemniej Sęp dzierży tu palmę pierwszeństwa. Pozostaje jednak pytanie, czy to są zdjęcia na żywo, czy odtworzone już po nagraniu. Sęp biegnie z kamerą do strażackiego wozu, mija go, ale niemal natychmiast z naprzeciwka wychodzi ku niemu stary czekista w beretce i jakiś mundurowy i zagradzają operatorowi drogę (w tym czasie Pac opowiada na antenie już ruską wersję zdarzeń, więc to nas nie obchodzi).
t
Czekista zasłania ręką obiektyw i Sęp musi się wycofać. Widać mur lotniska i innych Rusków. Widać też, że wozy strażackie służą do BLOKOWANIA DOJŚĆ do pobojowiska (w głębi planu kolejny wóz stojący opodal muru), nie zaś do jakiejkolwiek akcji przeciwpożarowej.
s
z
Nawiasem mówiąc, czy ktoś widział jakieś ślady ognia na częściach wraku leżącego na Siewiernym? A przecież samolot miał się rozbić i spłonąć w pożarze – zapewniali nas o tym polscy żurnaliści, korespondenci i „naoczni świadkowie” z ruskiej milicji. No i widać w końcu Kraśkę, jak usiłuje negocjować ze starym czekistą, ten ostatni zaś kuli się i chowa gębę przed kamerą
c
(BTW, czy gdziekolwiek w Sieci ten materiał się ukazał w oryginale, czyli ze ścieżką dźwiękową i dialogami z Ruskami?).
Sytuacja na lotnisku, w momencie „ukazania się” tych pierwszych migawek, wygląda już na całkowicie opanowaną przez Rusków, czyli „można zacząć nadawać przekazy o wypadku”, gdyż media nie mają dostępu do „miejsca katastrofy”. To wszystko dzieje się półtorej godziny po zdarzeniu. Sęp wodzi jeszcze z oddali kamerą po krzokach i ludziach – tajniakach, mundurowych i „strażakach”, wyłapuje też kawałki wraku i biały wielki wóz MCzS stojący w zonie Koli. To zdjęcie uważam za najważniejsze w jego relacji. Bezcenne.
x
Wspomniany zaś Pac kończy swoją korespondencję z Moskwy, nieco się zapędzając w analogiach i sam siebie mitygując: „To jest podwójna tragedia katyńska. Historię oczywiście możemy różnie traktować, wszyscy też pamiętamy historię z prezydentem Bierutem, który z Moskwy wrócił… Pojechał żywy, a z Moskwy wrócił… ale to jest zupełnie inna historia. Tutaj nie przekłada się na te zupełnie… dzisiejsze…
I o 10.20 (a więc zajęło mu nieco więcej czasu niż mówił o 9.43) jest próba połączenia z Olechowskim, który dotarł na Siewiernyj, ale słychać tylko, jak usiłuje negocjować coś z Ruskami i na antenie nic nie mówi do widzów. O 10.21 odzywa się zaś po raz pierwszy P. Kraśko opowiadający, że specnaz nie pozwala im podejść bliżej do pobojowiska. A poza tym dodaje (10:23) na, jak można sądzić, retransmitowanym materiale (mając stand-up opodal wozu strażackiego przy murze):
Od kilkunastu minut stoimy w tym miejscu. Jest całkowity zakaz podejścia bliżej. Nie ma żadnej informacji. Podobno ma przyjść kierownik służb prasowych, który powie, co dalej. Nie wiem nic więcej w tej chwili.
Wynikałoby więc z tego, że koło godz. 10-tej Kraśko z Sępem docierają na drogę do zony Koli. To także dość późno, jeśli wypadek miał się wydarzyć o 8.41, wiemy jednak, że Kraśko, autor pierwszej książki o „katastrofie” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2010/07/smolensk-w-wersji-dla-idiotow.html), będąc rano w Smoleńsku, o lotniczym wypadku miał się dowiedzieć po powrocie do hotelu z telefonu (z Polski?), który otrzymała jego koleżanka redakcyjna:
„(…) wszedłem do pokoju Alicji Daniluk-Jankowskiej, która tego dnia była wydawcą programu, właśnie do niej ktoś dzwonił: – Coś się stało z samolotem, awaria.
Z góry zobaczyliśmy więcej. Wozy strażackie skręcały pod stację benzynową i płot z tyłu lotniska. Do pasa startowego był stąd kilometr, do głównej bramy następne dwa. Dlaczego przyjechała tu straż? Zobaczyliśmy limuzyny, które miały przewieźć delegację spod samolotu do Katynia. Też skręciły pod płot, po czym zawróciły w stronę centrum miasta. Pobiegliśmy do wyjścia. W ostatniej chwili ktoś jeszcze krzyknął, że przyszła depesza o ofiarach, mogą być ranni.”
O 10.24 chwilę po tym, jak Kraśko mówi na antenie TVP Info o widoczności na lotnisku na odległość 1 km, widać też na migawkach Sępa wracających między drzewami pirotechników z „miejsca wypadku”.
1
2
3
Wracają też migawki z Katynia. W trakcie nadawania wypowiedzi gubernatora smoleńskiego pojawiają się zaś po raz pierwszy (o 10.27) migawki z filmu moonwalkera – od razu kadr ze statecznikiem. Oczywiście bez wyeksponowanego dźwięku. Prezenter mówi: „To są najnowsze obrazki z miejsca katastrofy, szanowni państwo. Rzeczywiście, widząc te szczątki, trudno wierzyć, że ktokolwiek przeżył tę katastrofę”. Tak jest, zwłaszcza że nie widać ani foteli, ani ciał ofiar, ani pożaru.
O 10.29, a więc blisko godzinę po poprzedniej relacji (tej cytowanej na początku niniejszego posta), wraca na antenę Olechowski:
Udało mi się przedrzeć przez ten szczelny kordon milicji (skąd kordon? gdzie kordon? gdzie zdjęcia kordonu? – przyp. F.Y.M.) (…) widziałem ogon samolotu, polskiego tupolewa, leży na ziemi. Rozmawiałem z milicjantem (a jakże, najlepsze źródło informacji – przyp. F.Y.M. – milicjant, jak się okaże dysponował kątomierzem), który wychodził z tego miejsca – był dosłownie na miejscu katastrofy. On mówił tak: samolot leciał bardzo nisko nad ziemią, przechylony na lewe skrzydło. Mniej więcej 45 stopni wynosiło to przechylenie. Zawadził skrzydłem o ziemię, drzewa, ziemię, wyrył, skrzydło wyryło w glebie taki dosyć długi i głęboki rów. Po upadku samolot eksplodował. Ten milicjant mówił mi tak: kiedy tutaj dotarły na miejsce pierwsze jednostki ratownicze, pierwsi, no pierwsi milicjanci, oni stwierdzili, że w ogóle nie ma po co wzywać karetek pogotowia, bo nikt tej katastrofy nie mógł przeżyć.
I rzeczywiście, jesteśmy tutaj jakieś 15, może 20 minut. Ja nie widziałem jeszcze ani jednej karetki pogotowia. Jesteśmy bardzo blisko tego miejsca, w zasadzie stoimy na jedynej drodze, która prowadzi (…) na to miejsce katastrofy. Nie widziałem ani jednego wozu na sygnale, ani jednej karetki pogotowia. To może oznaczać, że rzeczywiście ta katastrofa była bardzo poważna i że ofiar śmiertelnych będzie bardzo bardzo dużo. (…) Milicjanci (…) przecząco kręcą głowami.
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Atlantycki wiatr


31.05.2011 10:46

 

Gdzieś pod koniec 2009 r. wpadła mi w ręce książka „Następne 100 lat” George’a Friedmana, szefa Stratfortu, będącego faktycznie najbardziej renomowaną prywatną agencją wywiadowczą w USA. Friedman przewidywał, że Rosja broniąc resztek imperialności, odbuduje swoje wpływy aż do granic Polski. Będzie też agresywnie starała się wpływać na sytuację w naszym kraju. Jednak zamiary Rosji zostaną pokrzyżowane przez politykę USA, która widzi w Polsce partnera wojskowego i gospodarczego. Jego zdaniem, Ameryka zechce tu zastosować nowe, ważne dla gospodarki technologie. Książka w miarę czytania brzmiała coraz bardziej jak science fiction. Któż by uwierzył w prognozę, że pod koniec obecnej dekady Rosja miałaby pogrążyć się w kompletnym chaosie, a Polska wyrosnąć do rangi regionalnego mocarstwa?

