Wokół zeznań Sasina (2)


30.05.2011 11:03

 

9 kwietnia 2010 J. Sasin, który miał przybyć do Smoleńska „około godz. 20-tej”, podczas „odprawy” odbytej wieczorem w Smoleńsku z urzędnikami kancelarii, ustala, że uda się „wraz z jeszcze jednym pracownikiem na lotnisko (Siewiernyj – przyp. F.Y.M.) rano, natomiast pozostali pracownicy udadzą się na cmentarz” (8’42” materiału z przesłuchania sejmowego przez zespół A. Macierewicza). Jednakże następnego dnia „przy śniadaniu spotkaliśmy się ponownie (…) – ja ze współpracownikami (…) i zaczęliśmy jakby dalej dyskutować, jakie są zagrożenia, jakie ewentualnie jeszcze problemy mogą wyniknąć i w trakcie tej rozmowy zmieniłem ustalenia poprzedniego dnia, mianowicie stwierdziłem, że (…) lotnisko jest takim miejscem, które nie niesie żadnych niebezpieczeństw, paradoksalnie nie niesie żadnych niebezpieczeństw, problemów z ląd…, czy z początkiem tej wizyty. Stwierdziłem: samolot po prostu wyląduje, wszyscy z tego samolotu wysiądą, będą podstawione samochody (…)
Prezydencki minister dochodzi zatem do wniosku, że lepiej pojechać do Katynia dopilnować aparatury nagłaśniającej, bo z nią mogą się pojawić problemy („obawialiśmy się, że nie będzie działało nagłośnienie”). Pomijając już powód zmiany decyzji i „wagę” problemu, jakim jest kwestia nagłośnienia, którym mogłoby się zająć trzech pozostałych pracowników kancelarii udających się do Lasu Katyńskiego, to można z tych relacji Sasina wywnioskować przede wszystkim to, iż rankiem 10 Kwietnia  nie ma on żadnych wiadomości z Okęcia, co do tego, jak wygląda wylot prezydenckiej delegacji – co w sytuacji organizowania uroczystości wydaje się bardzo zadziwiające. Biorąc zaś pod uwagę to, iż  ruskie lotnisko nie było sprawdzone (ani przez polski MSZ, ani przez pracowników kancelarii, ani nawet przez BOR) przed przylotem tejże delegacji, to niewybranie się na nie rankiem 10 Kwietnia było poważnym zaniedbaniem ministerialnych obowiązków, szczególnie jeśli Sasin zakładał (a mówi o tym wprost), iż to pracownicy kancelarii lecący z Prezydentem zadbają o właściwy przebieg początku wizyty („oni wzmocnią tę obsługę techniczną delegacji”) .
Jak wyglądała sytuacja w Katyniu (Sasin jest tu, wedle jego wyliczeń, ok. godz. 7.30), już pisałem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/woko-zeznan-sasina.html), przypomnę więc tylko w skrócie (12’21”): A. Kwiatkowski dostaje newsa od T. Stachelskiego, który zapewne dostaje newsa od D. Górczyńskiego, który z kolei ma dostać newsa od P. Kozłowa z FSO (co do którego to „oficera” nie wiemy na pewno, skąd dostał newsa – ponoć od „kontrolerów lotu”), jakoby samolot z delegacją prezydencką został „z powodu trudnych warunków atmosferycznych” skierowany na zapasowe lotnisko do Moskwy (http://www.wprost.pl/ar/206144/Swiadek-ze-Smolenska-samolot-mial-ladowac-na-zapasowym-lotnisku/). Tego newsa zaś Kwiatkowski przekazuje Sasinowi. Zdarzenie to stanowi kolejny dowód, iż Sasin nie wie, jak wyglądała rano sytuacja na Okęciu i nie ma żadnego kontaktu z delegacją prezydencką (podobnie zresztą czekający na Siewiernym M. Wierzchowski). Zarazem jest to znowu swoista osobliwość, żeby w kwestii tak ważnych uroczystości nie istniał żaden kontakt między Warszawą a Smoleńskiem. Czy nikt z obsługi Okęcia nie miał obowiązku zawiadomić kogoś z wysokich rangą urzędników czekających w Smoleńsku czy choćby w Katyniu?