Miesiące, które upłynęły od wydania dzieła Friedmana, zwolenników tego niezwykłego analityka mogły przyprawić o zwątpienie. Katastrofa smoleńska, wycofanie się USA z zaangażowania w Polsce, bezczelność polityki rosyjskiej w naszym kraju i uległość rodzimych polityków nie wskazywały, że mamy tu szanse na budowanie silnego ośrodka politycznego.

Wizyta prezydenta Baracka Obamy była mocnym przypomnieniem polityki USA w Europie Środkowej. Przede wszystkim Amerykanie nie zamierzają rezygnować z budowy swoich wpływów w tym rejonie na rzecz Rosji. Ponadto widzą tu globalny interes polegający na wprowadzeniu swoich firm i nowych technologii gazowych, a w szerszym kontekście także naftowych. To musi kłócić się z interesami rosyjskimi. I właśnie z tego powodu USA będą wzmacniać więzi Polski ze swoim krajem. Będzie to robione na tyle mocno, byśmy byli odporni na zakusy Rosjan.

Sprawa smoleńska wpisuje się w politykę USA wobec Rosji i Polski. Podnosząc ją, Obama zwiększa swoje szanse w wyborach, jednocześnie osłabia wpływy Moskwy w Warszawie i pozycję samego Putina. Kreml albo ustąpi Amerykanom i przestanie rozbudowywać swoje wpływy wewnątrz NATO, albo znajdzie się pod pręgierzem oskarżeń już nie tylko polskiej opozycji, ale także USA. Inna sprawa, czy Putin może się jeszcze gdzieś cofnąć. Starcie polityczne wydaje mi się nieuchronne, a to oznacza dalsze wzmacnianie obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce. Dokładnie taki scenariusz przewidział Friedman.

Sposób myślenia analityków jest oderwany od emocji, a już na pewno od oceny personaliów polityków, co tak często towarzyszy rodzimej debacie. USA potrzebują Polski, bo tu mogą budować zaplecze państw sprzyjające ich polityce w Europie i w innych częściach świata. Operacja z wydobyciem gazu łupkowego, ale w przyszłości także ropy z łupków, pozwoli na wyrwanie się Zachodu z ciągłej opresji kupowania paliw w regionach niestabilnych politycznie. Amerykanie mogą w ten sposób upiec dwie strategiczne pieczenie o znaczeniu absolutnie globalnym. Dla takich celów angażuje się poważne środki i wpływa również na polityczne wektory. Tusk z Komorowskim muszą się do tego dostosować albo znikną. Tym razem wiatr zaczął wiać od Atlantyku i Putinowska żaglówka jest spychana w głąb więdnącego imperium. Obrażanie się na wiatr nic tu nie pomoże.

Ciekawe, czy spełnią się kolejne prognozy Friedmana. Są naprawdę niezłe, oczywiście nie dla Rosji i jej zauszników.

PS Klubowi „Gazety Polskiej” w Piotrkowie Trybunalskim serdecznie dziękuję za organizację zjazdu wszystkich klubów i wielką gościnność.

 

Gazeta Polska

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Stenogramy zostały sfałszowane


2011-05-31 07:00
Dla kapitana Tu-154M PLF 101 kontroler ruchu lotniczego był jedynym ogniwem łączności ze światem, któremu ufał bezgranicznie i to kontroler był odpowiedzialny za precyzję podawanych informacji. Każda informacja radiowa w lotnictwie jest potwierdzana, piloci mają to we krwi. Protasiuk nie potwierdził. Albo więc nie słyszał, albo nie odpowiedział, ponieważ walczył o życie. Było to cztery minuty przed podanym przez MAK czasem katastrofy. Od tego momentu nie ma żadnych rozmów między wieżą a Tu-154 M 101, Jakiem-40 oraz tupolewem, oprócz „na kursie i ścieżce” i „horyzont 101”. To niemożliwe – ze Sławomirem M. Kozakiem, supervisorem kontroli lotów międzynarodowego lotniska Warszawa Okęcie, instruktorem lotniczym OJT z 20-letnim stażem, egzaminatorem Urzędu Lotnictwa Cywilnego, autorem książki „Ostatni lot PLF 101”, rozmawiają Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski.

– Dziś wiemy, że jedną z kluczowych spraw w wyjaśnieniu katastrofy smoleńskiej jest moment, gdy samolot był 15 m nad ziemią, 60 m od pierwszego zetknięcia z podłożem. Jak wynika z badań amerykańskich systemu TAWS, podanych także przez MAK – z tą jednak różnicą, że MAK w ogóle nie odniósł się do tych kluczowych informacji – przestał wówczas działać komputer pokładowy FMS, czarne skrzynki, ciśnieniomierze. Co mogło się stać w tym momencie?
– Musiało nastąpić coś nagłego i o ogromnej sile, co zniszczyło te urządzenia bądź odcięło ich zasilanie.

– Jakiego rodzaju mogła to być siła?
– Dopóki nie mamy dostępu do szczegółowych informacji o katastrofie, trudno jednoznacznie to stwierdzić, ale niewykluczone, że zanim samolot uderzył w ziemię, nastąpiła w nim eksplozja. Na prawdopodobieństwo tej hipotezy wskazuje fakt, że samolot przed katastrofą przestał być sterowny – nie można go było wyprowadzić na drugi krąg. Załoga albo nie zdążyła rozpoznać przyczyny, albo ją rozpoznała, lecz nie zdążyła zareagować. To musiało być coś gwałtownego, co obezwładniło zarówno elektronikę w samolocie, jak również samą załogę.

– W stenogramach rozmów załogi z wieżą kontroli lotów nie ma fragmentów, które wskazywałyby na jakieś zagrożenie.
– Stenogramy opublikowane przez MAK są co najmniej w kilku miejscach, moim zdaniem, sfałszowane, pocięte, niewiarygodne.

– To poważny zarzut. Co Pana dziwi, co brzmi niewiarygodnie w stenogramach?
– Choćby komendy z wieży kontroli lotów. Na Siewiernym samoloty podchodziły tego dnia do lądowania według tzw. radaru precyzyjnego i dwóch radiolatarni typu NDB – dalszej i bliższej. Przy tego typu podejściu załoga kierując samolotem, opiera się głównie na komendach kontroli ruchu lotniczego. Czyli lecąc, jak było w tym przypadku, bez widoczności terenu, opiera się tylko na tym, co słyszy z wieży. Informacje i komendy kontrolera, jakie mamy w stenogramach, nie są typowe dla podejścia precyzyjnego. Począwszy od chwili wejścia samolotu na ścieżkę podejścia końcowego, powinien on być najpierw zidentyfikowany, czyli kontroler przejmujący samolot powinien się upewnić, że jest to Tu-154 M, rejs PLF 101, potem podawać mu odległość od pasa i wysokość, na której powinien się znajdować. Ta informacja powinna być podawana w sposób ciągły, ponieważ sytuacja, w której stosuje się radar precyzyjny jest szczególna – używa się go wówczas, gdy w ogóle niewiele widać bądź też kiedy załoga ma problemy z przyrządami, które mogłyby jej w podejściu pomóc. Załoga jest wówczas przekonana, że kontroler doprowadza samolot bezpiecznie do punktu, gdy dostrzeże ona pas i zdecyduje się lądować, a jeśli go nie dostrzeże, wówczas bezpiecznie odejdzie na drugi krąg. W latach 80., gdy taki system prowadzenia samolotów był używany na Okęciu, przerwy w podawaniu komend przez kontrolera nie mogły być dłuższe niż pięć sekund. Kontroler powinien podawać załodze, że ma lekko nakierować samolot do osi centralnej lub ścieżki schodzenia do wysokości decyzji – w prawo, lewo, w górę lub w dół. W przypadku mgły kontroler natychmiast powinien przekazywać na pokład samolotu każdą informację o zmieniającej się pogodzie. Tymczasem w stenogramach takich komend nie ma. Nie ma też informacji, że samolot nie jest na kursie i że zboczył ze ścieżki, choć utrzymanie samolotu o takim ciężarze, przy takich prędkościach, w takich warunkach pogodowych, jakie panowały, cały czas na kursie i ścieżce bez pomocy kontrolera jest niemożliwe, jeśli na lotnisku nie ma nowoczesnego systemu naprowadzania – ILS, MMS lub systemu nawigacji satelitarnej. Dla kapitana Tu-154M PLF 101 kontroler ruchu lotniczego był jedynym ogniwem łączności ze światem, któremu ufał bezgranicznie i to kontroler był odpowiedzialny za precyzję podawanych informacji.

– Tymczasem na cztery minuty przed katastrofą praktycznie milkną rozmowy między wieżą, Tu-154 i Jakiem-40… Pada tylko komenda „na kursie i ścieżce” i „horyzont 101”.
– To jest absurdalne i niewiarygodne. Takie określenia jak „na kursie i ścieżce” są niemożliwe bez uprzednich poprawek kursu czy gradientu schodzenia. Kontroler powinien w sposób ciągły podawać dokładne informacje o położeniu samolotu.

– Nagła przerwa w zasilaniu samolotu, przerwanie pracy komputera pokładowego, pracy czarnych skrzynek, nawet ich zasilania awaryjnego – akumulatorowego, zakłócenie pracy ciśnieniomierzy, gdy samolot znajduje się jeszcze nad ziemią, wydaje się dziwna.
– Musze sprostować – czarne skrzynki nie mają zasilania awaryjnego, zasilany akumulatorem jest wyłącznie lokalizator, dzięki któremu można je odnaleźć po katastrofie. Tym bardziej dziwne wydaje się, że wiele godzin po katastrofie szukano czarnej skrzynki, skoro nadajnik wysyła sygnał, dzięki któremu można odnaleźć czarną skrzynkę nawet na dnie oceanu? Właśnie to umożliwiło odnalezienie skrzynek Airbusa-330 linii Air France, który 1 czerwca 2009 r. runął do Oceanu Atlantyckiego po starcie z Rio de Janeiro. Dziś, po blisko dwóch latach od tej tragedii, udało się je wydobyć z kilkutysięcznej głębi Atlantyku.

– Co mogło zniszczyć elektronikę samolotu i doprowadziło do uderzenia w ziemię?
– Samolot to nie tylko elektronika, ale także silniki, płaty skrzydeł, tymczasem polski Tu-154 PLF 101 nagle gwałtownie przepadł. Gdyby samolot utracił nawet całą elektronikę, spadałby, ściąłby po drodze wiele drzew i uderzył w ziemię. Ale nie powinien przepaść tak gwałtownie. Mógłby rozpaść się na kilka czy kilkanaście części, ale rozmiar zniszczenia nie powinien być aż tak wielki. Siła, która zadziałała na samolot, była – jak widać na wielu zdjęciach – destrukcyjna nie tylko dla samej elektroniki, ale i dla konstrukcji tupolewa.

– Czy przy tak złych warunkach pogodowych – widzialności poniżej minimum lotniska – polski Tu-154 w ogóle powinien podchodzić do wysokości decyzyjnej?
– Pilot zawsze może podejść do takiej wysokości i odejść na drugi krąg, gdy nie zobaczy pasa, jest to zgodne z procedurami. Natomiast, gdy się wczytamy w stenogramy, trochę dziwi, że zarówno płk Krasnokucki, jak i centrala w Moskwie starały się koniecznie doprowadzić do tego, by ten samolot zszedł do 100 m nad ziemią. W mojej ocenie do chwili przekroczenia granic Polski wszystko odbywało się normalnie. O dalszej fazie lotu wiemy niewiele, ale z pewnością sytuacja się zmieniła od momentu wejścia w przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej. Samolot nie został powitany w sposób właściwy – nie określono mu sposobu podejścia i kierunku, z którego będzie podchodził, na który pas ma się kierować, jaki jest kierunek i siła wiatru, ciśnienie w rejonie lotniska oraz inne istotne informacje. To wszystko podaje się standardowo. Tymczasem nic na ten temat nie ma w stenogramach. Zastanawia mnie też, dlaczego dowódca jednostki w Twerze, mając podwładnego, płk. Krasnokuckiego na miejscu w Smoleńsku, konsultował informacje pogodowe z Moskwą.

– Pogoda tuż przed podejściem Tu-154 gwałtownie się pogorszyła. Mówił o tym mjr Artur Wosztyl, dowódca samolotu Jak-40 do kpt. Arkadiusza Protasiuka.
– To jest zagadkowa sytuacja. Załogi Jaka-40 i Tu-154 M prowadziły rozmowy poprzez radiostację na częstotliwości 123,45, tzw. prywatnej. W samolocie są dwie radiostacje i dzięki temu możliwe jest jednoczesne prowadzenie łączności na częstotliwości tzw. ruchowej, czyli z kontrolą ruchu, jak i dowolnej innej, w tym przypadku wykorzystywanej dla luźnych rozmów między załogami. Otóż załoga Jaka-40 podała kpt. Protasiukowi informację o gwałtownym pogorszeniu się pogody, czyli 200-metrowej zaledwie widoczności na ziemi, na częstotliwości ruchowej, wykorzystywanej przez wieżę. Dlaczego? Jeżeli kpt. Protasiuk słyszał informację z Jaka-40, powinien to potwierdzić, by załoga jaka ponownie nie informowała go o tym – powiedzieć „dzięki” albo „przyjąłem”. Każda informacja radiowa w lotnictwie jest potwierdzana, piloci to mają we krwi. Protasiuk nie potwierdził. Albo nie słyszał, albo nie odpowiedział, bo walczył o życie. Było to cztery minuty przed podanym przez MAK czasem katastrofy. Od tego momentu nie ma żadnych rozmów zarówno między wieżą a Tu-154 M 101, jak i jakiem i tupolewem, oprócz „na kursie i ścieżce” i „horyzont 101”. To niemożliwe, dlatego według mnie te stenogramy są nieprawdziwe.

– O czym to może świadczyć?
– Że w samolocie stało się coś, co uniemożliwiało Tu-154 lot lądowanie według zadanych parametrów, np. blokada autopilota czy sterów, nagła awaria silnika, eksplozja, coś, czemu czoła musiał stawić kpt. Protasiuk. Cała uwaga załogi tupolewa została skierowana na ratowanie samolotu przed tragedią. Lub też był to moment, gdy ta walka już się zakończyła. Uważam za prawdopodobne i piszę o tym w swojej książce, że katastrofa wydarzyła się o godz. 8.33, maksimum 8.36.

– Na jakiej podstawie stawia Pan taką hipotezę?
– Ponieważ po raz pierwszy w historii lotnictwa światowego taśma czarnej skrzynki „wydłużyła się” o 8 minut, czyli nagranie trwa 8 minut dłużej, niż jest to fabrycznie możliwe. Zapis czarnej skrzynki ma 30 minut i trwa w pętli – gdy dojdzie do końca, rozpoczyna nowe nagranie.

– Dlaczego wieża nie skierowała polskiego Tu-154 na lotnisko Smoleńsk Południowy?
– Ponieważ lotnisko to wykorzystywane jest wyłącznie do celów aeroklubowych i ma krótki pas – 1600 m. Co ciekawe, lotnisko to ma o wiele nowocześniejszą wieżę kontroli niż Siewiernyj. I ma charakter cywilny. Uważam, że w sytuacji skrajnej, przy korzystnym wietrze i doskonałej załodze, tupolew mógłby wylądować na tym lotnisku. Teoretycznie Tu-154 wymaga 2100 m pasa do lądowania, ale pamiętajmy, że ten samolot ma specjalnie zaprojektowane podwozie z dwiema sześciokołowymi goleniami pod skrzydłami oraz jedną dwukołową golenią pod przednią częścią kadłuba po to, aby obniżyć nacisk kół na podłoże, co pozwala na lądowanie w miejscach o słabej nawierzchni.

– Dlaczego polski tupolew nie lądował z zachodu, skoro był to naturalny kierunek lądowania samolotu lecącego z Polski, nie ma z zachodniej strony przed lotniskiem jarów, wiatr też nie był niekorzystny?
– Był nawet korzystniejszy. Może istniały jakieś powody, np. awaria któregoś urządzenia na podejściu z zachodu lub Rosjanie przygotowali, tj. odpowiednio ustawili radar precyzyjny na kierunek wschodni? To pytanie do kontrolerów lotów na Siewiernym, a właściwie koordynatorów wojskowych. Na Siewiernym nie ma kontrolerów, jacy są na lotniskach cywilnych, lecz koordynatorzy wojskowi. Ja nie mam szczegółowej wiedzy na temat migów, Su, F-16, tego, jakie przenoszą uzbrojenie, a koordynatorzy wojskowi nie mają dużej wiedzy o procedurach obowiązujących w kontroli cywilnej. My posługujemy się jednostkami anglosaskimi, czyli węzłami, stopami czy hektopaskalami, a w Rosji na wojskowych lotniskach operuje się jednostkami z dawnego Układu Warszawskiego czyli kilometry na godzinę, metry wysokości, milimetry słupa rtęci.