Sasin dziwi się treści tej przekazanej mu wiadomości, gdyż pogoda w Katyniu jest zupełnie normalna – „było pochmurno, ale te warunki były całkiem znośne”, a poza tym lądowanie w Moskwie (ze względu na odległość od Smoleńska) wiąże się z przesunięciem uroczystości o kilka godzin. (Z tego jednak, co zeznawał w prokuraturze Górczyński, miało chodzić o przeczekanie mgły (czyli o międzylądowanie), nie zaś o przejazd delegacji stamtąd do Katynia). Mimo to Sasin nie kontaktuje się ani z Wierzchowskim na Siewiernym, ani z pracownikami ambasady w Moskwie, czy wiedzą coś więcej o zmianie planu uroczystości. Idzie za to do Stachelskiego, by porozmawiać na temat tej wiadomości i wtedy ten ostatni dostaje (przy Sasinie) kolejny telefon, tym razem już dotyczący „wypadku w samolocie” podczas podchodzenia do lądowania, „samolot zjechał z pasa czy coś takiego”.
Zwróćmy jednak uwagę, że w tym momencie NIE WIADOMO, O JAKIE LOTNISKO CHODZI. Chwilę temu była przecież informacja o skierowaniu delegacji do Moskwy (i nie było wiadomości o zmianie planu, czyli o locie do Smoleńska), a teraz jest news, że doszło do wypadku przy lądowaniu. Skąd więc wiadomo, że jest mowa o smoleńskim Siewiernym? Gdyby Stachelski powiedział, że do wypadku doszło w Moskwie, to sprawa byłaby jasna. Domyślamy się, oczywiście, że chodzi o Siewiernyj, aczkolwiek brakuje w tej relacji newsa o tym, że jednak samolot NIE leci do Moskwy. Dlaczego nie leci? Poprawiły się warunki meteorologiczne? Kto zmienił decyzję? Kto potwierdza zmianę tej decyzji? Przecież delegacja prezydencka lecąca w obcej przestrzeni powietrznej, to nie zakładowa wycieczka autobusem, która sobie może ad hoc ustalać miejsca postoju. Sasin nie dopytuje, o jakie lotnisko chodzi, tak jakby wiedział, że mowa jest o Siewiernym, choć idąc do Stachelskiego już rozważał w myślach, jak zagospodarować w Katyniu te parę godzin oczekiwania na delegację.
Prezydencki minister dzwoni zatem do Wierzchowskiego, lecz ten nie odbiera. Rozmawia następnie z szefem borowców w Katyniu, lecz ten nie tylko nic nie wie, ale i stwierdza, że nie ma na Siewiernym nikogo (z funkcjonariuszy), od którego informację o tym, co się dzieje z delegacją prezydencką mógłby uzyskać. Sytuacja więc jest całkowicie kuriozalna. Najpierw była w Katyniu informacja o skierowaniu delegacji na zapasowe lotnisko, potem, że doszło do jakiegoś lotniczego wypadku, a w gruncie rzeczy nie ma żadnej łączności z tą delegacją ani z lotniskiem, na którym ma ona lądować. To znaczy jakieś ogniwo jest – wspomniany już Górczyński – do którego nie dzwoni znowu ani Stachelski, ani Sasin, a przecież po tej drugiej wiadomości, jaką Stachelski przekazał, Sasin powinien był natychmiast zadzwonić do Górczyńskiego i dopytać, skąd i co dokładnie on wie, a zwłaszcza uzyskać informację, jak to się stało, że samolot z delegacją NIE poleciał jednak do Moskwy (kto zmienił decyzję i kiedy?).
To była najprostsza rzecz do wykonania, skoro Wierzchowski nie odbierał. Dlaczego Sasin nie zadzwonił do Górczyńskiego (zwłaszcza że ten miał jeszcze, jak wiemy z medialnych przecieków dot. jego zeznań, przekazywać kolejną wiadomość po tamtej moskiewskiej, iż delegacja poleci do Mińska (http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/443665,przed_wizyta_prezydenta_w_smolensku_panowal_chaos.html))?: „– Około godz. 10 Kozłow, który był chyba cały czas w kontakcie ze służbami kontrolnymi lotniska, stwierdził, że jest coraz gorsza pogoda i samolot będzie robił próbne podejście, ale prawdopodobnie zostanie skierowany do Moskwy na Wnukowo, by przeczekać mgłę – zeznał Górczyński. Dodał, że po 15 – 20 minutach Kozłow stwierdził, że Tu-154M poleci jednak do Mińska: „O 10.40 Kozłow powiedział mi, że nasz samolot będzie robić próbne podejście (…). W pewnym momencie usłyszałem ryk silników, a następnie głośny huk”” (ta końcówka też ciekawa – news, że samolot ma jednak lecieć do Mińska, po czym „okazuje się”, że będzie robić „próbne podejście”).