– Dlaczego więc mówi się od początku, że byli to kontrolerzy?
– Skoro mówiono, że lot był cywilny, więc powinni być też kontrolerzy, co potwierdzałoby zasadność odejścia od umowy z 1993 r. między Polską a Rosją, co uczyniono. Jak napisałem w swojej książce „Ostatni Lot PLF 101”, zastosowane tu uproszczenie, które było spowodowane chęcią odwrócenia uwagi ogółu od tych właśnie różnic. Starano się zaszczepić w umysłach ludzi chcących rozwiązać zagadkę tragedii smoleńskiej przeświadczenie o tym, że ich nie ma. Wmówić wszystkim, że lotnisko Siewiernyj jest takie samo, jak inne na świecie, a jego pracownicy przyjmują samoloty według ogólnie przyjętych zasad. Bo przecież długo ukrywano braki w wyposażeniu na tym lotnisku, a sam lot traktowano początkowo w kategoriach cywilnych. Dopiero później „okazało się”, że Smoleńsk jest jednak lotniskiem wojskowym, samolot był rządowy, a lot odbywał się według zasad lotnictwa państwowego.

———————————————————————————
W Smoleńsku po raz pierwszy w historii lotnictwa światowego taśma czarnej skrzynki „wydłużyła się” o 8 minut, czyli nagranie trwa 8 minut dłużej, niż jest to fabrycznie możliwe. Zapis czarnej skrzynki ma 30 minut i trwa w pętli – gdy dojdzie do końca, rozpoczyna nowe nagranie.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Czas na nową narrację


04.04.2011 13:10

Jeśli z Okęcia wystartowały (oprócz dziennikarskiego jaka-40) dwa samoloty, to Ruskim i ich wasalom w naszym kraju pozostaje teraz uznać, że nad Siewiernym te dwa samoloty w gęstej mgle się zderzyły, bo gen. Błasik był pijany, a mjr Protasiuk jako „debeściak” kozakował, a poza tym był pod naciskiem Prezydenta, którego obecnością na pokładzie tupolewa ruscy prokuratorzy byli zdziwieni

(relacja p. M. Kaczyńskiej w filmie „Lista pasażerów” (http://www.youtube.com/user/pomniksmolensk?feature=mhum)).

PolsatNews 3.03.2011
PolsatNews 3.04.2011
Proponuję więc mediom takie rozwiązania: oba samoloty nie miały zgody na lądowanie (tu relacje ruskich kontrolerów i nowe stenogramy „rozmów na wieży” („najprawdziwsze”) w biegu opublikowane i przez MAK, i przez TVN24), obu załogom zalecano zapasowe lotniska, obie załogi kategorycznie odmówiły. Co było dalej?
Relacja dowódcy iła-76, który nareszcie uzyskał zgodę przełożonych na udzielenie wywiadu polskiej prasie: „Pokazywałem im na własnym przykładzie, że nie da się wylądować na Siewiernym, że to grozi rozbiciem się w drobny mak. Grozi zejściem ze ścieżki i skierowaniem lewego skrzydła pionowo w dół, jeśli nie lądowaniem na plecach. Następnie chciałem ich eskortować na zapasowe lotnisko Wnukowo, gdzie już czekała delegacja z podenerwowanym całą niezręczną sytuacją prezydentem Miedwiediewem i premierem Putinem, których zawiadomili poruszeni do żywego kontrolerzy lotów. Niestety załogi obu polskich samolotów odpowiadały na moje komunikaty w niezwykle wulgarny sposób. Takich słów nawet w naszej armii się nie używa, jakich użyto wobec mnie wtedy i to wielokrotnie, nawet nie będę cytował, bo do teraz mnie ciarki przechodzą na wspomnienie. Wstrząśnięty i zszokowany oddaliłem się znad Siewiernego, spodziewając się, że przez upór i husarską fantazję Polaków może dojść do straszliwej katastrofy. No i oczywiście doszło”) (całość ekskluzywnego wywiadu w „GW” (dodatek „Wysokie obcasy” pt. „Ostateczna prawda o 10 kwietnia 2010”; przy okazji dowódca iła-76 opowiada o swoich radosnych młodzieńczych latach w sowieckiej armii).
Gubernator Obwodu Smoleńskiego przed kamerami TVN24: „o 8.38 usłyszałem dziwne odgłosy różnych silników – przerzedziła się wtedy nieco mgła i dostrzegłem jaka-40 oraz tupolewa 154-m z numerem bocznym 101, jak dokonują niezwykłych akrobacji nad Smoleńskiem; powiedziałem do mojego rzecznika: „Czy oni wszyscy tam się popili przed tymi uroczystościami? Jak oni chcą na nie zdążyć? Co w ogóle z tego wszystkiego będzie? Oj, żeby do jakiegoś nieszczęścia nie doszło, żeby nie doszło…” Rzecznik gubernatora (stojący obok): „Tak rzeczywiście powiedział pan gubernator, bardzo zdziwiony tym widokiem, a ja nieco ściszonym głosem dodałem: „Nie będziemy mogli o tym powiedzieć Polakom, bo byłby wstrząs w ich kraju.” A pan gubernator: „Jak długo jednak zdołamy to zachować w tajemnicy? Czy nasi koledzy w Warszawie nam w tym pomogą?””
Komentarz A. Michnika: „Oszczędzono nam przez rok brutalnej prawdy o pijackiej akcji załóg nad Smoleńskiem. Dłużej jednak nie dało się tej prawdy chować pod kirem żałoby”. T. Lis: „Szok w całej Polsce. Szok na świecie. Myśleliśmy, że to wypadek, a to była pijacka burda w powietrzu.”
Relacja W. Batera z godz. 8.56 pol. czasu (odnaleziona szczęśliwie w archiwach PolsatNews, a nieemitowana po interwencji premiera D. Tuska, który przychylił się do prośby Moskwy, by pozostać przy wersji z nieszczęśliwym wypadkiem tupolewa we mgle i lesie): „Dosłownie przed sekundą dostałem nerwowy telefon z Siewiernego, że dzieją się nad lotniskiem przedziwne rzeczy. Dzwonił do mnie pewien zaufany informator, z trudem łapiący oddech i mogący wymówić słowa. Jak usłyszał od anonimowego, naocznego świadka z milicji dwa samoloty krążą jak te sępy nad lotniskiem. Powtarzam, to jest relacja nieoficjalna na razie, ja ją odbieram tu, w Katyniu i jeszcze ją będę weryfikował. Ten świadek użył określenia „jak te sępy”, chyba nawet powiedział „biało-czerwone”. Krążyły, wykonały ze cztery okrążenia i przy czwartym w końcu przypadkowo wpadły na siebie i doszło do niezwykłej katastrofy. Tyle wiem na ten moment.”
W „Superwizjerze” (wydanie specjalne – kwiecień 2011) nowe relacje świadków z okolic lotniska: „widzieliśmy wyraźnie dwa polskie samoloty – po co one tak krążyły?”. Nadzwyczajne wydanie „GW” na 10 kwietnia 2011 r.: „Błasik chciał zdążyć do Katynia przed prezydentem Kaczyńskim”. Reportaż „Wprost”: „Krwawy wyścig do Katynia”, „Fakt”: „Lotniczy rollercoaster z ofiarami. Uwaga: niepublikowane drastyczne zdjęcia przekazane przez FSB”, „Rz”: „Rozdzielenie delegacji przyczyną tragedii”, „Dziennik”: „Błasik chciał dać szkołę Protasiukowi”.
Konferencja prasowa prokuratora generalnego i premiera: „Dzisiaj doszło do ostatecznej kompromitacji wszystkich teorii spiskowych.”
* * *
-DOWÓDCA JAKIEM WYLĄDOWAŁ?
-DOWÓDCA?
-TAK, JAKIEM WYLĄDOWAŁ?
-TAK, WYLĄDOWAŁ, ALE NIE WIEM, KTO TAM PROWADZIŁ TEGO JAKA.
-ROZUMIEM, ALE PRAWDOPODOBNE DOWÓDCA BYŁ W JAK-U. NIE JESTEM TEGO PEWIEN.
– ALE DOWÓDCA NASZ, DOWÓDCA SIŁ POWIETRZNYCH ?
-TAK.
-AHA.
-DOWÓDCA SIŁ WYBIERAŁ SIĘ W DELEGACJĘ.
– A, TO,TO…
– TYLKO NE WIEM JAKIE BYŁO ROZŁOŻENIE NA SAMOLOTY (niezr.).
– A WCZEŚNIEJ BYŁO, ŻE DOWÓDCY BĘDĄ LECIEĆ JAKIEM.
-DOBRZE, ZARAZ, ZARAZ, SPRAWDZAM, PANIE GENERALE, ZARAZ SPRAWDZAM TO WSZYSTKO. DOBRZE, DZIĘKUJĘ.
P.S. Dziękuję komentatorce Bzik za screeny z wczorajszego programu informacyjnego PolsatNews.

freeyourmind.salon24.pl

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Wokół zeznań Sasina (2)


30.05.2011 11:03

 

9 kwietnia 2010 J. Sasin, który miał przybyć do Smoleńska „około godz. 20-tej”, podczas „odprawy” odbytej wieczorem w Smoleńsku z urzędnikami kancelarii, ustala, że uda się „wraz z jeszcze jednym pracownikiem na lotnisko (Siewiernyj – przyp. F.Y.M.) rano, natomiast pozostali pracownicy udadzą się na cmentarz” (8’42” materiału z przesłuchania sejmowego przez zespół A. Macierewicza). Jednakże następnego dnia „przy śniadaniu spotkaliśmy się ponownie (…) – ja ze współpracownikami (…) i zaczęliśmy jakby dalej dyskutować, jakie są zagrożenia, jakie ewentualnie jeszcze problemy mogą wyniknąć i w trakcie tej rozmowy zmieniłem ustalenia poprzedniego dnia, mianowicie stwierdziłem, że (…) lotnisko jest takim miejscem, które nie niesie żadnych niebezpieczeństw, paradoksalnie nie niesie żadnych niebezpieczeństw, problemów z ląd…, czy z początkiem tej wizyty. Stwierdziłem: samolot po prostu wyląduje, wszyscy z tego samolotu wysiądą, będą podstawione samochody (…)
Prezydencki minister dochodzi zatem do wniosku, że lepiej pojechać do Katynia dopilnować aparatury nagłaśniającej, bo z nią mogą się pojawić problemy („obawialiśmy się, że nie będzie działało nagłośnienie”). Pomijając już powód zmiany decyzji i „wagę” problemu, jakim jest kwestia nagłośnienia, którym mogłoby się zająć trzech pozostałych pracowników kancelarii udających się do Lasu Katyńskiego, to można z tych relacji Sasina wywnioskować przede wszystkim to, iż rankiem 10 Kwietnia  nie ma on żadnych wiadomości z Okęcia, co do tego, jak wygląda wylot prezydenckiej delegacji – co w sytuacji organizowania uroczystości wydaje się bardzo zadziwiające. Biorąc zaś pod uwagę to, iż  ruskie lotnisko nie było sprawdzone (ani przez polski MSZ, ani przez pracowników kancelarii, ani nawet przez BOR) przed przylotem tejże delegacji, to niewybranie się na nie rankiem 10 Kwietnia było poważnym zaniedbaniem ministerialnych obowiązków, szczególnie jeśli Sasin zakładał (a mówi o tym wprost), iż to pracownicy kancelarii lecący z Prezydentem zadbają o właściwy przebieg początku wizyty („oni wzmocnią tę obsługę techniczną delegacji”) .
Jak wyglądała sytuacja w Katyniu (Sasin jest tu, wedle jego wyliczeń, ok. godz. 7.30), już pisałem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/woko-zeznan-sasina.html), przypomnę więc tylko w skrócie (12’21”): A. Kwiatkowski dostaje newsa od T. Stachelskiego, który zapewne dostaje newsa od D. Górczyńskiego, który z kolei ma dostać newsa od P. Kozłowa z FSO (co do którego to „oficera” nie wiemy na pewno, skąd dostał newsa – ponoć od „kontrolerów lotu”), jakoby samolot z delegacją prezydencką został „z powodu trudnych warunków atmosferycznych” skierowany na zapasowe lotnisko do Moskwy (http://www.wprost.pl/ar/206144/Swiadek-ze-Smolenska-samolot-mial-ladowac-na-zapasowym-lotnisku/). Tego newsa zaś Kwiatkowski przekazuje Sasinowi. Zdarzenie to stanowi kolejny dowód, iż Sasin nie wie, jak wyglądała rano sytuacja na Okęciu i nie ma żadnego kontaktu z delegacją prezydencką (podobnie zresztą czekający na Siewiernym M. Wierzchowski). Zarazem jest to znowu swoista osobliwość, żeby w kwestii tak ważnych uroczystości nie istniał żaden kontakt między Warszawą a Smoleńskiem. Czy nikt z obsługi Okęcia nie miał obowiązku zawiadomić kogoś z wysokich rangą urzędników czekających w Smoleńsku czy choćby w Katyniu?
Sasin dziwi się treści tej przekazanej mu wiadomości, gdyż pogoda w Katyniu jest zupełnie normalna – „było pochmurno, ale te warunki były całkiem znośne”, a poza tym lądowanie w Moskwie (ze względu na odległość od Smoleńska) wiąże się z przesunięciem uroczystości o kilka godzin. (Z tego jednak, co zeznawał w prokuraturze Górczyński, miało chodzić o przeczekanie mgły (czyli o międzylądowanie), nie zaś o przejazd delegacji stamtąd do Katynia). Mimo to Sasin nie kontaktuje się ani z Wierzchowskim na Siewiernym, ani z pracownikami ambasady w Moskwie, czy wiedzą coś więcej o zmianie planu uroczystości. Idzie za to do Stachelskiego, by porozmawiać na temat tej wiadomości i wtedy ten ostatni dostaje (przy Sasinie) kolejny telefon, tym razem już dotyczący „wypadku w samolocie” podczas podchodzenia do lądowania, „samolot zjechał z pasa czy coś takiego”.
Zwróćmy jednak uwagę, że w tym momencie NIE WIADOMO, O JAKIE LOTNISKO CHODZI. Chwilę temu była przecież informacja o skierowaniu delegacji do Moskwy (i nie było wiadomości o zmianie planu, czyli o locie do Smoleńska), a teraz jest news, że doszło do wypadku przy lądowaniu. Skąd więc wiadomo, że jest mowa o smoleńskim Siewiernym? Gdyby Stachelski powiedział, że do wypadku doszło w Moskwie, to sprawa byłaby jasna. Domyślamy się, oczywiście, że chodzi o Siewiernyj, aczkolwiek brakuje w tej relacji newsa o tym, że jednak samolot NIE leci do Moskwy. Dlaczego nie leci? Poprawiły się warunki meteorologiczne? Kto zmienił decyzję? Kto potwierdza zmianę tej decyzji? Przecież delegacja prezydencka lecąca w obcej przestrzeni powietrznej, to nie zakładowa wycieczka autobusem, która sobie może ad hoc ustalać miejsca postoju. Sasin nie dopytuje, o jakie lotnisko chodzi, tak jakby wiedział, że mowa jest o Siewiernym, choć idąc do Stachelskiego już rozważał w myślach, jak zagospodarować w Katyniu te parę godzin oczekiwania na delegację.
Prezydencki minister dzwoni zatem do Wierzchowskiego, lecz ten nie odbiera. Rozmawia następnie z szefem borowców w Katyniu, lecz ten nie tylko nic nie wie, ale i stwierdza, że nie ma na Siewiernym nikogo (z funkcjonariuszy), od którego informację o tym, co się dzieje z delegacją prezydencką mógłby uzyskać. Sytuacja więc jest całkowicie kuriozalna. Najpierw była w Katyniu informacja o skierowaniu delegacji na zapasowe lotnisko, potem, że doszło do jakiegoś lotniczego wypadku, a w gruncie rzeczy nie ma żadnej łączności z tą delegacją ani z lotniskiem, na którym ma ona lądować. To znaczy jakieś ogniwo jest – wspomniany już Górczyński – do którego nie dzwoni znowu ani Stachelski, ani Sasin, a przecież po tej drugiej wiadomości, jaką Stachelski przekazał, Sasin powinien był natychmiast zadzwonić do Górczyńskiego i dopytać, skąd i co dokładnie on wie, a zwłaszcza uzyskać informację, jak to się stało, że samolot z delegacją NIE poleciał jednak do Moskwy (kto zmienił decyzję i kiedy?).
To była najprostsza rzecz do wykonania, skoro Wierzchowski nie odbierał. Dlaczego Sasin nie zadzwonił do Górczyńskiego (zwłaszcza że ten miał jeszcze, jak wiemy z medialnych przecieków dot. jego zeznań, przekazywać kolejną wiadomość po tamtej moskiewskiej, iż delegacja poleci do Mińska (http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/443665,przed_wizyta_prezydenta_w_smolensku_panowal_chaos.html))?: „– Około godz. 10 Kozłow, który był chyba cały czas w kontakcie ze służbami kontrolnymi lotniska, stwierdził, że jest coraz gorsza pogoda i samolot będzie robił próbne podejście, ale prawdopodobnie zostanie skierowany do Moskwy na Wnukowo, by przeczekać mgłę – zeznał Górczyński. Dodał, że po 15 – 20 minutach Kozłow stwierdził, że Tu-154M poleci jednak do Mińska: „O 10.40 Kozłow powiedział mi, że nasz samolot będzie robić próbne podejście (…). W pewnym momencie usłyszałem ryk silników, a następnie głośny huk”” (ta końcówka też ciekawa – news, że samolot ma jednak lecieć do Mińska, po czym „okazuje się”, że będzie robić „próbne podejście”).