Dlaczego Sasin nie zadzwonił też do Bahra czekającego na lotnisku, skoro już dzień wcześniej miał z nim niby rozmawiać podczas wieczornych konsultacji dot. uroczystości? Niemożliwe poza tym, by Sasin nie miał telefonu do ambasadora. Tymczasem Sasin wykonuje jakąś drogę na przełaj: naradza się z borowcami i swoimi współpracownikami, po czym, jak wiemy, szykują się oni jednak do wyjazdu do Smoleńska. Szef borowców zatem organizuje „zgodę na dostanie się na teren wojskowego lotniska” (bo Ruscy „niekoniecznie mogą nas wpuścić, jak nie jesteśmy zgłoszeni” (?)) oraz milicyjną ruską eskortę. Z zeznań Sasina wcale nie wynika, by jakikolwiek ruski funkcjonariusz przekazał komuś z kancelarii Prezydenta (czy choćby borowcom) informację o wypadku (tymczasem, jak pamiętamy, takie wieści Ruscy w Lesie Katyńskim przekazywali). Co więcej, sam prezydencki minister jest cały czas przekonany, iż wypadek był drobny, niegroźny: „tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli jakiegoś drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu (…) być może się koła nie otworzyły, czy coś takiego”, chociaż dzwoni do żony, uprzedzając ją, by się nie denerwowała, jak usłyszy w mediach coś dotyczącego jego osoby (ma to ostatnie zapewne związek z tym, iż Sasin jest na liście członków delegacji prezydenckiej; no ale skoro wypadek miał być niegroźny, to po co ta zapobiegliwość?). I tuż przed wyjazdem dostaje dramatyczny telefon od załamanego nerwowo Wierzchowskiego („on krzyczał, płakał”), który miał już być „na miejscu katastrofy” i mówić, że doszło do masakry i że „oni chyba wszyscy nie żyją”(http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/syrena-ruska.html).
Wg Sasina zachodzi to kilka minut po 9-tej. Auta ruszają, ale prezydencki minister nadal nie dzwoni na lotnisko, by dowiedzieć się czegoś więcej o panującej tam sytuacji (np. od Bahra, skoro Wierzchowski nie jest w stanie opowiadać). Docierają na miejsce. Dymiące pobojowisko jest już wtedy „dogaszane” i otaczane przez wiele osób w mundurach i po cywilnemu, twierdzi Sasin. „Stwierdziłem, że nie jestem w stanie tutaj ani nikogo zidentyfikować  (…) Nie widziałem ich zbyt wielu (ciał – przyp. F.Y.M). Wiedziałem, że na pokładzie było 96 osób, a widziałem zaledwie kilka ciał, (…) które rozrzucone (…) Stwierdziłem, że tak naprawdę większość tych ciał znajduje się gdzieś tam, w, prawda, w samolocie, prawda, czy pod tymi, pod tymi częściami samolotu (…) nie będę w stanie w żaden sposób się tam dostać”. Sasin spotyka Bahra, który twierdzi, że „akcja ratunkowa trwa, ale mówi, no, tak jak pani widzi, tu mamy informację taką, że nikt nie przeżył z pasażerów”.
No i dwaj panowie urzędnicy stoją i patrzą, po czym stwierdzają, iż najlepiej będzie, jak… wrócą do Katynia zawiadomić oczekujących, tak jakby wiadomości o tym, co się stało, nie można było tam przekazać z Siewiernego (np. telefonicznie) komuś, kto mógłby ją ogłosić na cmentarzu – i jakby na lotnisku nie należało pozostać i pilnować tego, co się dzieje np. z ciałami ofiar (choćby w kwestii przyszłej identyfikacji ciała Prezydenta tudzież innych wysokich rangą funkcjonariuszy polskiego państwa). Jadą razem autem ambasadora, który w dodatku stwierdza, by „odbyć uroczystość, która była zaplanowana”, skoro na cmentarzu czekają też „przedstawiciele państwa rosyjskiego”. Przyznam szczerze, że ilekroć tego słucham i tego, jak to po drodze Bahr ustala sobie z Sasinem, gdzie „złoży wieniec” oraz jaki będzie dalszy przebieg uroczystości, a potem, że oni dwaj powiedzą kilka słów do oczekujących w Lesie Katyńskim, robi mi się po prostu niedobrze, zwłaszcza że Sasin dodaje po chwili: „cały czas też może irracjonalnie, mimo tego, co widziałem, mimo tego, co powiedziałem minister Bochenek (o tym, że prawdopodobnie Prezydent nie żyje – przyp. F.Y.M.) jednak miałem jakąś taką podświadomą nadzieję, żebyć może ktoś jednak uratował się z tej katastrofy i stwierdziłem, że jakby ogłoszenie w tym momencie informacji o tym, że Prezydent zginął, nie jest właściwym działaniem, że w momencie, kiedy nie widziałem ciała Prezydenta, no to jakby nie powinienem na pewno takiej informacji publicznie podawać do wiadomości.