Dlaczego Sasin nie zadzwonił też do Bahra czekającego na lotnisku, skoro już dzień wcześniej miał z nim niby rozmawiać podczas wieczornych konsultacji dot. uroczystości? Niemożliwe poza tym, by Sasin nie miał telefonu do ambasadora. Tymczasem Sasin wykonuje jakąś drogę na przełaj: naradza się z borowcami i swoimi współpracownikami, po czym, jak wiemy, szykują się oni jednak do wyjazdu do Smoleńska. Szef borowców zatem organizuje „zgodę na dostanie się na teren wojskowego lotniska” (bo Ruscy „niekoniecznie mogą nas wpuścić, jak nie jesteśmy zgłoszeni” (?)) oraz milicyjną ruską eskortę. Z zeznań Sasina wcale nie wynika, by jakikolwiek ruski funkcjonariusz przekazał komuś z kancelarii Prezydenta (czy choćby borowcom) informację o wypadku (tymczasem, jak pamiętamy, takie wieści Ruscy w Lesie Katyńskim przekazywali). Co więcej, sam prezydencki minister jest cały czas przekonany, iż wypadek był drobny, niegroźny: „tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli jakiegoś drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu (…) być może się koła nie otworzyły, czy coś takiego”, chociaż dzwoni do żony, uprzedzając ją, by się nie denerwowała, jak usłyszy w mediach coś dotyczącego jego osoby (ma to ostatnie zapewne związek z tym, iż Sasin jest na liście członków delegacji prezydenckiej; no ale skoro wypadek miał być niegroźny, to po co ta zapobiegliwość?). I tuż przed wyjazdem dostaje dramatyczny telefon od załamanego nerwowo Wierzchowskiego („on krzyczał, płakał”), który miał już być „na miejscu katastrofy” i mówić, że doszło do masakry i że „oni chyba wszyscy nie żyją”(http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/syrena-ruska.html).
Wg Sasina zachodzi to kilka minut po 9-tej. Auta ruszają, ale prezydencki minister nadal nie dzwoni na lotnisko, by dowiedzieć się czegoś więcej o panującej tam sytuacji (np. od Bahra, skoro Wierzchowski nie jest w stanie opowiadać). Docierają na miejsce. Dymiące pobojowisko jest już wtedy „dogaszane” i otaczane przez wiele osób w mundurach i po cywilnemu, twierdzi Sasin. „Stwierdziłem, że nie jestem w stanie tutaj ani nikogo zidentyfikować  (…) Nie widziałem ich zbyt wielu (ciał – przyp. F.Y.M). Wiedziałem, że na pokładzie było 96 osób, a widziałem zaledwie kilka ciał, (…) które rozrzucone (…) Stwierdziłem, że tak naprawdę większość tych ciał znajduje się gdzieś tam, w, prawda, w samolocie, prawda, czy pod tymi, pod tymi częściami samolotu (…) nie będę w stanie w żaden sposób się tam dostać”. Sasin spotyka Bahra, który twierdzi, że „akcja ratunkowa trwa, ale mówi, no, tak jak pani widzi, tu mamy informację taką, że nikt nie przeżył z pasażerów”.
No i dwaj panowie urzędnicy stoją i patrzą, po czym stwierdzają, iż najlepiej będzie, jak… wrócą do Katynia zawiadomić oczekujących, tak jakby wiadomości o tym, co się stało, nie można było tam przekazać z Siewiernego (np. telefonicznie) komuś, kto mógłby ją ogłosić na cmentarzu – i jakby na lotnisku nie należało pozostać i pilnować tego, co się dzieje np. z ciałami ofiar (choćby w kwestii przyszłej identyfikacji ciała Prezydenta tudzież innych wysokich rangą funkcjonariuszy polskiego państwa). Jadą razem autem ambasadora, który w dodatku stwierdza, by „odbyć uroczystość, która była zaplanowana”, skoro na cmentarzu czekają też „przedstawiciele państwa rosyjskiego”. Przyznam szczerze, że ilekroć tego słucham i tego, jak to po drodze Bahr ustala sobie z Sasinem, gdzie „złoży wieniec” oraz jaki będzie dalszy przebieg uroczystości, a potem, że oni dwaj powiedzą kilka słów do oczekujących w Lesie Katyńskim, robi mi się po prostu niedobrze, zwłaszcza że Sasin dodaje po chwili: „cały czas też może irracjonalnie, mimo tego, co widziałem, mimo tego, co powiedziałem minister Bochenek (o tym, że prawdopodobnie Prezydent nie żyje – przyp. F.Y.M.) jednak miałem jakąś taką podświadomą nadzieję, żebyć może ktoś jednak uratował się z tej katastrofy i stwierdziłem, że jakby ogłoszenie w tym momencie informacji o tym, że Prezydent zginął, nie jest właściwym działaniem, że w momencie, kiedy nie widziałem ciała Prezydenta, no to jakby nie powinienem na pewno takiej informacji publicznie podawać do wiadomości.
1
Sasin więc dyplomatycznie ogłasza, że „delegacja, która miała dotrzeć, nie dotarła” i że Prezydenta „nie w tej chwili tutaj z nami”, a Bahr z rozdziawioną paszczęką stoi opodal. Ta scena to jedna z najbardziej znanych z 10 Kwietnia, ale zarazem najbardziej żenujących.
a
b
c
Dwóch najwyższych polskich urzędników państwowych zamiast zostać na ruskim lotnisku i doglądać „akcji ratunkowej”, a zwłaszcza tego, jak wyglądają działania związane z ciałami ofiar tragedii, zajmuje się kwestią „ogłaszania” tego, co się stało, no i następnie pogrąża się w pobożnej zadumie.
4
Sasin wprawdzie po jakimś czasie wraca po mszy na Siewiernyj, jak wiemy jednak głównie po to, by zająć się swoimi przygotowaniami do wylotu do Warszawy, co poskutkuje tym, iż spędzi parę godzin w jaku-40, czekając na „zgodę na wylot”. Bahr jednak namawia jeszcze w Katyniu Sasina na pozostanie, informując, że do Smoleńska wybierają się i Tusk, i J. Kaczyński, „ja jednak zdecydowałem, że jednak nie, bo (…) zaniepokoiło mnie to, co dzieje się (…) w Warszawie”.
W rezultacie to, co się dzieje na Siewiernym w tych pierwszych godzinach, zachodzi praktycznie bez żadnej poważnej kontroli ze strony polskiego państwa. Zarówno więc gabinet ciemniaków na wieść o „wypadku” nie wysyła żadnych ekip (ani ratowniczych, ani specjalistycznych do badań medyczno-sądowych), jak i ambasador oraz prezydencki minister umywają ręce od tego, jak wygląda sytuacja na pobojowisku („Zdałem sobie sprawę, że w tym momencie jestem najwyższym funkcjonariuszem administracji prezydenckiej, który przeżył, zginął minister Stasiak, więc jakby w naturalny sposób powinienem kierować kancelarią Prezydenta w tej sytuacji i w związku z czym być na miejscu. Tym bardziej, że jak stwierdziłem, jakby nie bardzo moja obecność tam (tj. w Katyniu czy na Siewiernym? – przyp. F.Y.M.) może wnieść dodatkowego”).
Pozostaje więc pytanie, jak wyglądało dokumentowanie czynności (np., związanych ze wstępną identyfikacją ciał przynoszonych przez ruskich „ratowników” do namiotów) przeprowadzanych przez te kilka osób (z ambasady, z kancelarii Prezydenta i z BOR-u), które na lotnisku pozostały. Na ten temat od 13 m-cy niewiele wiadomo.
P.S. Nie mogę znaleźć wywiadu z Sasinem przeprowadzonego zaraz po tragedii przez RMF (http://www.rmf24.pl/opinie/wywiady/kontrwywiad/news-jacek-sasin-para-prezydencka-zostanie-pochowanarazem), gdzie Sasin mówił m.in.:
„Konrad Piasecki: Pan miał być w tym samolocie. Nawet w naszym radiu była taka informacja, że pan tam zginął.
Jacek Sasin: Tak, miałem być w tym samolocie. Zresztą poprzedniego dnia wieczorem otrzymałem od protokołu dyplomatycznego taką książeczkę, jaką daje się wszystkim uczestnikom wyjazdu przygotowaną przez protokół i ze zdumieniem zobaczyłem, że zostałem umieszczony – mimo że były inne ustalenia – w spisie osób, które są w tym samolocie. Zwróciłem nawet uwagę na to, że to jest pomyłka. Ale okazało się, że nie dało się tego sprostować, nie dało się tego wykreślić. Rzeczywiście jeszcze kilkanaście dni przed tym wylotem wersja była taka, że ja będę towarzyszył panu prezydentowi w samolocie. Ale ponieważ ja zdecydowałem, że ktoś musi tam być wcześniej, ktoś z osób, które mogą podejmować decyzje musi być wcześniej, aby wszystkiego na miejscu przypilnować, aby wszystko było w porządku. I tak naprawdę rozmawiałem z panią dyrektor, która zajmowała się z ramienia Kancelarii, panią dyrektor Katarzyną Doraczyńską, wspaniałą zresztą osobą, która zajmowała się przygotowaniem tej wizyty. I ona poprosiła mnie, aby mogła lecieć tym samolotem, ponieważ miała rodzinne sprawy. Musiała odwiedzić rodzinę za granicą, mogła wrócić właściwie dopiero tuż przed tym wylotem i tak się umówiliśmy, że ja pojadę wcześniej samolotem, będę tam na miejscu, ona doleci. Dojrzy jeszcze wszystko w Warszawie, a w drodze powrotnej się zamienimy, ja wrócę samolotem.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Amerykańska obsesja zamachu