1
Sasin więc dyplomatycznie ogłasza, że „delegacja, która miała dotrzeć, nie dotarła” i że Prezydenta „nie w tej chwili tutaj z nami”, a Bahr z rozdziawioną paszczęką stoi opodal. Ta scena to jedna z najbardziej znanych z 10 Kwietnia, ale zarazem najbardziej żenujących.
a
b
c
Dwóch najwyższych polskich urzędników państwowych zamiast zostać na ruskim lotnisku i doglądać „akcji ratunkowej”, a zwłaszcza tego, jak wyglądają działania związane z ciałami ofiar tragedii, zajmuje się kwestią „ogłaszania” tego, co się stało, no i następnie pogrąża się w pobożnej zadumie.
4
Sasin wprawdzie po jakimś czasie wraca po mszy na Siewiernyj, jak wiemy jednak głównie po to, by zająć się swoimi przygotowaniami do wylotu do Warszawy, co poskutkuje tym, iż spędzi parę godzin w jaku-40, czekając na „zgodę na wylot”. Bahr jednak namawia jeszcze w Katyniu Sasina na pozostanie, informując, że do Smoleńska wybierają się i Tusk, i J. Kaczyński, „ja jednak zdecydowałem, że jednak nie, bo (…) zaniepokoiło mnie to, co dzieje się (…) w Warszawie”.
W rezultacie to, co się dzieje na Siewiernym w tych pierwszych godzinach, zachodzi praktycznie bez żadnej poważnej kontroli ze strony polskiego państwa. Zarówno więc gabinet ciemniaków na wieść o „wypadku” nie wysyła żadnych ekip (ani ratowniczych, ani specjalistycznych do badań medyczno-sądowych), jak i ambasador oraz prezydencki minister umywają ręce od tego, jak wygląda sytuacja na pobojowisku („Zdałem sobie sprawę, że w tym momencie jestem najwyższym funkcjonariuszem administracji prezydenckiej, który przeżył, zginął minister Stasiak, więc jakby w naturalny sposób powinienem kierować kancelarią Prezydenta w tej sytuacji i w związku z czym być na miejscu. Tym bardziej, że jak stwierdziłem, jakby nie bardzo moja obecność tam (tj. w Katyniu czy na Siewiernym? – przyp. F.Y.M.) może wnieść dodatkowego”).
Pozostaje więc pytanie, jak wyglądało dokumentowanie czynności (np., związanych ze wstępną identyfikacją ciał przynoszonych przez ruskich „ratowników” do namiotów) przeprowadzanych przez te kilka osób (z ambasady, z kancelarii Prezydenta i z BOR-u), które na lotnisku pozostały. Na ten temat od 13 m-cy niewiele wiadomo.
P.S. Nie mogę znaleźć wywiadu z Sasinem przeprowadzonego zaraz po tragedii przez RMF (http://www.rmf24.pl/opinie/wywiady/kontrwywiad/news-jacek-sasin-para-prezydencka-zostanie-pochowanarazem), gdzie Sasin mówił m.in.:
„Konrad Piasecki: Pan miał być w tym samolocie. Nawet w naszym radiu była taka informacja, że pan tam zginął.
Jacek Sasin: Tak, miałem być w tym samolocie. Zresztą poprzedniego dnia wieczorem otrzymałem od protokołu dyplomatycznego taką książeczkę, jaką daje się wszystkim uczestnikom wyjazdu przygotowaną przez protokół i ze zdumieniem zobaczyłem, że zostałem umieszczony – mimo że były inne ustalenia – w spisie osób, które są w tym samolocie. Zwróciłem nawet uwagę na to, że to jest pomyłka. Ale okazało się, że nie dało się tego sprostować, nie dało się tego wykreślić. Rzeczywiście jeszcze kilkanaście dni przed tym wylotem wersja była taka, że ja będę towarzyszył panu prezydentowi w samolocie. Ale ponieważ ja zdecydowałem, że ktoś musi tam być wcześniej, ktoś z osób, które mogą podejmować decyzje musi być wcześniej, aby wszystkiego na miejscu przypilnować, aby wszystko było w porządku. I tak naprawdę rozmawiałem z panią dyrektor, która zajmowała się z ramienia Kancelarii, panią dyrektor Katarzyną Doraczyńską, wspaniałą zresztą osobą, która zajmowała się przygotowaniem tej wizyty. I ona poprosiła mnie, aby mogła lecieć tym samolotem, ponieważ miała rodzinne sprawy. Musiała odwiedzić rodzinę za granicą, mogła wrócić właściwie dopiero tuż przed tym wylotem i tak się umówiliśmy, że ja pojadę wcześniej samolotem, będę tam na miejscu, ona doleci. Dojrzy jeszcze wszystko w Warszawie, a w drodze powrotnej się zamienimy, ja wrócę samolotem.
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s