2011-05-29 15:05
Amerykanie mają jakąś obsesję zamachu na ich prezydenta. U nas myśl o zamachu na polskiego prezydenta uznawana jest za szaleństwo.

Prezydent lata fortecą, osłanianą przez stado bojowych samolotów. Po ulicach i krawężnikach śmiga siedmiotonową pancerna limuzyną, ochranianą przez batalion uzbrojonych po zęby komandosów. Gdzie przejeżdża pan prezydent, tam najpierw setki agentów sprawdzają każde okno, każdy płot, każde drzewo, każdy listek. Agenci w studzienkach, w piwnicach, snajperzy w kominiarkach za kominem. W kraju, do którego przybywa prezydent, cała policja, wojsko, wszystkie służby postawione są w stanie najwyższej gotowości. Pół miasta wyłączone z ruchu, zablokowane ulice, wywiezione samochody, wypędzeni wszyscy ludzie, psy, koty, a nawet mysz się nie prześlizgnie. Tak się ochrania prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Ci Amerykanie mają jakąś obsesję zamachu na swojego prezydenta. Ktoś by go chciał zabić? W Polsce? Bzdura… Owszem, Amerykanie prowadzą na świecie parę wojen, ale Polska też prowadziła i prowadzi – i co z tego? U nas zamach na prezydenta jest z góry wykluczony, jako rzecz abstrakcyjna i zupełnie niemożliwa. Kto dopuszcza myśl o zamachu na polskiego prezydenta, ten jest oszołom, szaleniec, albo jeszcze gorzej – Macierewicz.

Kiedy samolot z polskim prezydentem leciał do Smoleńska, nikt nie szalał, nikt nie sprawdzał lotniska, latarni ani brzózek. Nikt nie badał, kto siedzi na wieży kontrolnej, nikt nie interesował, czy jest radar, czy działa system naprowadzenia. Czekał na prezydenta jeden czy dwa samochody BOR i to wystarczyło. I tak dobrze, mogli przecież taksówkę wynająć ze Smoleńska, w ramach tak powszechnie postulowanej oszczędności. Były przecież co rusz zarzuty, że Kancelaria Prezydenta działa nazbyt wystawnie, a premier dawał przykład oszczędzania i ku wzruszeniu całego narodu przez pierwszy tydzień swojego urzędowania latał rejsowymi samolotami.

Smoleńska tragedia doskonale pokazuje, że my Polacy nie mamy za grosz tej amerykańskiej obsesji, że ktoś mógłby nam zabić prezydenta. Kto by miałby go zabić i po co? Rosjanie? Ha, ha, ha…

My nie mamy tej amerykańskiej obsesji i nie wierzymy w zamach na polskiego prezydenta, nawet wtedy, gdy samolot z prezydentem spadł i się rozbił w dość dziwnych warunkach i okolicznościach.

Nie wierzymy w zamach nawet wtedy, gdy samolot z polskim prezydentem był fałszywie naprowadzany, na błędnym kursie i ścieżce. Nie wierzymy w zamach nawet wtedy, gdy samolot wywrócił się ponoć o brzózkę i wykonał takiego fikołka, o jakim fizykom się nie śniło.

Nie wierzymy w zamach nawet wtedy, gdy gdy samolot palił się w smoleńskim błocie, a na lotnisku piętnaście minut trwała drętwa cisza i nikt nawet nie włączył syreny.

My, Polacy, nie wierzymy w zamach nawet wtedy, gdy Rosjanie odegnali wszystkich precz od wraku, samolotu, potem pocięli go piłami i do dziś nie chcą go oddać.

Nie wierzymy w zamach nawet po tym, gdy Rosjanie kluczą, zwodzą i nie chcą nam oddać czarnych skrzynek. Nie wzbudza to w nas żadnych podejrzeń, niczego nie daje do myślenia.

Żyjemy w szczęśliwym kraju, gdzie wiara w przyjaźń innych państw i ludzi jest bezgraniczna.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Pułapka jaru


28.05.2011 21:24

 

W grudniu 2010 r. „Fakt” pisał o sensacyjnym odkryciu, jakiego dokonał radziecki ekspert E. Klich i jakim podzielił się z czytelnikami tej gazety: „Polski akredytowany przy MAK Edmund Klich (64 l.) ujawnia Faktowi, jak wyglądały ostatnie chwile lotu tupolewa. To wiedza na podstawie badań czarnych skrzynek, rejestrujących parametry samolotu. Już wiadomo, że piloci posługiwali się radiowysokościomierzem, który podaje odległość od ziemi, a nie od poziomu lądowiska. – Piloci wpadli w pułapkę jaru, który znajduje się tuż przed lotniskiem – mówi nam Klich,który bada przyczyny katastrofy smoleńskiej. – W ostatnich sekundach starali się poderwać maszynę – dodaje. Niestety, manewr się nie powiódł…
Oczywiście, jar, a nawet wąwóz widzieli też inni radzieccy eksperci, zarówno z Moskwy, jak i z Warszawy, już parę miesięcy wcześniej, bo już latem 2010 r. (http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/glosy-tu-154—eksperci-rozszyfrowuja-ostatnie-chwile,59833,2):
ARKADIJ SZURIN: – „Siewiernyj” to trudny, zaniedbany, stary wojskowy aerodrom. Procedura tego nie wymaga, ale wieża mogła ich ostrzec przed wąwozem. (…)
Płk PIOTR ŁUKASZEWICZ: – To jest moment, kiedy wszyscy musieli zrozumieć, że są bardzo nisko. Lotniska nie widać, więc jedynym wyjściem jest odejście na drugi krąg. Wszyscy wiedzą, że zanim automatyczny pilot wyrówna lot i zacznie się wznoszenie, samolot straci jeszcze 50 metrów, bo taka jest charakterystyka lotu tupolewa. Są spokojni, bo wierzą, że mają nadal w zapasie co najmniej 30 metrów. Nie wiedzieli, że samolot jest w jarze, dużo niżej, niż wskazują instrumenty. Do pasa startowego mają ponad kilometr. Autopilot, który przez cztery sekundy odczytywał równą wysokość 100 metrów, pogłębił opadanie, ponieważ obniżało się dno jaru, a wysokościomierz radiowy podawał wciąż tę samą wysokość.”
O wąwozie obszernie i z detalami pisał na początku czerwca 2010 r. inny znakomity znawca lotnictwa „gen. bryg. w stanie spoczynku” red. Piotr Śmiłowicz:
Jedną z przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu Tu-154 mógł być fakt, że samolot wleciał do znajdującego się przed lotniskiem w Smoleńsku wąwozu – wynika z ujawnionych stenogramów z „czarnych skrzynek”. Wąwóz zaczyna się ok. 2 km od lotniska, ma głębokość 60 m i szerokość 600 m.
Wprawdzie tygodnik, w którym publikowano te uczone teksty, jakoś nie wpadł na to, by wysłać fotoreporterów i zrobić dokładny fotoreportaż o wąwozie, tak by pokazać spragnionym wieści ze Smoleńska czytelnikom, jak ten wielki jar o 60-metrowej głębokości, jak jakieś pokopalniane wyrobisko, wygląda i gdzie są ślady zejścia tupolewa do tego jaru, ale Śmiłowicz widział wszystko dokładnie oczyma dziennikarskiej duszy, więc możemy wrócić do tejże właśnie wizji, w której początek wąwozu nawet jest określony czasowo (!):
Według ujawnionego zapisu „czarnych skrzynek” w odległości 2 km od lotniska samolot był na wysokości 150 m. Była godzina 8.40 i 38 sekund. Właśnie zaczynał się wąwóz.O godzinie 8.40.41 samolot już był na wysokości 100 metrów. Na tej samej wysokości 100 m samolot był jednak także o 8.40.49, czyli 8 sekund później!
8 sekund to w przypadku takiego lotu cała epoka. Skoro zniżający się samolot był w tym czasie na tej samej wysokości, to znaczy, że wleciał do wąwozu. Gdyby był na właściwym kursie, wysokość powinna się chwilowo – na czas przelotu nad wąwozem – powiększyć. To, że Tu-154 znalazł się w wąwozie potwierdza też fakt, że po sekundzie nagle wysokość zaczęła się gwałtownie obniżać – co sekundę o 10 metrów. To oznaczało, że samolot nagle znalazł się nad wznoszącym się przeciwległym zboczem wąwozu. I możliwe, że komenda drugiego pilota, wydana na poziomie 80 metrów – „odchodzimy” – była nawet realizowana. Ale było już za późno na wyprowadzenie samolotu z wąwozu.”
No i tu oczywiście nie mogło zabraknąć rozstrzygającego jak delficka wyrocznia, głosu radzieckiego eksperta, „marszałka” T. Hypkiego:
Tomasz Hypki przyznaje, że to wąwóz mógł zmylić załogę i przyczynić się do katastrofy. – Ale błędów było dużo, a głównym powodem katastrofy było złamanie procedur i zejście poniżej 120 metrów – mówi Hypki „Newswekowi.pl”.”
Innymi słowy, gdyby nie wąwóz czy jar, to tupolew by doleciał, a eksperci by jeno z zadowoleniem pokiwali głowami, że załoga nie spaprała sprawy.
Byłoby jednak niesprawiedliwością dziejową pominięcie faktu, że pierwszym, który odnalazł (odkrył?) ów wielki i straszliwy jar „na kursie i na ścieżce prezydenckiego tupolewa”, okazał się niezastąpiony radziecki ekspert dendrologii, doc. S. Amielin, który na swym blogu pisał tak o początkach swojej odpowiedzialnej raboty:
13 kwietnia 2010 roku (trzy dni po tragedii) wyjechałem na miejsce wypadku, zrobiłem zdjęcia uszkodzonych drzew i na podstawie analizy tych zdjęć próbowałem odtworzyć przebieg katastrofy. Wcześniej nie było możliwości zrobienia takich zdjęć, ponieważ cały teren katastrofy był zabezpieczony i zamknięty.
Pojawiające się w różnych mediach pierwsze próby rekonstrukcji przebiegu katastrofy były bardzo niedokładne, ponieważ nie brały pod uwagę ukształtowania terenu oraz rodzaju dokonanych przez spadający samolot uszkodzeń drzew. Dlatego w swoich rozważaniach nie opierałem się na podawane w mediach informacje, lecz próbowałem zbudować własną wersję wyłącznie w oparciu na odnalezionych faktach.
Chciałbym jednak od razu zaznaczyć, że nie jestem ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa lotów. Nic mnie nie łączy z lotnictwem. Uważam jednak, że posiadam wystarczający poziom wiedzy technicznej, żeby przeanalizować fakty i na podstawie tej analizy zbudować wersje o przebiegu katastrofy…” (pisownia oryg. – przyp. F.Y.M.)
Po nitce do kłębka Amielin dotarł więc podczas swoich badań do jaru i to nie jednego, a nawet epoki lodowcowej:
Smoleńsk i jego okolice mają dosyć zróżnicowany kształt terenu. Występują na nim wzniesienia i wąwozy. Taki kształt jest efektem epoki lodowcowej. Różnice w wysokościach w obrębie miasta dochodzą do 90 metrów. Tak też wyglądają okolice lotniska. Lotnisko znajduje się na wierzchołku wzgórza. Samoloty podchodzą do lądowania nad pagórkowatym terenem. Podczas podejścia do lotniska od wschodu samoloty przecinają głęboki, porośnięty lasem wąwóz. Jego głębokość od wierzchołka wzniesienia, na którym jest usytuowane lotnisko, wynosi około 60 metrów.
j

W ten sposób już wiemy, skąd radzieccy eksperci pracujący w Warszawie ten jar wytrzasnęli. Amielin, badając wąwóz, spostrzegł jedną osobliwą rzecz:
Po przejściu strefy 1 i ścięciu wierzchołka brzozy (która z całą pewnością nie uszkodziła w żaden sposób samolotu), samolot przeleciał nad łagodnym obszarem stoku wzniesienia. W tym miejscu nie ma drzew, dlatego też samolot nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Ale jego wysokość nad ziemią stale się zmniejszała i w strefach 3 i 4 osiągnęła minimalną wielkość. W tym miejscu drobne drzewka są ścięte na wysokości około 3 metrów nad poziomem ziemi. W strefie 3 żadnych oznak przechylenia samolotu nie widać. Wszystkie drzewa są ścięte mniej więcej na tej samej wysokości.”.
u e
Brak śladów niskiego przejścia samolotu był więc związany z tym, że nie było drzew. Jak się możemy bowiem domyślić samoloty, jeśli schodzą za nisko zostawiają ślady tylko na drzewach, nigdzie indziej. Aczkolwiek tam, gdzie bardzo nisko, bo na wysokości 3 metrów, „ciął samolot” („prezydencki tupolew”), to nawet nie ruszyła się, jak widać na zdjęciu radzieckiego doc. dendrologii, Amielina, żadna z butelek plastykowych leżących pod drzewkami.
x
Może po prostu załoga cięła drzewka za szybko i butelki się nie zorientowały, że trzeba gdzieś odlecieć. Możliwe też, że tak się butelki odleżały w trawie, iż wrosły w grunt, tak jak te śmiecie wokół pancernej brzozy (czy zrośnięte z nią, pancerne ptasie gniazdo (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/gniazdo-smolenskie.html)).
zi

Na szczęście dla dendrologów radzieckich, „tupolew” na skarpie wąwozu się nie zatrzymał, lecz wypełzł z zamglonego jaru i rozłożył się w paru skromnych częściach na polance, tak by eksperci nie musieli do żadnego jaru już złazić, zwłaszcza że w tymże jarze żadnych śladów doc. Amielin nie znalazł, bo tam nie rosły żadne drzewa.
w
Z drugiej jednak strony pojawiają się zdjęcia, jakby jakiś tupolew przy jakiejś skarpie leżał (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/pobojowisko.html).
1 2
A propos tupolewów. Ponoć ich produkcja się zakończyła w 2001 r. (http://aviation-safety.net/database/type/type-general.php?type=475), zaś eksploatacja „tuszek” ma się zakończyć latem 2011 r., a tymczasem pod koniec kwietnia 2010 pojawia się tupolew 154m prosto spod igły „Awiakoru” (http://russianplanes.net/reginfo/3531) i zapewne odporny na wszelkie ruskie jary…
t

1 komentarz

Filed under Uncategorized